Nie jestem Joe Guntherem! – wywiad z Archerem Mayorem
Data publikacji: 27 września 2009 A- A A+
Ciekawy bohater, świetnie nakreślony obraz Vermontu, wielowątkowa fabuła oraz oparta na rzetelnych faktach historia. Właśnie tak w kilku słowach można opisać Chat Archera Mayora. Wydana kilka tygodni temu powieść otwarła nową serię kryminalną wydawnictwa Aurum. Równocześnie dała polskim czytelnikom szansę na zapoznanie się z twórczością popularnego w Stanach Zjednoczonych, acz dotychczas u nas nieznanego, pisarza. Jednak Archer Mayor to nie tylko autor kryminałów, ale również przedstawiciel biura lekarzy sądowych stanu Vermont oraz współpracownik biura szeryfa hrabstwa Windham. Podczas gdy inni pisarze powieści kryminalnych, konstruując intrygę, opierają się tylko na rozmowach z ludźmi zaangażowanymi w śledztwa, Archer Mayor pisze z własnego doświadczenia, gdyż we wspomnianych dochodzeniach uczestniczy nie za pośrednictwem innych osób a naprawdę. Między innymi o swoich doświadczeniach w pracy w policji zechciał mi opowiedzieć.




  • Anna Kutrzuba: Kilka tygodni temu na półkach polskich księgarni pojawiła się jedna z Twoich ostatnich książek, Chat. To powieść, w której główny bohater, Joe Gunther, prowadzi dwa śledztwa: pierwsze, dotyczące wypadku, w wyniku którego jego matka i brat odnoszą ciężkie obrażenia, a także drugie, dotyczące kilku morderstw. Jak się z czasem okazuje, obie sprawy są ze sobą powiązane. Czy którąkolwiek z nich oparłeś na prawdziwym dochodzeniu?

  • Archer Mayor: Nie, żadna z tych spraw nie bazuje na prawdziwym dochodzeniu. Niemniej jednak, procedury opisywane przy prowadzeniu śledztwa w obu tych sprawach są prawdziwe. Jako oficer policji oraz przedstawiciel biura lekarzy sądowych stanu Vermont, czułbym się nieetycznie, gdybym sportretował w kontekście mojej fikcji którąkolwiek z prowadzonych przeze mnie spraw.

  • A.K. No właśnie, jesteś przedstawicielem biura lekarzy sądowych stanu Vermont oraz współpracownikiem biura szeryfa hrabstwa Windham. Na czym dokładnie polega Twoja praca?

  • A.M. Moje pierwsze stanowisko zostało stworzone, aby badać przyczyny i okoliczności towarzyszące każdej śmierci, która ma miejsce na terenie stanu i która nastąpiła poza opieką lekarską. Denat może mieć nawet sto lat i być znanym w okolicy przez sąsiadów jako osoba o słabym sercu, lecz jeśli nie ma żadnego lekarza, który wyraziłby wolę podpisania jego aktu zgonu, wtedy musi zostać wszczęte śledztwo w sprawie jego śmierci. Co ważne, musi być ono traktowane jako dochodzenie w sprawie zabójstwa, do czasu aż nie zostanie udowodnione, że było inaczej. Należy być bardzo ostrożnym i precyzyjnym, a także nauczyć się unikać podejmowania przedwczesnych wniosków. Oczywiście oprócz wspominanego przypadku, badamy również samobójstwa, wypadki, morderstwa, itp. Co zaś się tyczy mojej pracy jako funkcjonariusza policji, niedawno uległa ona zmianie. Od listopada, będę pracował dla prokuratora hrabstwa jako śledczy w sprawach przestępstw seksualnych wobec dzieci. To będzie praca w niepełnym wymiarze godzin; taka, która pozwoli mi na wykonywanie innych zajęć (w tym na pisanie książek). Przed tą nominacją, wykonywałem wiele innych zadań dla policji: patrolowałem ulice, uczestniczyłem w transporcie więźniów, dbałem o bezpieczeństwo, prowadziłem śledztwa, itd.

  • A.K. Twoje policyjne doświadczenie jest bardzo bogate. A pamiętasz początki? Co zainspirowało Cię do wyboru takiej, a nie innej drogi życiowej? Zainteresowanie medycyną sądową?

  • A.M. Interesuję się medycyną sądową i nawet pomagałem prowadzić kursy z nią związane, ale to z powodu napisania przeze mnie serii książek, w których praca policyjna była dokładnie i pieczołowicie opisana, zostałem poproszony o dołączenie do biura lekarzy sądowych i policji (pierwotnie, do Departamentu Policji w Bellows Falls). Byłem zaszczycony, że złożono mi tak niecodzienną propozycję, wbrew standardom, gdyż – jak możesz sobie na pewno wyobrazić – zazwyczaj to funkcjonariusze policji zostają pisarzami. Nie odwrotnie.

  • A.K. Szczerze powiedziawszy, nigdy wcześniej nie słyszałam o takim przypadku. Moje gratulacje! A czy pamiętasz pierwszą sprawę, jaką poprowadziłeś właśnie jako policjant?

  • A.M. Naprawdę chciałbym umieć odpowiedzieć Ci na to pytanie, ale ja zwyczajnie ich nie wspominam. Może to frazes, ale myślę, że jestem (albo jestem) zbyt stary lub nieroztropny, aby pamiętać takie rzeczy z pełną dokładnością. Dla mnie, te sprawy muszą zostać rozwiązane, tyle i tylko tyle, po prostu. Wykonywane przeze mnie prace są przydatne dla społeczeństwa, są interesujące i niezmiernie pomagają mi w pisaniu. Pomagają mi czuć się użytecznym i, być może, lepiej funkcjonować jako istocie ludzkiej. Jak powiedziałem, w mojej pamięci mam wiele spraw, które z jakichś powodów są dla mnie ważne, były nadzwyczajne bądź wiele się z nich nauczyłem, jednak tej pierwszej nie pamiętam.

  • A.K. Czy mógłbyś o którejś z nich opowiedzieć? I czy kiedykolwiek myślałeś, aby wykorzystać jedną z nich w którejś z Twoich powieści?

  • A.M. Dotychczas miałem bardzo wiele interesujących spraw, ale żadnej z nich nigdy nie użyłbym bezpośrednio w mojej prozie, choć zdarzyły mi się różne zapożyczenia. Czasami było to ciekawe otoczenie, innym razem intrygujące okoliczności zdarzenia. Oczywiście zawsze ukrywam, co zaczerpnąłem z rzeczywistości, ale bycie śledczym jest bardzo przydatne dla pisarza, który tkwi we mnie.

  • A.K. Czy, zważywszy na Twoje długoletnie doświadczenie zawodowe i ilość poprowadzonych spraw, możesz powiedzieć, że po wielu latach pracy w policji, jest Ci łatwiej stanąć twarzą w twarz z ludzkim nieszczęściem?

  • A.M. Bez wątpienia z czasem zaczęło mi być coraz łatwiej. To może zabrzmieć bezdusznie, ale od początku najważniejszą rzeczą było dla mnie, abym nie popełnił żadnych istotnych błędów, takich, które zagłuszyłyby jakiekolwiek przeczucia, które mógłbym mieć. Niektórzy śledczy wypalają się po zaledwie paru latach pracy; jak dotąd miałem szczęście, być może uniknąłem tego dzięki dwudziestopięcioletniemu doświadczeniu w pracy w pogotowiu ratunkowym (EMS, Emergency Medical Service) i w straży pożarnej.

  • A.K. W jaki sposób Twoje doświadczenie jako lekarza sądowego i funkcjonariusza policji wpływa na Twoją prozę?

  • A.M. Sprawia, że jestem bardziej dokładny, a także daje mi bez wątpienia większy dostęp do ludzi, którzy wiedzą dużo więcej ode mnie o niektórych rzeczach, zwłaszcza z zakresu medycyny sądowej. Jako, że moje powieści opowiadają o ludziach w kryzysowych sytuacjach, te dwa zawody bardzo przydają mi się, ukazując mi, jak naprawdę w rzeczywistości te sytuacje wyglądają.

  • A.K. Mówisz o zapożyczeniach z rzeczywistości. Pytanie o to, czy Joe Gunther jest do Ciebie podobny, czy jest Twoim alter ego aż samo ciśnie się na usta…

  • A.M. Mamy podobne skłonności. Gdybym spotkał go osobiście, chciałbym, abyśmy się z łatwością dogadali. Ale jego doświadczenia oraz jego instynkty nie są moimi. Niestety, mam więcej wspólnego z Willym Kunkle niż z Joem, choć i tak Willy stanowi bardziej moją karykaturę niż rzeczywiste odzwierciedlenie mojej osoby.

  • A.K. Jak opisałbyś swojego głównego bohatera?

  • A.M. Joe to człowiek moralny, mężczyzna z prawdziwy kompasem etycznym. Jest człowiekiem, popełnia błędy, ale zawsze chce je odkupić, z głębi serca. Rzadko wpada w gniew, nie osądza. W świetle całej kolekcji książek, jest jak kil na łodzi, który obrastają bohaterowie nieco dziwni, niewolni od wad (choćby Willy).

  • A.K. Umiejscawiasz akcję swoich powieści w Vermoncie. Jak bardzo istotną rolę odgrywa ten stan w Twoim życiu? Określiłbyś go swoim miejscem na ziemi?

  • A.M. Na pewno jest on uroczym miejscem, w którym miło się żyje i pracuje. To także wspaniałe laboratorium, z którego chętnie korzystam jako antropolog społeczny. Niewielu ludzi tu mieszka i z tego też powodu dostęp do nich jest relatywnie prosty. Na przykład, gdybym chciał skontaktować się z gubernatorem, wystarczyłoby kilka telefonów – to pokazuje, jak kontakt z innymi ludźmi w Vermoncie jest łatwo dostępny. Jednak sam stan jest dla mnie ważny również z tego powodu, że wysoka świadomość zamieszkujących go ludzi jest znana na całym świecie i wzbudza fascynację również poza jego granicami. To zaleta, kiedy dyskutuję nad takimi aspektami jak bieda, narkotyki, przemoc domowa – zaleta, która sprawia, że czytelnicy siedzą, zdumieni, i czytają z uwagą. Niemniej, jako rezydent, po prostu kocham ten stan. Kiedy byłem młodszy, mieszkałem w różnych miejscach świata – we Francji, w Kanadzie, w Stanach Zjednoczonych. Żyłem w trzydziestu różnych miejscach zanim przeprowadziłem się do Vermontu, a teraz tu mieszkam od trzydziestu lat. Najwyraźniej, jest tu coś, co mi sprzyja.

  • A.K. Inspiruje Cię praca w policji, życie w Vermoncie. Co jeszcze? Skąd czerpiesz inspiracje?

  • A.M. Lubię pisać o rzeczach, których nie znam i których jestem ciekawy. Lubię także pisać o zwykłych ludziach, takich, którzy mnie na co dzień otaczają. Nigdy nie interesowali mnie superbohaterowie i emocjonujące wątki o charakterze spiskowym, dotyczące zagrożenia narodowego. Piszę o tego rodzaju zmaganiach, o których czytasz w gazetach w swoim własnym mieście – o drobnych zbrodniach, które eskalują, często wymykając się spod kontroli. Nierzadko skupiam się na konkretnym typie zbrodni – podpalenie, gwałt, zbrodnie komputerowe – a także na motywacjach tych, którzy te zbrodnie popełniają. Żartuję, że mam zamiłowanie do pisania Why-did-its zamiast Who-dun-its.*

  • A.K. A kiedy piszesz, to jak piszesz? Masz swoją rutynę dnia?

  • A.M. Bardzo chciałbym ją mieć, jednak zbyt wiele rzeczy stoi każdego dnia na przeszkodzie, abym mógł postępować według konkretnego schematu. Dlatego też piszę kiedykolwiek i gdziekolwiek mogę. W przeciągu dwunastu miesięcy muszę napisać książkę, do tego obliguje mnie kontrakt, i z tego też powodu wiem, że lepiej w końcu roku mieć gotowy rękopis, choć to, jak pracuję, może być ryzykowne. Póki co nie przegapiłem żadnego z deadline’ów przy pisaniu którejkolwiek z moich dwudziestu dwóch książek (w tym dwóch historycznych), więc wygląda na to, że moja technika się sprawdza, ale nie umiałbym powiedzieć, jak mi się to udaje. Korzystam z laptopa, a on pozwala mi pracować prawie wszędzie.

  • A.K. A w jaki sposób tworzysz fabułę? Również tak niesystematycznie jak pracujesz, od zdarzenia do zdarzenia, czy może masz ją obmyśloną w szczegółach od początku do końca?

  • A.M. Przepisywanie to klucz w moim procesie budowania książki, ale to bardziej dla uzyskania rytmu i melodii języka, które mnie cieszą, nie zaś dla rekonstruowania jakiegokolwiek wątku. Jednakże, często korzystam z możliwości edycji i kasuję albo przerabiam wątek, nad którym aktualnie pracuję. Zdarzyło mi się nawet zamienić złego bohatera w dobrego, i odwrotnie!

  • A.K. Twoje powieści z Joe Guntherem w roli głównej ukazują się niemal rokrocznie począwszy od 1988 roku. Czy możesz zdradzić, na koniec rozmowy, na jak wiele książek z jego udziałem masz jeszcze pomysł?

  • A.M. Niestety, pomimo pochwał ze strony krytyków i uznania czytelników, które otrzymuję za te powieści, ledwie pozwalają mi wiązać koniec z końcem, co więcej, szybko są wycofywane z druku przez ich wyjściowych wydawców, a to stanowi powód, dla którego podejmuję się innych zajęć. Dlatego też byłoby lepiej, gdybym miał pomysły na kilka kolejnych książek. Dylemat związany z nimi jest o tyle mniejszy, że opowiadanie historii sprawia mi wiele przyjemności (a na dodatek tak łatwo jest mi znaleźć dla nich inspirację dookoła mnie). Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że stworzyłem swój własny mały dom wydawniczy – AMPress – aby dodrukowywać i udostępniać na nowo te powieści, których nakład już został wyczerpany. Na mojej stronie autorskiej znajduje się zakładka „kup moje książki”, gdzie czytelnicy mogą zamówić wiele wczesnych powieści, opowiadających o przygodach Joe Gunthera, które są zazwyczaj trudno dostępne. Z konieczności stałem się biznesmenem, śledczym i pisarzem. Nie mogę sobie wyobrazić, co jeszcze może mnie w życiu spotkać!

  • A.K. Życzę Ci w imieniu wszystkich polskich czytelników, aby, cokolwiek to nie będzie, sprawiło Ci wiele radości i satysfakcji. Dziękuję za wywiad!




* w języku angielskim powieści kryminalne określa się mianem „who-dun-its”, pochodzącym od słów: kto to zrobił, podczas gdy wspomniane przez Archera Mayora określenie „why-did-its” wzięło się od słów: dlaczego to zrobił?

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję