Legor ergo sum (spotkanie z Markiem Krajewskim)
Data publikacji: 29 kwietnia 2009 A- A A+
Dziś w Krakowie miało miejsce szczególne spotkanie. Na zaproszenie Fundacji Sztuki Nowej „Znaczy się” i Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Józefa Tischnera (mojej dawnej Alma Mater ;) przyjechał do grodu Kraka Marek Krajewski, aby wygłosić wykład poświęcony technikom kreatywnego pisania. Pisarz opowiadał o nich, opierając się na własnych doświadczeniach związanych z powstawaniem serii o Eberhardzie Mocku. Prelekcja okazała się więc wieczorem autorskim, podczas którego czytelnicy mogli bliżej poznać swojego ulubionego pisarza. Muszę przyznać, że bawiłam się setnie (a także, że bardzo polubiłam pana Marka ;)

Wykład podzielony został przez pisarza na kilka części – w każdej z nich opowiadał on o kolejnych etapach powstawania powieści. Dzięki temu okazał się on naprawdę inspirujący, rzadko kiedy ma się bowiem okazję tak dokładnie prześledzić proces rodzenia się książki. Dlatego poniżej zamieszczam garść ciekawostek, które udało mi się wynotować. Myślę, że stanowią one nie lada gratkę dla wszystkich miłośników Eberharda Mocka.

Najważniejsza dla powieści jest „der rote Faden” – pewna myśl, determinanta, pewien motyw, który służy do budowy fabuły powieści. Taką czerwoną nicią dla fabuły Końca świata w Breslau była dla autora lektura powieści pewnego rosyjskiego pisarza, w której pojawił się wątek narodzin Antychrysta w dzień Wigilii, w dzień przed narodzinami Chrystusa. Niepozorny fragment przypadkowo czytanej powieści posłużył mu więc za kanwę jego własnej książki. Jednak nie zawsze pisarza inspirują teksty kultury, literatura czy filmy. W przypadku Widm w mieście Breslau tym, co go zainspirowało, był jego własny sen. Śniło mu się, iż jest policjantem, który przesłuchuje małego chłopca. Po chwili, przesłuchiwany już nie żył. Pisarz szybko spisał sen, a notatki z niego pozwoliły mu skroić fabułę jego trzeciej powieści.

Jak sam mówi, Marek Krajewski nie wierzy w natchnienie. Choć bardzo podoba mu się pewne niemieckie, bardzo poetyckie powiedzenie: Von der Muse geküsst werden. Pisarz wierzy za to w ciężką, systematyczną pracę. Poleca brać przykład z Flauberta, który pisał, siedząc w zamkniętym gabinecie, codziennie przez pięć godzin. Marek Krajewski zwykł pracować nad książką zazwyczaj przez 2 miesiące w jego literackiej samotni nad jeziorem. Jednak dziś przeważnie pisze powieść przez pół roku, po czym przez kolejne pół roku promuje ją w mediach. Pisze przez 8-10 godzin, w ciągu dnia przelewa na wirtualny papier około 10.000 znaków. W ciągu 2-3 dni przygotowuje szkielet książki – opracowuje plan powieści, po czym, po przedyskutowaniu go z przyjaciółmi, zabiera się do pisania. Jednak tekst, jaki powstaje, nie jest tekstem doskonałym i ostatecznym. Pisarz przyznaje, że często zostawia luki w tekście – albo chce sprawdzić jakieś informacje bądź skonsultować się ze specjalistami, albo pozostawia wolne miejsce na scenkę rodzajową, której zadaniem może być na przykład podzielenie na części długiego, nużącego dialogu. A długich, nużących dialogów pisarz wręcz nie znosi (dzieląc się tą informacją, zdradził również, że takie niemiłosiernie nudne dla niego dialogi znajdują się Zbrodni i karze. Choć docenia kunszt Dostojewskiego, dialogi zwyczajnie omija wzrokiem i przerzuca kartki dalej).

Swoje powieści o Eberhardzie Mocku pisarz określił mianem serialu. Wskazał przy tym na pułapki, jakie mogą czyhać na piszących powieści, które składają się na konkretną serię. Opowiedział bowiem o pozostawianiu sobie „otwartych furtek” w fabule; wątków, które mogą zostać poprowadzone dalej w późniejszych tomach. Choć taki zabieg może kusić pisarza, musi on jednak uważać co i gdzie pisze. Marek Krajewski przytoczył przy tej okazji zabawną anegdotę, która związana jest ze Śmiercią w Breslau. Jeden z bohaterów powieści, dyrektor biblioteki uniwersyteckiej, pomaga w niej bardzo ochoczo policjantom. Zapytany o to, dlaczego bibliotekarz tak aktywnie udziela się w śledztwie, Mock odpowiada pytającemu go policjantowi, iż ma on wobec Mocka tak ogromny dług wdzięczności, że chyba nigdy go nie spłaci. Pisarz wcale nie zamierzał rozwijać tego wątku – nie tylko w tej powieści, ot tak mu się napisało. Wtem otrzymał jednak e-mail od zniecierpliwionego czytelnika, który napisał mu, że czeka i czeka, a w sprawie tajemnicy bibliotekarza nic nowego się nie pojawiło!

Marek Krajewski ma niesamowicie sympatyczny sposób bycia, a przy tym ogromne poczucie humoru. Miałam o nim zupełnie inne wyobrażenie (tak to jest, jak się przenosi na pisarzy wizerunki ich bohaterów ;) Tym niemniej, Marka Krajewskiego z Eberhardem Mockiem wiele łączy. Pisarz bynajmniej nie odżegnuje się od stworzonej przez siebie postaci. Obaj są filologami klasycznymi (Marek Krajewski przez wiele lat był wykładowcą gramatyki łacińskiej na Uniwersytecie Wrocławskim), obaj dbają o swoje odzienie (i alergicznie reagują na zabłocone buty), a także obaj chętnie grywają w brydża. Co ciekawe, jedno z przekłamań historycznych, jakie można odnaleźć w powieściach pisarza, związane jest właśnie z grą w brydża. W czasach współczesnych Mockowi nikt bowiem w brydża nie grał, preferowano wówczas zupełnie inne gry.

Pisarz przyznaje, że bardzo lubi gry intertekstualne. „Spływają mu z czoła ławice słów” czytanych przez niego autorów. Jako wielki miłośnik poezji Herberta, często odwołuje się do jego utworów. Nierzadko zupełnie nieświadomie dokonuje literackiego przeniesienia.

To, co łączy Mocka z Krajewskim to pesymizm defensywny. Osobista cecha, którą pisarz obdarzył swojego bohatera nie tylko ubarwia go, ale przede wszystkim stanowi o jego swoistej wyjątkowości. Główny bohater musi mieć swoje differentia specifica. Musi być wyjątkowy. Holmes zażywał opium i grał na skrzypcach, Poirot był zarozumiały, pewny siebie i przesadnie dbał o swoją powierzchowność, Marlowe (bohater wykreowany przez mistrza Marka Krajewskiego, Raymonda Chandlera) grał w szachy i palił Camele na przemian z tytoniem z Wirginii, zaś Mock jest miłośnikiem starożytności, który folguje swojemu żołądkowi (i rzadko dzieli się ulubionym jedzeniem ;)

Pisarz zakończył wykład stwierdzeniem Legor ergo sum (jestem czytany, więc jestem). Zważywszy na dorobek pisarza, jego talent, a także na niezwykle skromny i ujmujący sposób bycia, jestem pewna, że jeszcze długo będzie czytany, a co za tym idzie, obecny w literackim świecie. Na szczęście ;)

(A w ramach ciekawostki, już na dniach premiera kolejnej powieści autorstwa Marka Krajewskiego. Pierwszej, która choć będzie opowiadać o Eberhardzie Mocku, pozbawiona jest słówka Breslau w tytule. Już 6 maja nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się Głowa Minotaura.)










Komentarze
  • 1
    matylda_ab 29 kwietnia 2009 | 13:27:36

    Zazdroszczę tego spotkania. Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że myśląc: Eberhard Mock, widzę twarz Marka Krajewskiego. zrozumiałe, bo to on stworzył tą postać. Ale ja jak wyobrażam sobie Mocka, to widzę Krajewskiego chodzącego po przedwojennym Wrocławiu. Jeśli ktoś kiedyś zrobi film, to nie powinien sugerować się opisem Mocka z książek, ale samym Krajewskim, wybierając aktora do głównej roli. ;)
    Super wyklad. Podoba mi się.

  • 2
    Annie 30 kwietnia 2009 | 12:35:27

    Oj, całkowicie się z Tobą zgadzam, Matyldo! Pisarz może opisywać Mocka jak chce, ale dla czytelników to właśnie on jest ucieleśnieniem tego retrodetektywa :) Myślę, że sprawdziłby się w tej roli (tym bardziej, że ma niski, donośny, melodyjny głos i kiedy czytał fragmenty swoich powieści, także dialogi z udziałem Eberharda, naprawdę chciało się go słuchać ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję