Szelmostwa Maria Vargasa Llosy (relacja)
Data publikacji: 23 października 2011 A- A A+
To spotkanie miało być inne niż wszystkie. Wyjątkowe. Bo i wyjątkowy miał być dwunasty gość cyklu „Dorwać Mistrza” od lat organizowanego przez Znak. Dziennikarz, prozaik, noblista. Mario Vargas Llosa. 21 października przyleciał do Polski. Wizytę rozpoczął w Warszawie, skończył zaś w Krakowie – 22 października w kinie Kijów na zamkniętym spotkaniu autorskim.


Do wstępu uprawniał ten magiczny bilet.


Podobnych mu było kilkaset, a wszystkie rozeszły się w mgnieniu oka. Ci, dla których biletów zabrakło, koczowali na zimnie przed wejściem i liczyli na szczęście. Warto było – na sali zmieścili się wszyscy. W spotkaniu wzięło udział blisko tysiąc osób.


Mario Vargas Llosa przybył nad Wisłę wraz żoną Patricią. To właśnie ona w 1965 roku wypełniła w życiu pisarza miejsce po Julii Urquidi – kobiecie, którą czytelnicy znają z Ciotki Julii i skryby, piątej powieści Llosy.


Krakowskie spotkanie prowadził Filip Łobodziński („Newsweek”), ramię w ramię z Maciejem Stasińskim („Gazeta Wyborcza”). Gościem specjalnym był Abel Murcia Soriano, dyrektor Instytutu Cervantesa.


A wszystko zaczęło się dość nietypowo – nagle zgasły światła, zaś z głośników rozległ się donośny głos Llosy…

Czytać nauczyłem się mając pięć lat, w klasie brata Justyniana w Colegio de La Salle w Cochabambie w Boliwii. Czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mi się życiu przydarzyła. Prawie 70 lat później wciąż wyraziście pamiętam, jak magia przekładania słów z książek na obrazy odmieniła moje życie, obaliła bariery czasu i przestrzeni i pozwoliła przebyć z kapitanem Nemo 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi, walczyć u boku d'Artagnana, Atosa, Portosa i Aramisa przeciw knowaniom grożącym Królowej w czasach przewrotnego Richelieu i czołgać się jak Jean Valjean przez wnętrzności Paryża z rannym Mariuszem na plecach. Czytanie zmieniało sen w życie, a życie w sen, kładło w zasięgu małego człowieczka, jakim byłem, wszechświat literatury. Matka opowiadała mi, że najpierw pisałem dalsze ciągi przeczytanych historii, bo albo nie mogłem przeboleć, że się skończyły, albo chciałem poprawić zakończenie. I być może przez całe dalsze życie nie robiłem niczego innego niż to właśnie: bezwiednie przedłużałem w czasie, rosnąc, dojrzewając i starzejąc się, pełne uniesień i przygód historie, które wypełniały moje dzieciństwo.

Powyższe słowa pochodzą z mowy dziękczynnej Maria Vargasa Llosy, jaką pisarz wygłosił 7 grudnia 2010 roku w Sztokholmie, kiedy odbierał przyznaną mu literacką Nagrodę Nobla. Llosa nie wygłaszał jej od serca, napisał ją wcześniej – jak sam mówi, w nie lada trudnościach. Aby mogła powstać, sam sobie musiał kraść czas. Pisał albo bardzo wcześnie rano, albo bardzo późno w nocy. W ciągu dnia prowadził zajęcia na uniwersytecie. Ale warto było podjąć taki wysiłek. Dziś uznaje się ją za autentyczne arcydzieło literatury. To dlatego, że była czymś więcej niż kolejną mową dziękczynną. Llosa stwierdził bowiem, że jeśli ktoś otrzymuje uznanie tej rangi, powinien zmusić się do głębszej refleksji i opowiedzieć o swoim pisarskim powołaniu. Co oznacza owo powołanie literackie? Kiedy się zaczęło? Jakie znaczenie mają dla jego życia pisanie i czytanie? A jaką rolę odgrywają one w życiu ludzi i społeczeństw? Jaka jest rola fikcji – w stosunku do wolności, demokracji, współistnienia w różnorodności? To właśnie o tym traktowała jego mowa.


Wisława Szymborska dzień, w którym została ogłoszona laureatką literackiej Nagrody Nobla, nazywa tragedią noblowską. Dla poetki była to katastrofa, bo czas pokazał, że noblistom bardzo trudno dobrze pisać „po Noblu”. Dla Llosy jego Nobel był wielką niespodzianką. Tym większą, że… nawet nie interesował się tym, kiedy komitet noblowski podejmuje decyzję w tej sprawie. Podczas gdy jego członkowie obradowali, wybierając Llosę, Llosa wybierał się do Nowego Jorku. Przeprowadzka do Wielkiego Jabłka pochłaniała całą jego uwagę. Tymczasem pewnego dnia odebrał telefon. TEN telefon. Tego, co usłyszał w słuchawce, zupełnie się nie spodziewał. Z dnia na dzień stał się osobą publiczną, obiektem ciekawości. Jego życie się zmieniło – jak mówi – w sposób trudny do wyobrażenia. Nie wiedział, że przyznanie mu literackiej Nagrody Nobla pociągnie za sobą takie konsekwencje. Tą najdotkliwszą była niemożność pisania. Był tak zajęty obowiązkami związanymi z przyznaną mu nagrodą, że w zasadzie nie mógł w ogóle pracować. Po raz pierwszy w życiu. Dopiero teraz, po wielu miesiącach, ma nadzieję wkrótce wrócić do pisania. Nie sądzi jednak, żeby ta nagroda zmieniła coś w jego pisarstwie. Przypomina, że pisze od bardzo wielu lat i przez ten czas wypracował sobie pewną rutynę, pewien system pracy. Zmiany zaistniały, ale tylko te o charakterze powierzchownym - związane z uznaniem i z wrzawą, jaka wytworzyła się wokół jego osoby. W prywatnym wymiarze literackim, czyli wtedy, kiedy siada z piórem nad pustą kartką, nadal jest tą samą osobą, którą był, zanim otrzymał nagrodę. Także dlatego, że dość wcześnie doświadczył tego, że jest kimś więcej niż pisarzem peruwiańskim. Że trafia do czytelników na całym świecie. Jak wspomina, pamięta ten moment – było to na początku lat 60. XX wieku. To właśnie wtedy napisał swoją pierwszą powieść, Miasto i psy, dla której długo nie mógł znaleźć wydawcy. W owym czasie mieszkał w Paryżu i jeden z jego przyjaciół, francuski hispanista Claude Couffon, wystąpił z propozycją, aby przesłał swój manuskrypt do pewnego wydawcy z Barcelony. Llosa wysłał przesyłkę, jednak z tym konkretnym wydawnictwem nie wiązał większych nadziei. W latach 60. XX wieku sytuacja w Hiszpanii była napięta. Niemal nic nie przechodziło przez sito cenzury. Jednak ku swojemu zaskoczeniu, po kilku tygodniach od wysłania powieści, otrzymał telegram od wydawcy. Carlos Barral pisał: wydam Pana powieść! Po jakimś czasie Llosa otrzymał kolejny telegram z Seix Barral. Carlos Barral znowu donosił: podpisałem dziesięć umów na tłumaczenie Pana książki! – Czytałem i nie mogłem uwierzyć – wspomina Llosa. – Myślałem: no to chyba stał się cud!

Dla debiutującego prozaika było to niezwykłe doświadczenie. Informacja o dziesięciu przekładach wprawiła go w osłupienie, bo w tamtym czasie nie znał żadnego hispanojęzycznego pisarza, który byłby tak chętnie tłumaczony. Poczuł się wyróżniony, a uznanie dla jego powieści stanowiło dodatkową zachętę do dalszej pracy pisarskiej. Dotychczas Llosa sądził, że pisanie będzie jego hobby; że z tego nie da się utrzymać. Teraz to, co pozostawało w sferze marzeń, a więc życie z pisania, powoli zaczęło stawać się faktem.

Od samego początku swojej pisarskiej kariery Mario Vargas Llosa łączył misję pisarza z potrzebą komentowania życia publicznego świata. Choć prozaik bezustannie podkreśla, że jego powołaniem jest literatura i to jej poświęca największą część swojego czasu, to nie przepada za wizerunkiem pisarza, który zamyka się w bibliotece, żeby żyć ze swoimi snami. On nie chce taki być. Chce stać jedną nogą na ulicy. Ten bowiem pisarz, który izoluje się od świata, traci kontakt z rzeczywistością. Jego literatura przestaje być witalna. Życie z ludźmi przenika twórczość literacką. To dlatego proza Llosy tak wiele, jego zdaniem, zawdzięcza jego pracy dziennikarskiej. Dziennikarstwo to dla niego most pomiędzy pisarstwem a polityką.

W ocenie Llosy pisarz ma moralny obowiązek brania udziału w tym, co się dzieje w jego czasach. Literat nie powinien angażować się w profesjonalną politykę, ale brać udział w debacie publicznej, bo dzięki swojemu powołaniu ma szansę ją ulepszać. Polityka zamienia bowiem język w retorykę, a pisarz może wnieść pewną świeżość i autentyczność do języka, którym posługują się politycy. Polityka musi mieć pewną fantazję, wyobraźnię; musi wybiegać myślą w przyszłość. A przecież takimi cechami charakteryzuje się fikcja! Komentowanie rzeczywistości jest więc dla Llosy częścią jego pracy – nie tylko jako pisarza, ale i obywatela.


Tym niemniej, w Ameryce Łacińskiej Llosa jest odrzucany jako komentator polityczny. Ot, choćby niedawno w Argentynie, kiedy to nie chciano gościć go w Buenos Aires. Co ciekawe, nawet ci, którzy odrzucają go jako komentatora, uznają go za wielkiego pisarza. Llosa podczas spotkania niechętnie odnosił się do tej sytuacji. Nie chciał komentować tej sprzeczności. Wrogość, z jaką się spotyka, tłumaczy tym, że polityka sama w sobie wzbudza różnego rodzaju emocje i często prowokuje dialog negatywny. A ten, oparty w głównej mierze na wyzwiskach, w Ameryce Łacińskiej ma jego zdaniem miejsce o wiele częściej, aniżeli w innych częściach świata. To, co się Llosie najbardziej w tym wszystkim nie podoba, to to, że ludzie oddzielają pisarza od obywatela. Od obywatela, który ma prawo do komentowania. Drażni go, kiedy jego oponenci wytykają mu, że choć ma poglądy prawicowe, to jego powieści mają wydźwięk lewicowy. Llosa takiej sprzeczności nie dostrzega. Sprzeciwia się takiemu kategoryzowaniu. I nieco podnosząc głos, konkluduje: ja jestem jedną osobą!

Oprócz otaczającej ludzi rzeczywistości, Llosę interesuje także to, co dzieje się w duszy człowieka. Nie można bowiem w pełni zrozumieć czyjegoś zachowania bez zrozumienia jego motywów działania, a te zawsze mają swój początek w przestrzeni duchowej. To dlatego Peruwiańczyk nie zgadza się z tymi, którzy zarzucają mu, że nie interesuje go psychologizacja postaci. Podkreśla, że on zajmuje się powieścią realistyczną, a w tego typu prozie wymiar duchowy objawia się poprzez działanie bohatera. Zresztą sam nie lubi powieści, których autorzy zamiast opowiadać historię, oddają się rozważaniom spirytualnym. Bo przecież motywy postępowania objawiają się w tym, co robią postaci. Prekursorem tego typu myślenia był Flaubert. On też zainspirował Llosę do zajęcia się takim, a nie innym pisarstwem. To, jakim pisarzem chciałby być, Peruwiańczyk odkrył w 1959 roku po lekturze Pani Bovary. Jak wspomina z rozrzewnieniem, wpadł wtedy w trans. Literatura realistyczna zaintrygowała go z jeszcze jednego powodu. Trudno się ją uprawia. Trzeba bowiem dbać, aby nie stała ona w sprzeczności ze strukturą, formą czy pięknym językiem. Literatura realistyczna odzwierciedla świat, jaki nas otacza i dlatego w tego typu powieściach nie mieszczą się analizy całkowicie intymistyczne. Takowe można jednak znaleźć w prozie Marcela Prousta czy Henry’ego Jamesa. Llosa jednak odrzuca tego typu pisarstwo i wprost przyznaje, że nie umiałby pisać tego typu powieści.


Zapytany o swoje porte-parole, Mario Vargas Llosa odpowiada krótko: wierzę, że pisarz jest obecny we wszystkich swoich bohaterach. Przenika do swoich postaci, a one stają się nim. Choć on sam najbardziej czuje się związany z tymi bohaterami, których stworzenie nastręczyło mu najwięcej trudności. Z tymi, którzy zmusili go do naprawdę intensywnej pracy. Oni bowiem w jego odczuciu wyrażają go najlepiej, choć wciąż podtrzymuje, że każda z jego postaci wyraża jakiś aspekt jego osobowości. I tak powinno być, bo inaczej powieść będzie wydawać się sztuczna. Już nie będzie samym życiem, a czymś na kształt traktatu; dydaktyzmem. A powieści dydaktyczne, w jego odczuciu, nie są dobre. Dobre są te, które naśladują życie. – Jak ktoś chce przekazać przesłanie, niech wygłosi wykład lub napisze artykuł. Powieść jest na to zbyt delikatna – grzmi Llosa. Nie znaczy to jednak, że powieści realistyczne nie mają przesłania. Ono jest – rodzi się na styku powieści z czytelnikiem.

Oprócz Flauberta, Llosa podziwia także Josepha Conrada. To właśnie jego książki trzyma przy łóżku. Czytał je wielokrotnie. Fascynuje go połączenie przygody, fantazji, trosk moralnych i polityki w powieściach Polaka. A także to, że był jednym z niewielu, który umiał pisać powieści polityczne. Trudno bowiem w takowych oddać prawdę życia, a Conradowi się to udało. Zdaniem Llosy jego dzieła są cały czas aktualne. Teraz nawet bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Conrad doskonale rozumiał politykę, grę polityczną i to, jak emocje mogą zamienić politykę w straszny instrument zniszczenia. W ocenie Peruwiańczyka, Polak był świetnym obserwatorem swoich czasów. Był jak gąbka – zbierał lęki i demony, towarzyszące mu ówczesnym. To dlatego jego powieści wyprzedzały jego epokę.

Conrad jest dla Llosy wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Potrafił zmienić swój język – choć urodził się Polakiem, pisał po angielsku. Noblista przyznaje, że on sam nie umiałby pisać w innym języku niż hiszpański. Język hiszpański jest dla niego nie tylko surowcem – to język, w którym myśli, śni i marzy. – Znam ciszę w języku hiszpańskim, ale nie wiem, jak milczą inne języki. A przecież każdy język milczy inaczej – zauważa.

Dbałość o język jest dla Llosy równie ważna jak dbałość o formę. Pisarz podkreśla, że choć wydaje się, że zarzucił eksperymentowanie z formą, tak widoczne w jego pierwszych powieściach, jego troska o formę jest nadal taka sama. To dlatego, że w jego odczuciu literatura to forma, a pisarz, który się formą nie przejmuje, to pisarz stracony. Opowiadana historia jest bowiem drugorzędna, wtórna wobec formy. To, że jego nowsze powieści różnią się od starszych, wynika zdaniem Llosy raczej z tego, że jeśli już coś zarzucił to ciemność na rzecz jasności. – Młodym pisarzom wydaje się, że trudność oznacza głębię. To dlatego uciekają od przejrzystości, bo jasność ich zdaniem równa się powierzchowności. Z biegiem lat odkrywamy dopiero, że najtrudniejszym jest dobrze opowiedzieć historię. A to dobre opowiedzenie historii to, zdaniem Llosy, nic innego, jak odnalezienie najlepszego sposobu na to, aby oddać przeżycie i dotrzeć do czytelnika. – Teraz szukam tej jasności, nie trudności. Ale to nie oznacza, że pisze mi się teraz łatwiej, przyjemniej. Wręcz przeciwnie! Wiele piszę i wiele przerabiam. Bardzo lubię po sobie poprawiać – mówi Llosa. Ta poszukiwana przez niego jasność ma pozwolić na to, żeby w historii niczego nie brakowało i niczego nie zbywało. Pisarz szuka równowagi pomiędzy treścią i formą, słowami i sensem historii. Peruwiańczyk pragnie bowiem, aby jego historie były czytane tak, jakby nie zostały napisane, ale po prostu przeżyte.

Na pytanie, czy powieści Maria Vargasa Llosy mówią coś o nim samym, pisarz odpowiada przewrotnie, przytaczając anegdotę. Otóż lata temu Claude Simon, francuski prozaik, a zarazem laureat literackiej Nagrody Nobla z 1985 roku, wybrał się na konferencję poświęconą jego postaci i jego twórczości. Po jej zakończeniu, podszedł do prowadzącego ją krytyka (jak również filozofa francuskiego) i zapytał: Pan jest pewien, że autor, o którym Pan mówił, to jestem ja?! Niezrażony krytyk odpowiedział: Tak, to jest Pan, kiedy pisze. Zdaniem Llosy odpowiedź francuskiego filozofa doskonale oddaje naturę problemu. Każdy pisarz jest bowiem z jednej strony osobą publiczną, z drugiej – osobą prywatną, którą znają jedynie najbliżsi. Jednak kiedy tworzy, nie pisze jedynie z punktu widzenia osoby publicznej – używa całej swojej osobowości. Dzięki temu podczas pisania pisarz sam może odkrywać prawdę o sobie. Może poznać swoje fobie, upodobania; pewne motywy. Im bardziej autor będzie autentyczny, tym więcej będzie w jego prozie sekretów dotyczących jego samego. Llosa stawia sprawę jasno: każda powieść jest autobiograficzna. Każda opowiada o rzeczach, które miały miejsce albo o tych, o których pisarz ma nadzieję, że zaistnieją.

Llosa uczy się siebie samego ze swoich powieści. Uczy się także z tych, które przychodzi mu czytać. Jest pewien, że gdyby nie lektury, jego życie byłoby dużo uboższe i bardziej nijakie. Cervantes, Tołstoj, Dostojewski, Flaubert… Oni stymulowali wyobraźnię Llosy. Ten, kto czyta, zyskuje dużo bardziej wyczuloną wrażliwość, bogatszą wyobraźnię oraz krytyczną wizję świata. Szybko też zaczyna się orientować, że rzeczywistość nas otaczająca jest uboga i nieskomplikowana. To spostrzeżenie zaczyna zaś tworzyć w czytelniku poczucie niezadowolenia. Właśnie tak, zdaniem Llosy, tworzy się duch krytyczny. I to właśnie dlatego różnorakie reżimy cechował brak zaufania do fikcji. Powoływano cenzorów, aby kontrolowali literaturę, jakby było w niej coś niebezpiecznego. Noblista uważa, że było w tym wiele racji. Bo tego, jak bardzo literatura może być niebezpieczna, nie widać w dzisiejszych społeczeństwach otwartych. Zapominamy, że tworzy ona niepokój i poczucie, że świat jest źle zorganizowany. To źródło potencjalnej rebelii, buntu. I to właśnie dlatego literatura jest dla nas tak ważna. Pomaga w kształtowaniu kolejnych pokoleń i w tworzeniu społeczeństwa otwartego, partycypacyjnego i krytycznego. Llosa nie boi się o jej przyszłość. Rewolucja audiowizualna, która rzekomo grozi książce, jest zdaniem Noblisty czymś fantastycznym, bo daje ludziom do ręki nowe instrumenty do bronienia się przed cenzurą. Kiedy powstała telewizja, wieszczono śmierć radia. Kiedy powstało kino, wieszczono śmierć teatrów. To, czy książki nie znikną za ekranami zależy zdaniem Peruwiańczyka tylko od nas, ale w jego ocenie mają one swoje miejsce, które należy tylko do nich. Mario Vargas Llosa także ma swoje miejsce w światowej literaturze, które nigdy nie zostanie mu odebrane. Świadczą o tym miliony czytelników na całym świecie.


Komentarze
  • 1
    nutta 23 października 2011 | 11:20:09

    Dziękuję za relację, i... zazdroszczę. Bilet wspaniały. Tłum czytelników potwierdza renomę.

  • 2
    mary 23 października 2011 | 12:52:15

    genialna relacja. ciekawa, pełna dygresji, szczegółów. Ogromnie podoba mi się zdanie Llosy :" Znam ciszę w języku hiszpańskim, ale nie wiem, jak milczą inne języki." ... jak on potrafi prostym językiem własnie oddac to co zawikłane. Fajnie mówi o szukaniu tej 'jasnosci' w pisaniu... myslę, że wielu pisarzy powinno się od niego uczyć.
    Bardzo zazdroszczę (ale to juz Ci mówiłam wczoraj) i bardzo dziękuję za tą notkę.

  • 3
    labareda 23 października 2011 | 23:30:03

    Czekałam na tą relację z niecierpliwością i muszę przyznać szczerze- niezwykle interesująca! Dziękuję bardzo, dzięki niej poznałam Llosę z nieco innej strony.

  • 4
    Annie 27 października 2011 | 11:32:44

    Dziewczęta, dziękuję za tyle miłych słów! Cieszę się, że relacja przypadła Wam do gustu (i mam ogromną nadzieję, że same jeszcze będziecie miały okazję stanąć oko w oko z Mistrzem :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję