SZUKAM NIESPODZIEWANEGO. Relacja ze spotkania z Paulem Austerem
Data publikacji: 26 października 2014 A- A A+
Jestem Amerykaninem. Nowojorczykiem, który chciałby, aby Nowy Jork stał się kiedyś osobnym krajem. Mężem Siri, która jest esencją mojego życia. Ojcem dwojga cudownych dzieci. I wreszcie pisarzem. Na tę ostatnią rolę mam najmniej czasu, bo przeważnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę jestem wszystkim innym – to właśnie tymi słowy Paul Auster rozpoczął swoje spotkanie w Krakowie. Autor Trylogii nowojorskiej był gościem honorowym szóstej edycji Festiwalu Conrada. 20 i 21 października amerykański prozaik poprzedził wstępem pokazy swoich filmów w Kinie pod Baranami, zaś 22 października spotkał się z czytelnikami w krakowskim Centrum Kongresowym ICE, żeby porozmawiać o… naturze przypadku. Dla Paula Austera to właśnie przypadek jest podstawowym budulcem narracji – zarówno literackich, jak i życiowych. O to, czy jest on dowodem na chaos rzeczywistości, czy też jest śladem porządku, do którego nie mamy dostępu, pytał Amerykanina prowadzący spotkanie Grzegorz Jankowicz.

Już na wstępie Paul Auster powiedział o sobie, że jest awanturnikiem. Bardzo podoba mu się angielski ekwiwalent tego słowa. „Troublemaker” to ktoś, kto powoduje kłopoty – tłumaczył. To ktoś, kto nie trzyma się zasad, bo wymyśla je w miarę swojego działania. To ktoś, kto swoją pracą potrafi namieszać w sercach innych ludzi. Auster taki efekt osiąga swoim piórem. Jak mówi, pisanie to jedyna stała w jego życiu. Pisarzem został mając zaledwie piętnaście lat. Już jako chłopiec pisywałem, dużo czytałem. Kiedy miałem piętnaście lat przeczytałem Dostojewskiego. „Zbrodnia i kara” coś ze mną zrobiła. Rozbiła mnie na tysiące kawałeczków. Rozbiła mi czaszkę. Pomyślałem, że jeżeli książka może coś takiego zrobić, to nie ma niczego lepszego od pisania takich książek. Było to pięćdziesiąt dwa lata temu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pisanie może być sposobem na spędzenie życia.

Każda nowa powieść Paula Austera zaczyna się od bzyczenia w głowie. Takiego dźwięku, który słyszysz. Nie masz pomysłu, koncepcji. A potem nagle jest COŚ. Nigdy nie stałem się świadkiem tego przejścia od niczego do czegoś. Ale to jest jak muzyka. Zaczyna się pewien proces. Pojawiają się zdania, bohaterowie, pomysły. Czasami może on trwać latami. Ale zawsze przychodzi moment, kiedy ten proces nabiera rozpędu. Nadchodzi czas, gdy to coś zapędza mnie do ciemnego narożnika i zmusza do pisania. Na tym etapie najważniejsze staje się pierwsze zdanie. To najważniejsza rzecz, takie wstrzelenie się w książkę. Dopiero ono coś uruchamia. Choć nie zawsze. Tak było, kiedy prozaik pisał Noc wyroczni. Pierwsze dwadzieścia stron powieści przyszło mu bardzo szybko. Nie był jednak w stanie napisać niczego więcej. Paul Auster rozpoczął więc pracę nad kolejną książką. Kiedy ukończył Ksiegę złudzeń, powrócił do Nocy wyroczni. Dopiero wtedy wiedziałem, co mam zamiar zrobić z tymi pierwszymi dwudziestoma stronami – wspominał.

Dla Paula Austera jest coś bardzo fizycznego w samym akcie pisania. Co więcej, pisanie jest dla niego czymś koniecznym. Wkłada też w nie wiele wysiłku. Jakby na dowód tego, autor potwierdził przy okazji krążącą o nim anegdotę. Kiedy kilka lat temu żona Paula Austera udzielała wywiadu w ich rodzinnym domu, jej głos od czasu do czasu zakłócały dziwne, głośne dźwięki. Zaintrygowany dziennikarz zapytał, czy któryś z lokatorów uczy się grać na perkusji. Roześmiana Siri Hustvedt odparła jednak: nie, to tylko Paul pisze na maszynie.

Dziś Paul Auster już nie pisze na maszynie. Potrzebne mi jest pióro. Nie jestem w stanie pisać na klawiaturze. Kiedy piszesz i wydrapujesz słowa na stronie, czujesz jakby one wychodziły z twojego ciała. Prawdziwa intensywność jest tam, gdzie używam pióra. Maszyna do pisania przydaje się Amerykaninowi jedynie do przepisywania. Dzięki temu, że Paul Auster sam przepisuje swoje teksty, jest on swoim pierwszym czytelnikiem. Nie jest jednak dla samego siebie pobłażliwy. Dokonuje wielu skreśleń i poprawek. Jest ostry i bywa okrutny. Paul Auster wielokrotnie poprawia i przepisuje swoje książki, bo chce mieć poczucie rytmu. Dla mnie jednostką w powieści jest akapit. Każdy jest osobnym dziełem, jak wiersz. Dzięki nim różnicuję rytmikę. Chcę tworzyć staccato. Przebiegi rytmiczne nadają książce znaczenie.

W swojej prozie Paul Auster koncentruje się na przeszłości. Jak mówi, jest to jednak naturalne. Tradycyjny literacki dyskurs opiera się w końcu na trzech słowach: dawno, dawno temu. Właśnie tak opowiadamy historie – zauważył prozaik. Jedyną książką Paula Austera dziejącą się tu i teraz, w czasie teraźniejszym, jest Sunset Park. Amerykanin pisał ją w 2009 roku. Akcja powieści dzieje się pod koniec 2008 roku. To było tak niesamowicie blisko, to było aż namacalne – wspominał. – Napisałem ją w zaledwie sześć miesięcy. Jak na mnie, to bardzo szybko. To wszystko ze mnie autentycznie wypływało. Wykorzystałem tam wiele różnych punktów widzenia. Jest kilku bohaterów. Wcześniej z tego zabiegu nie korzystałem. Było to bardzo stymulujące doświadczenie, ale równocześnie bardzo wyczerpujące.

Paul Auster, podobnie jak większość anglojęzycznych pisarzy, rozumie słowo „dom” na dwa sposoby. Angielskie słowo „house” oznacza dla niego budynek. Słowo „home” oznacza ideę domu, którą uosabia rodzina. Auster lubi eksplorować różnicę pomiędzy tymi dwoma pojęciami. Znalazło to wyraz w jednej z jego książek. W Sunset Park Amerykanin opowiada o grupie ludzi zmagających się z recesją gospodarczą. Wszyscy tracą swoje domy na skutek kryzysu finansowego – przejmują je banki. Bohater książki, Miles Heller, pracuje dla jednej z firm, która sprząta takie domy, żeby przygotować je do sprzedaży. To bardzo deprymujące zajęcie. Miles jest tak poruszony tym, co widzi, że zaczyna fotografować te miejsca. Właśnie tak rozpoczyna się ta historia.

Fotografowanie otaczającego świata celem uchwycenia teraźniejszości to częsty motyw w twórczości Paula Austera. Tu nie chodzi o zatrzymywanie czasu, zdjęcia reprezentują jedynie jego upływ – wyjaśniał Amerykanin. – Dzięki nim można oglądać ruch czasu. To dziwne uczucie. Można zobaczyć wtedy, że wszystko dzieje się za szybko. To dlatego trzeba się wszystkiemu uważnie przyglądać. Musimy się zatrzymywać. Tego, co nas otacza, nie możemy uważać za coś oczywistego. O tym, że tak rzeczywiście jest, Paul Auster przekonał się między innymi po premierze Sunset Park. Do opisania squatu, w którym mieszkali bohaterowie książki, wykorzystał zdjęcie faktycznie istniejącego domu. Zrobiłem je na Brooklynie, mniej więcej w okolicy 44th Street. Miał okna zabite deskami. Wyglądał jak żywcem wyjęty z farmy w Minnesocie. Bardzo mnie zaintrygował. Nie mogłem wejść do środka, więc zrobiłem mu kilka zdjęć z zewnątrz. Chciałem je wykorzystać do szczegółowego opisania budynku w mojej książce. To były po prostu takie zdjęcia, które zrobiłem dla siebie. Wiele miesięcy później, już po opublikowaniu powieści, zostałem zaproszony do radia NPR. Dziennikarz zaproponował mi spacer do Sunset Park. Zgodziłem się. Pomyślałem, że chętnie zobaczyłbym jeszcze raz ten dom. Lecz kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że został zburzony. Nic po nim nie zostało, działka była opustoszała. Moje zdjęcia są jedynym śladem, że ten dom kiedykolwiek istniał.

Paul Auster wyznał, że kocha język angielski. Jest to język kwiecisty, silny, przejmujący – wyliczał. – To dlatego, że wywodzi się z dwóch źródeł. Są to tak naprawdę dwa języki, które zostały zespolone: język anglosaski i język francuski. Choć ten współczesny język angielski powstał tak naprawdę dopiero w XVI wieku. Pięknie brzmi i jest w nim mnóstwo słów wyrażających te same pojęcia. Tym się cieszę i tym się delektuję.

Mimo że krytycy nie opisują powieści Paula Austera jako politycznych, on sam nie boi się wykonywania politycznych gestów. Uważa, że wszystko ma w jakimś sensie wymiar polityczny. Kiedy piszemy o ludziach, kiedy żyjemy w społeczeństwie, to zawsze musimy odnieść się do ideologii tego społeczeństwa. Dotyczy to także polityki, która nim rządzi. Przykładowo, „Sunset Park” nie odnosi się bezpośrednio do polityki, a opisuje ogólnie aktualną sytuację polityczną w kraju. Niektóre moje książki są o wiele bardziej polityczne. W „Lewiatanie” mieliśmy bohaterów, którzy pisali o polityce. „Muzyka przypadku” to przypowieść polityczna o władzy. W „Nocy wyroczni” są odniesienia polityczne do czasów I wojny światowej, II wojny światowej, zamordowania prezydenta Kennedy’ego. Oczywiście, nie jest to podane wprost, nie jest to podane na tacy, natomiast pojawiają się odniesienia, pojawiają się aluzje. A zatem ja cały czas o tym myślę, to jest tam gdzieś we mnie obecne. Jestem człowiekiem, nie jestem tylko pisarzem. Jako człowiek bardzo uważnie śledzę scenę polityczną.

Paul Auster tylko jeden raz pojawił się w swojej powieści. W Szklanym mieście pisarz wystąpił pod swoim imieniem i nazwiskiem jako bohater. Jednak wszystko, co włożyłem w usta tej postaci, to zupełne przeciwieństwo tego, w co wierzę – śmiał się. – Taki zabieg autobiograficzny był efektem moich rozmyślań na temat natury opowieści. Odczytywałem na okładce książki nazwisko autora. Powiedzmy… Hermana Melville’a. Otwierałem książkę, zaczynałem ją czytać i słyszałem głos, który mówił: Dawno, dawno temu… Ale do kogo należał? Co to jest za głos? Czy to Herman Melville mówi do mnie czy być może jest to jakaś projekcja tego autora, która jest gdzieś obok Hermana Melville’a? Zawsze fascynowała mnie ta koncepcja. Zastanawiałem się, co by się stało, gdybyśmy wzięli to nazwisko z okładki i umieścili je także w książce. Co by się wtedy stało? I tak właśnie zrobiłem. To był taki eksperyment. Nie wydawało mi się, że piszę o sobie. Chociaż moja żona i mój syn także pojawiają się na kartach tej książki. Okazuje się, że Auster nie jest narratorem. Narratorem jest ktoś zupełnie inny, kto zresztą mówi na końcu, że Auster nie zachowuje się do końca dobrze i że nie chce być jego znajomym. A więc to jest taka zabawa na temat tego, kto tak naprawdę jest autorem książki.

Podczas spotkania pisarz wspominał, skąd w ogóle wziął się pomysł na napisanie Szklanego miasta. Wszystko zaczęło się od telefonu. Ktoś zadzwonił i zapytał: „Czy to Agencja Pinkertona?” To słynna amerykańska agencja detektywistyczna. Dashiell Hammett kiedyś pisał dla nich. Powiedziałem: „Nie, nie, to pomyłka” i odwiesiłem słuchawkę. Następnego dnia znowu ktoś do mnie zadzwonił. „Przepraszam, czy to Agencja Pinkertona?”, usłyszałem. „Nie, nie” - odpowiedziałem. – „To pomyłka”. Ale potem strasznie tego żałowałem. Pomyślałem: „Czemu to zrobiłem? Przecież mogłem udawać, że jestem z Agencji Pinkertona. Dowiedziałbym się o co chodziło, jaka to sprawa”. Czekałem z nadzieją, że ten ktoś zadzwoni po raz trzeci. Niestety, nie doczekałem się. Stąd wzięła się koncepcja książki. Quinn odbiera trzeci telefon i podaje się za Paula Austera z Agencji Detektywistycznej Austera. Od tego wszystko się zaczyna. Lata później Paul Auster odebrał inny dziwaczny telefon. Mieszkałem wtedy już zupełnie gdzie indziej, miałem inny numer telefonu. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem: „Czy jest pan Quinn?”. Zapytałem: „Czy to jakiś kawał?”. „Nie, nie, szukam pana Quinna”, zapewnił mój rozmówca. „Przykro mi, ale to pomyłka”, powiedziałem. I wiecie co? Nigdy w życiu nie czułem się dziwniej niż w tamtej chwili.

Choć w prozie Paula Austera pojawiają się wątki autobiograficzne, pisarz zaznacza, że nie jest zainteresowany samym sobą. Swoją postać traktuje jako pewien przykład, nazywa się ludzkim królikiem doświadczalnym. Chce dowiedzieć się, na czym polega życie. Jakie mechanizmy rządzą rzeczywistością. Zauważa, że rzeczy nieprawdopodobne dzieją się z pewną regularnością. Taka jest natura przypadku. Możemy spodziewać się niespodziewanego. Ja tego szukam.




Zdjęcia: Tomasz Wiech / KBF
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję