Prawda o sprawie Mendozy (relacja)
Data publikacji: 27 października 2011 A- A A+
Fábregas – bohater Wyspy niesłychanej – z dnia na dzień rzuca wszystko – rodzinę, firmę, kochankę. Przeznaczenie lub przypadek prowadzi go do Wenecji. To właśnie tam poznaje Maríę Clarę – kobietę, która odmieni jego życie. Wie o niej niewiele, lecz między innymi to, że jej przodkowie wyemigrowali z Wenecji do Krakowa. Jednak, kiedy Eduardo Mendoza pisał tę powieść, nawet nie przypuszczał, że już niebawem on sam odwiedzi Gród Kraka. Tymczasem myślenie magiczne, tak silnie obecne w jego prozie, urzeczywistniło się na jawie! I to trzykrotnie, bo właśnie zakończyła się już trzecia wizyta, jaką Hiszpan złożył w Polsce.


Eduardo Mendoza przyjechał do Krakowa na zaproszenie Instytutu Cervantesa. 25 października 2011 roku prozaik został oficjalnie ogłoszony patronem Biblioteki Instytutu Cervantesa w Krakowie. Dzień później spotkał się z czytelnikami. 26 października o godz. 18.00 sala im. Stanisława Wyspiańskiego krakowskiej PWST była pełna. Na spotkaniu pojawiło się blisko trzysta osób. Kilkadziesiąt z nich koczowało w foyer, bo zainteresowanie przerosło najśmielsze oczekiwania organizatorów – dla miłośników Mendozy zwyczajnie zabrakło miejsc.


Na scenie też było tłoczno – oprócz Eduarda Mendozy, w spotkaniu udział wzięli: Abel A. Murcia Soriano (dyrektor Instytutu Cervantesa w Krakowie)…


…oraz Carlos Marrodán Casas (jeden z najlepszych tłumaczy literatury hispanojęzycznej na polski).


To właśnie oni prowadzili rozmowę z autorem, a dzięki łączącej ich nici sympatii, wieczór przebiegł w bardzo serdecznej, familiarnej atmosferze. Ku zaskoczeniu przybyłych spotkanie okazało się nie tyle poświęcone twórczości Mendozy, co promocji jego najnowszej książki – wspomnianej na początku Wyspy niesłychanej, której egzemplarze zaledwie przed paroma tygodniami pojawiły się w polskich księgarniach, a która światło dzienne ujrzała dwadzieścia dwa lata temu.


Wyspa niesłychana to jedna z najciekawszych powieści w dorobku Mendozy. Przede wszystkim dlatego, że piewca Barcelony tym razem czytelników wcale do stolicy Katalonii nie zabiera. – Chciałem napisać powieść, której akcja nie toczyłaby się w Barcelonie – wspomina. – Moment publikacji mojej poprzedniej książki, Miasta cudów, zbiegł się z chwilą, kiedy Barcelona stała się bardzo modnym miastem. Zaczęła często pojawiać się w literaturze. A ja byłem tym zmęczony. Nie chciałem stać się reprezentantem tego modnego nurtu.

Dodatkowym argumentem na rzecz porzucenia Barcelony była, jak dziś żartobliwie wspomina Mendoza, także rozmowa, jaką swego czasu pisarz odbył z ówczesnym prezydentem miasta. Polityk zapytał wówczas, czy akcję swojej następnej powieści Hiszpan ma zamiar osadzić w Barcelonie. Mendoza ponoć w odpowiedzi zapytał wówczas, czy z racji tego, że tak przyczynia się do promowania miasta, nie mógłby liczyć na niewielką pensyjkę. A ponieważ usłyszał, że nie, postanowił zamienić, jak mówi, pełną światła, przepełnioną życiem i pozbawioną tajemnic Barcelonę na jej zupełne przeciwieństwo – ciemną, smutną, wyludnioną Wenecję, w której wszystkie domy są zamknięte i zamieszkiwane przez duchy. Ten niezwykły charakter Wenecji doskonale odpowiadał pomysłowi Mendozy na powieść. Pisarz chciał bowiem uciec w niej do tajemnicy, a miasto zamieszkałe przez duchy ekscentrycznych świętych było po temu doskonałym miejscem. Jego zdaniem Wenecja zaprasza do snucia tajemniczych opowieści z ekscentrycznymi bohaterami ze świata fantazji w rolach głównych, którzy jednak po bliższym poznaniu okazują się w niczym nie różnić od nas samych.

Odnosząc się do inspiracji, jakie przywiodły Mendozę do napisania Wyspy niesłychanej, pisarz wspomina o filmie pt. Nie oglądaj się teraz czy Śmierci w Wenecji Tomasza Manna, zaznaczając jednak, że te dzieła kultury miały raczej nie do końca uświadomiony wpływ na tę książkę. O jej kształcie częściej decydowały historie, jakie przynosiło samo życie. Jedna z anegdot dotyczy trzech ciotek Mendozy – starych panien, zajmujących się głównie oglądaniem telewizji. Mieszkały one w ogromnym domu, a w opiece nad nimi pomagała siostra pisarza. Pewnego dnia w jednej z szaf znalazła ona paczuszkę, zawiniętą w papier gazetowy. Chciała ją wyrzucić, jednak ciotki wszczęły larum, krzycząc: nie dotykaj tego! Okazało się, że w tej niepozornej paczce znajdują się… kości świętego. W czasie hiszpańskiej wojny domowej pewien ksiądz oddał im je w depozyt i tak, zapomniane, przeleżały w starej szafie bez mała trzydzieści lat. Gdzie znajdują się teraz, pisarz nie wie, lecz, jak mówi, spodziewa się najgorszego. Tym niemniej, to, co chce przez tę historię powiedzieć to to, że święci są blisko nas – bliżej niż sami przypuszczamy.


Eduardo Mendoza przyznaje, że jego powieści zawdzięczają wiele innym opowieściom, a on sam czuje się spadkobiercą dawnych literatów. To dlatego, że pojmuje literaturę nie tyle jako twórczość, ale jako swoistą kontynuację. Zadanie pisarza polega w jego odczuciu na tym, aby napisać ciąg dalszy albo zaktualizować to, co już kiedyś zostało opowiedziane. Zdradza też, że choć lubi czytać, czyta niewiele, lecz jeśli już, to bardzo powoli, żeby jak najbardziej na tym skorzystać.

Kiedy opowiada o swoich bohaterach, Mendoza zwraca uwagę na pewien schemat – każdy z nich, bez względu na to czy jest detektywem, czy kosmitą, wyjeżdża w jakieś miejsce, przeżywa w nim przygodę, po czym powraca na swoje miejsce, wracając niejako do punktu wyjścia. To dlatego, że zdaniem pisarza historie, które opowiada literatura, to właśnie podróże tego typu. To, co jeszcze łączy tworzonych przez niego bohaterów, to także to, że można ich podzielić na dwie grupy: ta pierwsza, to postaci, które stanowią przedłużenie jego własnej osobowości; ta druga zaś to świadkowie – bohaterowie osobowości pozbawieni.

Bohaterowie, którzy są świadkami, nie są ważni dla powieści. Nie liczy się bowiem to, co się z nimi dzieje, ale to, co się dzieje wokół nich. Jak ich poznać? Pisarz oddaje narrację w ich ręce. Kiedy jednak pisarz opowiada o swoich porte-parole, zamienia narrację pierwszoosobową na narrację w trzeciej osobie. Te postaci to pewne projekcje Mendozy jako pisarza. Powstają, bo prozaik sytuuje się w pewnej przestrzeni. Dopiero później obdarza je wolnością, tak aby mogły się zmieniać w toku opowiadania historii, przez co koniec końców nie zawsze są z pisarzem w pełni tożsame. Taką postacią zbieżną z autorem jest chociażby detektyw. Ale już Fábregas ma z Mendozą niewiele wspólnego. Różnie to bywa. – Flaubert powiedział kiedyś: pani Bovary to ja. Nie sądzę, żeby to samo powiedział autor scenariusza do filmu Babe – świnka z klasą – śmieje się.


Eduardo Mendoza świadomie nawiązuje do tradycji powieści łotrzykowskiej – gatunku, który spopularyzował się w Europie w dobie oświecenia, a który później właściwie został zapomniany. Robi to z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że powieść pikarejska ma w hiszpańskiej literaturze bogatą tradycję, a po drugie – na przekór powieściom eksperymentalnym. Kiedy zaczynał pisać, hiszpańscy twórcy w zdecydowanej większości parali się prozą awangardową. Mendoza chciał wrócić do korzeni. I wrócił. Do powieści pikarejskiej i Cervantesa.

Powieści Mendozy mają dwojaki charakter – niektóre są lekkie i humorystyczne, inne – bardziej poważne. – Nigdy nie sprawdzałem, jak te książki się układają. Czy przypadkiem nie na zmianę – zastanawia się. I wyjaśnia – Te powieści, tak zwane poważne, są zawsze dłuższe, traktują o konkretnej epoce, wymagają dokumentacji. Pisanie ich jest żmudne. Pisanie powieści humorystycznych jest o wiele łatwiejsze.

Pisanie powieści humorystycznych przychodzi Mendozie z łatwością także dlatego, że sam jest osobą o dużym poczuciu humoru. Podczas spotkania autorskiego uśmiech nie schodził mu z twarzy. I wciąż puszczał do czytelników oko, zwłaszcza do Krakowian – Jestem w Krakowie od trzech dni i już przytyłem cztery kilogramy. Ale jest to cena, którą jestem gotów zapłacić. Póki nie pęknę, będę przyjeżdżał, także dlatego, aby dowiedzieć się, jak to robicie, że tyle jecie, a nadal pozostajecie szczupli – uśmiecha się i dodaje. – Nawet sam sobie nadałem tytuł honorowego obywatela miasta!


Humor nie zrzedł Mendozie także wtedy, kiedy zdecydowana większość ze wspomnianych trzystu czytelników, ustawiła się do niego w kolejce po autograf. Trzeba było poczekać nawet półtorej godziny. Ale warto było! ;)


Komentarze
  • 1
    nutta 27 października 2011 | 12:12:23

    Aniu, powinnaś pójść do prezydenta Krakowa i spytać, czy możesz liczyć na pensyjkę, bo promujesz krakowskie spotkania autorskie;)
    Aż przyjemnie popatrzeć, że tylu czytelników stawiło się, by posłuchać ulubionego pisarza. Ostatni książka - to autograf na Twojej książce?

  • 2
    montgomerry 28 października 2011 | 12:37:45

    świetna relacja!

  • 3
    Annie 30 października 2011 | 15:28:46

    Nutto, obawiam się, że podobnie jak Mendoza, zostałabym bezlitośnie odprawiona ;) Tym niemniej i tak zostałam sowicie nagrodzona - tak, to autograf na mojej książce :) Muszę ją teraz pilnować jak oka w głowie ;)

    Montgomerry, dziękuję! :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję