Bardzo nie lubię jedynie słusznych dróg - wywiad z Ewą Stachniak
Data publikacji: 27 listopada 2009 A- A A+
Jej „Konieczne kłamstwa” mnie zaintrygowały, „Ogród Afrodyty” urzekł, zaś „Dysonans” zachwycił, upewniając w przekonaniu, że to jedna z moich ulubionych pisarek. O emigracji do Kanady, pisaniu powieści i swoich literackich upodobaniach, opowiada dzisiejszy, wyjątkowy gość Dziennika Literackiego, pani Ewa Stachniak




  • Anna Kutrzuba: Zaledwie parę tygodni temu z okazji krakowskich targów książki odwiedziła Pani Polskę. Jak udały się spotkania z czytelnikami? I jak się podoba Pani Polska Anno Domini 2009?

  • Ewa Stachniak: Spotkania bardzo się udały. To wielka przyjemność spotykać się z czytelnikami moich książek, sprawdzać jak są odbierane. Polska zmienia się bardzo, z roku na rok. Wygładza się, odnajduje. Najbardziej cieszą mnie spotkania z młodymi ludźmi, ich entuzjazm, inwencja, język, a także chęć ciągłego ulepszania rzeczywistości.

  • A.K. Urodziła się Pani i mieszkała we Wrocławiu, do czasu, gdy w 1981 roku wyjechała Pani do Kanady na stypendium doktoranckie Uniwersytetu McGill w Montrealu. Tam zastał Panią stan wojenny. Została Pani na stałe. Czy wyjeżdżając, zakładała Pani dłuższy pobyt czy planowała powrót za rok, dwa, jak tylko zbierze Pani materiały do pracy?

  • E.S. To były trudne decyzje. Nie planowałam wyjazdu na stałe, ale rozważałam taką możliwość. Rok 1981 był rokiem niepewności. Stan wojenny „wisiał w powietrzu”. Stypendium w tym czasie było szansą, dawało możliwość wyboru, z którego skorzystałam.

  • A.K. Po jak długim czasie od wyjazdu po raz pierwszy wróciła Pani do kraju? Powrót z „przymusowego wygnania” musiał rodzić w Pani wiele emocji.

  • E.S. Wróciłam dziesięć lat później, w 1991 roku. Nie czułam się „wygnana”, ale przez dziesięć lat nie mogłam do Polski pojechać i ta przymusowa separacja była nienaturalna i bardzo dla mnie trudna. Powrót był rzeczywiście bardzo emocjonalny, zmuszał do refleksji nad moim stosunkiem do Polski, do Kanady, do mojej przeszłości i teraźniejszości. Efektem tych refleksji jest powieść „Konieczne Kłamstwa”.

  • A.K. W Pani debiutanckiej powieści opowiada Pani o doświadczeniu wyjątkowo Pani bliskim – o emigracji. Czy historia Anny jest Pani historią? Jak wiele w „Koniecznych kłamstwach” wątków autobiograficznych?

  • E.S. Jak to często bywa w pierwszej powieści wątki autobiograficzne oczywiście są, ale „Konieczne Kłamstwa” to nie jest zapis mojego życia, lecz próba przekazania doświadczeń mojego pokolenia. W fabule powieści są odbicia zdarzeń z życia moich przyjaciół, znajomych, pomieszane ze sobą tak, by mi pasowały. Annie podarowałam wiele wspomnień z mojego dzieciństwa, ale wątek jej miłości do Williama jest wynikiem obserwacji, że wiele emigranckich małżeństw kończyło się rozstaniem. A inspiracją do postaci Williama był fakt, że przez lata moja najbliższą sąsiadką była Niemka z Breslau. To rozmowy z nią sprawiły, że „wymyśliłam” Williama i jego matkę.

  • A.K. Czy Pani bohater, Piotr, uznałby, że Pani podobnie jak Anna zdradziła Polskę? Czy czuje się Pani „zdrajczynią”?

  • E.S. Piotr tak pewnie by uważał, choć ja się z nim nie zgadzam. Pojęcie emigracji jako zdrady jest obecne w polskiej kulturze, stąd poglądy Piotra, lecz nie znaczy to że są to poglądy z którymi nie należy polemizować. Zdrada to emocjonalne oskarżenie, zakładające, że istnieje jedyna słuszna droga bycia Polakiem czy Polką. A ja bardzo nie lubię jedynie słusznych dróg – i to też jest polska cecha.

  • A.K. Powiedziała Pani, że zajmuje Panią to, co emigracja „przynosi w swojej najczystszej postaci: zderzenie często diametralnie przeciwnych wartości kulturowych, zmianę naszego postrzegania rzeczywistości, naszych ocen”. Co Pani przyniosła emigracja? Jak Panią zmieniła Kanada?

  • E.S. Dystans do moich przeżyć i doświadczeń, tych polskich i tych kanadyjskich. Konieczność weryfikowania moich „prawd”, porównywania kulturowych kontekstów, szukania wspólnych punktów między kulturami.

  • A.K. Czy to właśnie trudna rola imigranta, jaką przyszło Pani wypełniać przez wiele lat, sprawiła, że zaczęła Pani pisać i to w języku angielskim?

  • E.S. Emigracja dała mi temat, szkło, przez które mogłam spojrzeć na siebie, swoją przeszłość i teraźniejszość. A także potrzebę, by dodać mój polski głos do kanadyjskiej wielokulturowej mozaiki. Bo tego polskiego głosu brakowało – przede mną nikt nie opowiadał tu polskich historii.

  • A.K. Czy pisze Pani dla kanadyjskiego czy dla polskiego czytelnika? A może, jeśli chodzi o literaturę, kontekst kulturowy nie ma znaczenia i Pani odbiorcą jest po prostu czytelnik – jeden, uniwersalny?

  • E.S. Piszę dla czytelnika zainteresowanego odmiennym punktem widzenia, chcącego zgłębić wielość ludzkich doświadczeń. Piszę dla czytelnika otwartego na historie z innych kultur lub na historię z własnej kultury opowiedzianą z dystansem, z zewnątrz.

  • A.K. Jakie towarzyszyły Pani uczucia, kiedy po raz pierwszy przeczytała własny tekst wydany po polsku?

  • E.S. Poczucie, że czytam polskie odbicie swoich myśli i radość, że mogę to robić.

  • A.K. Nie kusiło Pani nigdy, aby samej przygotować przekład którejś z Pani powieści?

  • E.S. Ja zawsze współpracuję z tłumaczką, więc te przekłady naturalnie stają się moje. Gdybym musiała je robić sama, musiałabym poświęcić im o wiele więcej czasu, kosztem pisania nowej książki – a tego bym nie chciała.

  • A.K. Argentyński prozaik Pablo De Santis w swojej powieści pt. „Przekład” jednoznacznie stwierdził, że każde tłumaczenie jest interpretacją. Jego zdaniem słowa, a nawet milczenie, są nieprzekładalne. Zgodziłaby się Pani z nim? Czy w Pani ocenie Pani powieści brzmią tak samo zarówno w języku polskim, jak i angielskim?

  • E.S. Nie brzmią tak samo, nie mogą, ale robię wszystko by obie wersje były moje. Tu polskie przekłady moich książek mają przewagę nad przekładami na inne języki, bo ja nad nimi pracuję. Aż boję się pomyśleć, co z moich słów zrobił grecki, włoski czy rosyjski tłumacz.

  • A.K. Przekład najnowszej Pani powieści przygotowała jedna z najwybitniejszych polskich tłumaczek, Anna Przedpełska-Trzeciakowska, znana szczególnie wszystkim miłośnikom literatury anglojęzycznej, a zwłaszcza tym, uwielbiającym twórczość Jane Austen. Nie mogę zatem nie skorzystać z okazji i nie zapytać, jak układała się Paniom współpraca? Czy jest Pani zadowolona z jej owoców?

  • E.S. Jestem bardzo zadowolona. Współpraca z panią Anną była językową przygodą. Wymieniłyśmy między sobą kilka wersji powieści, dzieliłyśmy się wrażeniami, obawami, pomysłami. Ja miałam do niej absolutne zaufanie, ona zachęcała mnie do poszukania moich słów, do eksperymentowania z polszczyzną. Rezultat jest według mnie najlepszy z możliwych.

  • A.K. Zadebiutowała Pani w 2000 roku „Koniecznymi kłamstwami”. Wcześniej jednak publikowała Pani opowiadania na łamach kanadyjskich magazynów literackich. Czy może Pani opowiedzieć o tych bliżej nieznanych wielu czytelnikom początkach? Co zainspirowało Panią do sięgnięcia po pióro?

  • E.S. Potrzeba zapisania moich emigracyjnych obserwacji. Przez lata napatrzyłam się na różne postawy przybyszów z Polski, byłam świadkiem ich sukcesów i klęsk. W Kanadzie czytałam wiele opowiadań o emigrantach z innych kultur, ale nikt właściwie nie pisał o Polakach. A przecież po „stanie wojennym” było nas tu wiele – całe solidarnościowe pokolenie. Chciałam też odpowiedzieć na pytanie: „skąd jesteś?”, pytanie stawiane każdemu przybyszowi. Moje próby odpowiedzi stawały się pierwszymi opowiadaniami, a potem pierwszą powieścią.

  • A.K. Czy myśli Pani, że zostałaby pisarką, gdyby nie wyjechała z kraju?

  • E.S. Nie wiem. Może wielka transformacja po 1989 roku dałaby mi impuls do pisania, a może pozostałabym przy pisaniu artykułów o literaturze dla akademickich czasopism i na uczeniu na wrocławskiej anglistyce.

  • A.K. W swoim dorobku ma Pani obecnie trzy powieści: „Konieczne kłamstwa”, „Ogród Afrodyty” i „Dysonans”. Czy to znaczy, że lepiej czuje się Pani w dłużej formie literackiej?

  • E.S. Powieści kuszą rozmachem, możliwością stworzenia świata fabularnego w całej pełni. Wydawcy twierdzą, że czytelnicy preferują powieści ponad opowiadania.

  • A.K. A czy myślała Pani o tym, aby powrócić do dawno wydanych opowiadań i opublikować je w jednym zbiorze? Czy miałaby Pani na to ochotę?

  • E.S. Bardzo bym chciała. Mam w swoim komputerze opowiadania napoczęte, czekające na chwilę, w której będę je mogła skończyć. Czasami publikuję któreś z nich w magazynie literackim, czy w antologii, ale na zbiór jeszcze nie jestem gotowa. Muszę najpierw skończyć rozpoczęte już powieści.

  • A.K. „Ogród Afrodyty” to najbardziej znana w Polsce powieść Pani autorstwa. W jednym wywiadów zdradziła Pani, że pracowała nad nią pięć lat. To bardzo długi okres czasu. Czy taka długotrwała praca nad książką miała jakiś szczególny wpływ na Pani życie? Rodziła napięcie, zniecierpliwienie, a może zniechęcała do dalszej pracy?

  • E.S. Oczywiście te pięć lat to czas od pomysłu do powstania książki – czas przerywany okresami pracy nad innymi projektami, czas dzielony między badaniami, czytaniem źródeł, pisaniem, edytowaniem tekstu, pracą z redaktorem, a potem tłumaczką. Każdy z tych etapów przynosi inne zadania, zmusza do innego wysiłku. Dla mnie pisanie jest wielką przyjemnością, na wszystkich etapach, choć pod koniec zmagam się ze zmęczeniem tekstem. Ale to naturalna reakcja na kolejne czytanie tej samej książki – pewnie już po raz setny.

  • A.K. W jaki sposób natrafiła pani na stanowiące ważną część „Ogrodu Afrodyty” „Moje przelotne miłostki z młodą Bitynką” Karola Boscampa-Lasopolskiego? Czy było to przypadkowe znalezisko, które zainspirowało Panią do sięgnięcia po pióro, czy precyzyjnie wyselekcjonowana lektura?

  • E.S. Po części przypadkowe, bo książka Jerzego Łojka „Dzieje pięknej Bitynki” wpadła mi do ręki w kanadyjskiej bibliotece publicznej. Zaintrygowała mnie postać Zofii Potockiej i nie umiałam się od tej fascynacji wyzwolić. Ten przypadek poprowadził mnie do szperania w archiwach i poszukiwania historycznych źródeł. Nie wszystkie postacie w „Ogrodzie Afrodyty” są postaciami historycznymi, ale każda z nich oparta jest na źródłowych pierwowzorach.

  • A.K. Bohaterką „Ogrodu Afrodyty” jest Zofia Potocka. „Dysonansu” zaś inna arystokratka nosząca to samo nazwisko – Delfina. Czy były ze sobą spokrewnione czy to tylko zbieżność nazwiska?

  • E.S. Delfina z Komarów wyszła za mąż za syna Zofii Potockiej, Mieczysława, była więc jej synową, choć nigdy się nie spotkały. Delfina poznała przyszłego męża już po śmierci Zofii.

  • A.K. Szczególną rolę w Pani powieściach odgrywają kobiety. Jednak nie są one delikatnymi, wstydliwymi mimozami. Mają silne charaktery, są temperamentne, niezłomne i zazwyczaj piękne. Ceni Pani ten rodzaj kobiecości?

  • E.S. Tak. Wychowały mnie silne, mądre i odważne kobiety, moja babka i matka, kobiety, na których można było polegać w niebezpieczeństwie, które były moimi wzorami. Kochały mnie i chroniły, ale też stawiały wymagania, którym całe moje życie staram się sprostać. Nie znałam delikatnych kobiet, mimoz, może dlatego nigdy mnie nie pociągał taki rodzaj kobiecości.

  • A.K. Jakby dla zachowania symetrii, mężczyźni zdają się słabsi. Choć może to tylko moje wrażenie, ale podczas lektury Pani powieści wydawało mi się, że daleko im do kobiecych postaci. W zachowaniu poglądów bywają niczym chorągiewki, sprawiają wrażenie zagubionych, czasami zachowują się, jakby to otaczająca ich rzeczywistość ich kontrolowała, a nie oni ją. A jak Pani scharakteryzowałaby swoich męskich bohaterów?

  • E.S. Może tak się wydaje, gdyż piszę z punktu widzenia moich bohaterek, opowiadam ich historię. Historię z punktu widzenia mężczyzn znamy w wielu wersjach, od zawsze. Spojrzenie kobiece potrzebuje jeszcze czasu by zapisać się w pełni w naszej świadomości.

  • A.K. Lubi Pani stwarzane przez siebie postaci? Szczególnie ciekawi mnie, czy darzy Pani sympatią Zygmunta Krasińskiego.

  • E.S. Lubię. Zawsze staram się znaleźć w nich coś, z czym mogę się zidentyfikować, co mogę zrozumieć. Gdybym nie darzyła ich jakąś dozą sympatii, stały by się karykaturami, a tego powieść nie lubi. Zygmunta Krasińskiego uważam za tzw. „trudnego mężczyznę” i choć niekoniecznie pochwalam jego wybory, to widzę w nim inteligencję, pasję, ciekawość świata, która mi się podoba.

  • A.K. Muszę przyznać, że przed przeczytaniem Pani powieści nie miałam pojęcia, że Delfinę Potocką i Zygmunta Krasińskiego łączyła taka zażyłość. Równocześnie, podczas lektury „Dysonansu” cały czas zastanawiałam się, gdzie dokładnie znajduje się granica pomiędzy prawdą historyczną a fikcją literacką. Jak wiele w Pani opowieści Pani wyobraźni, a jak wiele faktów?

  • E.S. Fabułę powieści oparłam na opublikowanej przez Zbigniewa Sudolskiego biografii Zygmunta Krasińskiego i na zdarzeniach wspomnianych w tomach jego listów, wydanych i opracowanych także przez Sudolskiego. W zasadzie nie zmieniałam faktów, może jedynie czasami pozwoliłam sobie na drobne przesunięcia chronologii – i to też nie głównych wydarzeń. Tak więc można czytać „Dysonans” jako moją interpretację autentycznych zdarzeń z życia moich bohaterów. Choć oczywiście nie pisałam biografii, i pozwalałam sobie przypisywać im myśli i motywacje, które wydawały mi się przekonywujące.

  • A.K. Czy książki innych twórców mogą stanowić dla Pani inspiracje? A jeśli tak, to jakie tytuły wymieniłaby Pani jako dla siebie najważniejsze?

  • E.S. Opowiadania Czechowa, które towarzyszą mi niemal codziennie. Powieści i opowiadania Tołstoja. „The Blue Flower” i „The Beginning of Spring”, krótkie powieści brytyjskiej pisarki Penelope Fitzgerald, które niestety jeszcze nie zostały na polski przetłumaczone.

  • A.K. Literatura kanadyjska jest w Polsce stosunkowo nieznana. Lucy Maud Montgomery, Margaret Atwood, Ann-Marie MacDonald, Alice Munro, Yann Martel czy Michael Ondaatje to bodaj najgłośniejsze nazwiska pisarzy kojarzone z Krajem Klonowego Liścia. Na twórczość jakich kanadyjskich prozaików warto Pani zdaniem zwrócić uwagę? Kogo by Pani wymieniła w stwarzanym na szybko małym przewodniku po literaturze Kanady?

  • E.S. Już wymieniam, z zastrzeżeniem, że to moi ulubieńcy, więc lista jest subiektywna. Mavis Gallant, mieszkająca od lat w Paryżu autorka znakomitych opowiadań. Margaret Lawrence, powieściopisarka, autorka „Kamiennego anioła.” Malcolm Lowry, autor “Pod wulkanem”. Anne Michaels, której powieść „Płomyki pamięci”, zdobyła prestiżową Orange Prize, a John Berger uznał ją za najważniejszą książkę, jaką czytał od czterdziestu lat. Mordecai Richler, niezrównany kronikarz „etnicznego” Montrealu. Janice Kulyk-Keefer, która pisze między innymi o swoich ukraińskich i polskich korzeniach. Rawi Hage, który przyjechał do Kanady z Libanu... a to dopiero początek mojej listy.

  • A.K. Dla nas, Pani wiernych czytelników, najważniejsza jest inna książka – ta kolejna, która w przyszłości wyjdzie spod Pani pióra. Czy może Pani na koniec zdradzić, czy pracuje Pani nad kolejną powieścią? A jeśli tak, to czego możemy się spodziewać?

  • E.S. Kończę już powieść zatytułowaną „Moja Katarzyna” opartą na relacji Katarzyny Wielkiej i Stanisława Augusta Poniatowskiego. To pierwsza z dwóch powieści na ten temat – okazja do przemyślenia związków z Rosją, zajrzenia do Petersburga, gdzie decydują się losy Polski. W Kanadzie ukaże się w 2010, w Polsce pewnie dwa lata później, jeśli spodoba się mojemu polskiemu wydawcy.

  • A.K. Mam nadzieję, że przypadnie mu do gustu i że już niebawem i my będziemy mogli się nią cieszyć. Pani Ewo, dziękuję za wywiad!



  • Recenzje książek Ewy Stachniak na Dzienniku Literackim; Photo Credit: Stanisław Jerzmański
Komentarze
  • 1
    Mariah 20 grudnia 2009 | 19:59:32

    O, jestem mocno zaskoczona kilkoma informacjami: nie wiedziałam, że Pani Stachniak mieszka w Kanadzie i przede wszystkim - że pisze po angielsku a jej książki są tłumaczone na polski!!! :-o Szok! Byłam w 100% pewna, że te książki są pisane po polsku. A wywiad przeprowadzałaś po polsku czy po angielsku?
    No i jaka cudowna wiadomość o nowej powieści Stachniak! Katarzyna Wielka! TO jest dopiero temat!!!!

  • 2
    Annie 26 grudnia 2009 | 21:16:21

    Cieszę się, że przy okazji lektury wywiadu dowiedziałaś się tylu nowych rzeczy :) Ja też już nie mogę doczekać się kolejnej książki, tym bardziej, że cała opowiadana weń historia ma się rozgrwać na przestrzeni dwóch tomów. Pychota! :)

    (A, zapomniałabym, rozmowę przeprowadziłam w języku polskim :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję