Zaczynam patrzeć na świat tak jak Pratchett – rozmowa z Piotrem W. Cholewą
Data publikacji: 29 października 2014 A- A A+
Od lat uznaje się go za najlepszego polskiego tłumacza. Większość czytelników nie wyobraża sobie bez niego polskiego Świata Dysku. A miłośnicy fantastyki – polskich przekładów najważniejszych prozaików tego gatunku: Orsona Scotta Carda, Williama Gibsona, Rogera Zelazny’ego czy Ursuli Le Guin. To jedyny człowiek na świecie, który wie, jak mówiłby po polsku Terry Pratchett, gdyby tylko Brytyjczyk kiedykolwiek nauczył się polskiego. Piotr W. Cholewa – z wykształcenia doktor matematyki, z zamiłowania – działacz Polskiego Fandomu Fantastycznego. Wieloletni członek Śląskiego Klubu Fantastyki, od wielu lat redaktor naczelny „Miesięcznika”, były prezes, a obecnie sekretarz Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction. I ku mojej wielkiej radości, gość Dziennika Literackiego.


  • Anna Kutrzuba: Zaledwie kilka tygodni temu w księgarniach pojawił się czwarty tom Nauki Świata Dysku. Jak większość książek sygnowanych nazwiskiem Terry’ego Pratchetta, w Pana tłumaczeniu. Nie sposób więc na wstępie nie zapytać, jak się podobało?
  • Piotr W. Cholewa: Ja bardzo polecam Naukę Świata Dysku. Terry Pratchett wstawia tam właściwie jedynie co drugi rozdział, gwarantując oś fabularną, natomiast Jack Cohen i Ian Stewart, którzy są znakomitymi popularyzatorami nauki, naprawdę znakomicie tłumaczą trudne rzeczy. To jest bardzo ciężka praca wytłumaczyć na przykład komuś, kto nie jest fachowcem, na czym polega teoria chaosu albo na czym polega teoria inflacji. Oni to robią i myślę, że mniej więcej ludzie, na przykład ja… Nie, no, o chaosie to wiedziałem, bo jestem z wykształcenia matematykiem, ale o inflacji to już nie. Oczywiście chodzi mi o inflację kosmosu, a nie o inflację finansową. (śmieje się) Znakomicie to robią i są świetnie przygotowani. No, a ten co drugi rozdział Pratchetta po prostu zawsze warto przeczytać, nawet jeżeli jest go stosunkowo niewiele.
  • A.K. Przede wszystkim dlatego, że to bardzo dobra proza. Moja przygoda z Terrym Pratchettem zaczęła się od Piekła pocztowego. Pamiętam, że zachwyciły mnie już pierwsze akapity książki. Ta fascynacja była tak duża, że po skończonej lekturze w dwa tygodnie przeczytałam wszystkie tomy cyklu.
  • P.W.C. Piekło pocztowe to była jedna z późniejszych książek, gdzie on stwierdził, że pora coś zmienić. Wie Pani, on kiedyś, jak był w Polsce, to opowiadał trochę, że wszyscy to by chcieli, żeby wprowadził nowe postacie i nowe lokalizacje, ale… żeby było Ankh-Morpork. No tak, nowe miejsca i żeby było Ankh-Morpork. I nowe postacie, ale żeby byli magowie. No tak, nowe postacie i magowie. I… Vetinari. No tak, nowe postacie i Vetinari. Trochę tak, jak z tą hiszpańską inkwizycją wychodziło. Piekło pocztowe było pierwszą powieścią, do której naprawdę wprowadził zupełnie nową sytuację. Ten Moist von Lipwig jest zupełnie inny niż się przyzwyczailiśmy. Ale to też jest taki czas, gdzie widać, że ten świat z takiego świata fantasy dość klasycznego, średniowiecznego, takie wie Pani, typowe dla fantasy uogólnione średniowiecze, staje się światem wiktoriańskim. Nocna straż staje się strażą miejską. To już nie są tacy strażnicy pałacowi, jakimi byli kiedyś, tylko tak się robi policja trochę. Taki właśnie Scotland Yard, nawet z tym Pseudopolis Yardem, który się tam pojawia. Zaczyna się technika pojawiać, para wkracza. Wydaje mi się, że Pratchett przestał się narracyjnie mieścić w takim schemacie fantasy. Wszystko, co już było do obśmiania, brutalnie mówiąc, to już obśmiał i musiał przejść dalej. Ale też, jak Pani zwróciła uwagę, te książki już nie są wesołe. One dalej są śmieszne, bo on opowiada anegdotki, nabija się z pewnych rzeczy, ale już nie są wesołe, bo ich cały sens jest raczej smutny. A bywa ponury. Dla mnie takim szokiem byli Zbrojni. On nam zabił głównego bohatera! Po prostu wziął i zabił! Ja nie mogłem mu tego darować. Ja lubiłem tego krasnoluda i on po prostu wziął i zginął. I żeby to jeszcze chociaż z sensem, bohatersko. Nie, wlazł gdzie nie trzeba i… po prostu. Do dziś mam żal do Terry’ego, że zrobił taki numer. Ale to się zaczyna powtarzać. Nie tylko giną dobrzy ludzie, ale czasem giną bez sensu. Nie dla wyższej sprawy, tylko po prostu przypadkiem. Jak w życiu, niestety. Ten świat się robi taki coraz bardziej jak w życiu.
  • A.K. I chyba nie ma drugiego pisarza, który opisywałby go tak celnie jak Terry Pratchett.
  • P.W.C. Tak, to prawda. Wie Pani, ja z nim rozmawiałem parę razy w życiu. On parę razy był w Polsce, parę razy widzieliśmy się w Anglii… On jest bardzo inteligentny i ma refleks. Szybko reaguje, szybko widzi i szybko znajduje odpowiedzi. Patrzę na to z podziwem. Jak go słucham… Można zazdrościć… Oczywiście, że zazdroszczę! Jest znakomity, jest takim trochę filozofem, trochę aforystą, trochę takim obserwatorem świata. Czasem trochę żałuję, że większość ludzi traktuje jego książki wyłącznie jako humorystyczne. One już nie są humorystyczne.
  • A.K. Zdecydowanie, to raczej smutna satyra.
  • P.W.C. Tak, ten humor jest coraz bardziej takim czarnym humorem. Niektórzy uważają, że to jest efekt jego choroby, ale to się zaczęło wcześniej. Zdecydowanie wcześniej. Pierwszą taką książką, która była mordercza, a jeszcze w tym takim, że tak powiem, zabawowym okresie, to były Pomniejsze bóstwa, gdzie jak człowiek czytał to tam były sceny od których dreszcze przechodzą. I oczywiście ja bardzo lubię Pratchetta, bardzo mnie bawi. Naprawdę, są takie miejsca, gdzie się śmieję przy komputerze sam do siebie, ale też są takie miejsca, że rzeczywiście dreszcz przechodzi. Babcia Weatherwax ma takie sceny… A jednocześnie jest tam taka prześliczna scena… Wiem, że w tej rozmowie nie powinienem streszczać, ale nie oprę się. Jest taki moment, kiedy pierwszy raz spotykają się magowie i kapłani. I tam się trochę kłócą. I szef magów i szef kapłanów idą na stronę, żeby przywódcy pogadali, i coś tam mówią i mówią, i mówią do siebie, po czym kapłan mówi: „Słuchaj, mama się skarży, że nie piszesz”. (śmieje się) To zupełnie zmienia wizję tej sytuacji. Nagle widzimy, że oni są braćmi. Dla mnie do dziś jest to jedna z ładniejszych scen, bo ona po prostu odwraca nasze widzenie tego świata. On potrafi takie rzeczy robić.
  • A.K. Są tacy, którzy mówią, że on pisze ponuro, bo chce nas zniechęcać do tego świata, żeby nam nie było przykro, kiedy będziemy musieli się z nim pożegnać.
  • P.W.C. Nie wiem, czy zniechęca, ale na pewno się żegna. Jeżeli Pani przeczytała Niucha, to tak naprawdę, ja tak na to patrzę, że to właściwie nie jest książka o goblinach, chociaż jest, ale tak naprawdę to jest pożegnanie z Vimesem, który był głównym bohaterem. I to nie jest tak, że ginie Vimes, tylko odkrywa życie poza strażą. Widzimy jak to się dalej ułoży. Marchewa przejmie straż, a Vimes będzie sobie żył z żoną, będzie wychowywał syna, będzie pływał łódką. Zresztą to też jest ładne, że odkrywa, że całe życie marzył, żeby pływać łódką po rzece, tylko nie wiedział, że istnieją łódki. To jest ładne, smutne, ale… Tak, mam wrażenie, że on się zaczyna żegnać ze światem. Oczywiście, wszyscy czekamy na to co się stanie z Vetinarim, bo Vetinari jest kluczowy dla Ankh-Morpork, dla świata. I nic jeszcze nie wiemy, bo wciąż nie rozwiązał tego. To strasznie irytujące!
  • A.K. Wiemy tyle, że dzięki Żelaznej Belce Vetinari ma o wiele bliżej do Lady Margolotty.
  • P.W.C. Nie, nie, niech Pani nie żartuje. Uważam, że się nie zgodzi na takie rzeczy. (śmieje się) Była taka teoria, że zostanie wampirem, będzie rządził wiecznie. Uważam, że to nie pasuje do osobowości, charakteru Vetinariego. Vetinari to cudowna postać. On po prostu wszystko wie. Jest bardzo ładny w scenie w Straży nocnej, gdzie Pratchett pokazał młodego Vitinariego i on taki był od początku. Vimes go nie cierpi, z oczywistych powodów, bo jest demokratą, ale równocześnie w pewnym miejscu tej rewolucji widzi, że za chwilę przyjadą wozy, które nie dostaną się do miasta, bo bramy są zamknięte, ludzie nie będą mieć co jeść. A Vetinari myśli o tym przez cały czas, on zawsze o wszystkim pamięta i zawsze u niego wszystko to działa. To jest dramat miasta; dramat, którego nigdy nikt się nie spodziewa w normalnych książkach fantasy, że ludzie muszą jeść, na przykład. Ludzie również wydalają, coś z tym trzeba zrobić, oczywiście tam jest Harry Król, który tym się zajmuje. Pratchett to wszystko przemyślał, to wszystko jakoś tam działa i to, co powiem, strasznie przykro mi to mówić, ale ten świat będzie musiał się skończyć i uważam, że to będzie… nie to, że tragedia, bo to jednak jest literacki świat, ale na pewno nieszczęście dla czytelników.
  • A.K. Patrząc na to, jakim echem odbiły się wśród czytelników jego książki, chyba jednak tragedia. Dla wielu Świat Dysku to druga rzeczywistość, w której żyją. Niejako drugie życie.
  • P.W.C. Pratchett kiedyś powiedział, że oto Dysk, świat i zwierciadło światów, i to jest rzeczywiście zwierciadło świata. I tam widzimy nas trochę, trochę bardziej, ci ludzie są tacy jak my, tylko bardziej. Wszystkie te nasze wady, że tam wszyscy zbierają się patrzeć, że a może coś złego przydarzy się komuś innemu, to jest jego takie ulubione zdanie, to… Jesteśmy tacy. Chcielibyśmy być fajniejsi, ale to nieprawda. On zauważa takie szczegóły, które są pozornie oczywiste, a nikt ich nie widzi. Nie chcę powiedzieć, że dla mnie to jest drugie życie, choć na pewno jedno z takich literackich odkryć, które… Czy ja wiem, czy zmieniły moje życie? W sensie zawodowym na pewno. Ale tak?... Owszem, człowiek zaczyna patrzeć na świat tak jak Pratchett.
  • A.K. A pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z twórczością Pratchetta? To było zanim Pan otrzymał jego powieści do przetłumaczenia na język polski czy dopiero wtedy?
  • P.W.C. Ja go osobiście po raz pierwszy spotkałem, jak on przyjechał na targi do Warszawy. Raptem parę dni był tylko w Warszawie. I chyba wtedy wyszły już cztery jego książki w Polsce. Ja mam wrażenie, że to co Pani opowiem, to jest prawda, ale to było już tak dawno, że mogłem sobie pewne rzeczy wygładzić albo dopowiedzieć. Dostałem je od „Fantastyki”, bo pismo „Fantastyka” miało taki zwyczaj, że wtedy, kiedy jeszcze nie było aż tylu książek, wydawali książki wewnątrz numeru, w trzech kawałkach, i ja wtedy dostałem Kolor magii. Dostałem, bo Lech Jęczmyk, który jest naszym mistrzem jako tłumacz, naszym guru, powiedział, że jego to aż tak nie bawi. No to, mówi, zrób to Piotr, bo wyraźnie ciebie bawi. Te pierwsze jego książki nie są takie znowu znakomite, bo to jest taki rząd anegdot, luźno powiązanych postaciami. Ale mnie się to strasznie podobało wtedy! Przetłumaczyłem i rzeczywiście zrobiło to jakąś niezwykłą karierę. Nie było jeszcze wtedy Internetu, ale ludzie fizycznie pisali listy do „Fantastyki”, jaka to świetna książka i żeby było dalej, no i tak już poszło. Wtedy wydawnictwo Prószyński wydało tę książkę. I tak się zaczęło. A później były te targi książki i oni go zaprosili do Polski, żeby właśnie przyjechał i je podpisywał. To jest niezwykłe, jak on traktuje czytelników. Anegdotka jest taka, że gdzieś tam podpisywał na stoisku, był tłum ludzi, ale taki rzeczywiście ogromny, a on każdemu pisał dedykację, czasem rysował obrazek. Po wszystkim zaczął się ubierać, obsługa stoiska zaczęła robić kawę, miała też swoje prywatne książki do podpisania, on się za to wziął i przychodzi nagle taka spóźniona sierotka czternastoletnia z książką, taka smutna, bo już właściwie jest po wszystkim, a on mówi: „O, przepraszam bardzo, ale to jest klient, który płaci. Ten klient kupił moją książkę, więc klient ma pierwszeństwo. Chodź, dziecinko”. Obrazek niesamowity. On nawet jak zaczyna się spotykać z ludźmi to zaczyna mówić wyraźniej. Jest Anglikiem, więc nie ma żadnych takich szkockich naleciałości, dość łatwo go zrozumieć, ale mimo to podczas spotkań zaczyna mówić bardzo, bardzo wyraźnie, żeby na pewno wszyscy rozumieli. Bardzo pilnuje swoich czytelników. Zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli już przyjechał, to jest dla nich. Jeżeli zdarzy się, że nie wyrabia, to też widziałem, poprosił, żeby mu podać michę z lodem, z lodówki, i po prostu wsadził rękę, bo już dostawał skurczy. Posiedział tak chwilę z tą ręką w lodzie, potem wytarł ją i powiedział: „Dobra, to jedziemy dalej”. Dla mnie to było szokujące, w sensie pozytywnym oczywiście, ale tak, niezwykły człowiek. I powiem Pani, że ostatni raz, kiedy z nim rozmawiałem, to był chyba 2006 rok, i wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że jest chory. To się okazało chyba cztery, pięć miesięcy potem. Także wszystkie plany, które on wtedy miał i o których nam mówił, nagle się trochę opóźniły. Natomiast niewątpliwie Terry walczy z chorobą Alzheimera jak może. On w tej chwili pisze następną książkę i wydaje się, że jest jeszcze parę takich książek, które rozpaczliwie chce zdążyć napisać, póki jeszcze może. I wierzę, że ma coraz mniejsze szanse. Nie chcę ponuro kończyć tej rozmowy, więc dopowiem, że wydaje się, że to będą fajne książki. Ta, którą pisze teraz, jest o Tiffany.
  • A.K. A czy jest jakiś wątek szczególnie bliski Pana sercu, który chciałby Pan, żeby znalazł jakieś pozytywne rozwiązanie? Może jakaś podpowiedź dla Mistrza, jak powinien poprowadzić akcję?
  • P.W.C. Ja bardzo lubię Babcię Weatherwax. Ona trochę przestała pasować do tego świata, bo on się zmienił. I bardzo bym chciał, żeby jakoś się z nią wszystko dobrze potoczyło. Ona pewnie jeszcze wystąpi, bo ona już występuje właśnie jako nauczycielka tej małej Tiffany, prawda, ale nie chciałbym, żeby umarła, bo ją bardzo polubiłem i uważam, że byłaby to wielka strata dla Świata Dysku.
  • A.K. I dla Piotra W. Cholewy osobiście.
  • P.W.C. Oczywiście, też. Bardzo personalnie bym to przeżył.
  • A.K. A tego się nie robi tłumaczowi.
  • P.W.C. Nie, mam nadzieję! (śmieje się)
  • A.K. Dziękuję za rozmowę!


Recenzje książek Terry’ego Pratchetta na Dzienniku Literackim

Relacja ze Zlotu Bóstw Pomniejszych w Nawojowej Górze

Fot. A.Mason, www.mason.org.pl
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję