Jestem najnudniejszą osobą na świecie – wywiad z Różą Lewanowicz
Data publikacji: 18 lutego 2014 A- A A+
Choć wydaje się, że na rynku kryminałów zrobiło się tłoczno, to jednak wciąż znajduje się miejsce dla nowych powieści. Zwłaszcza tych, które wychodzą spod piór debiutantów. A dziś swoją premierę ma książka, która szczególnie zasługuje na uwagę czytelników. To Porwana Róży Lewanowicz. Pisarki, która ukryła swoją tożsamość pod pseudonimem literackim. Specjalnie dla Dziennika Literackiego Autorka ściąga maskę i nie tylko zdradza powody, jakie popchnęły ją do przybrania cudzego imienia, ale i kulisy powstawania książki!


  • Anna Kutrzuba: Przed premierą sztuki aktorom towarzyszy trema. A co czuje debiutujący prozaik przed premierą swojej pierwszej książki?
  • Róża Lewanowicz: Jeszcze większą tremę. Ale i radość, ekscytację, a co najważniejsze – poczucie spełnienia. To ostatnie zaskoczyło mnie najbardziej.
  • A.K. Co było dla Pani impulsem do tego, aby w ogóle sięgnąć po pióro?
  • R.L. Trzeba by o to zapytać dziesięcioletnią dziewczynkę, którą byłam ćwierć wieku temu, bo wtedy zaczęłam pisać pierwsze opowiadania. Z tego, co widzę, pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Bez względu na okoliczności, na to, jak mi łatwo czy trudno jest w życiu, piszę zawsze: pamiętniki, eseje, blogi albo chociażby maile, a teraz książki. Grunt, żeby pisać.
  • A.K. A co zainspirowało Panią do napisania Porwanej?
  • R.L. To chyba nie jest kwestia inspiracji, tylko tego, jak funkcjonuję wewnątrz siebie. Od lat nie oglądam telewizji, bo ona spłyca widzenie rzeczywistości. Ale bardzo lubię filmy, książki, teatr, a najbardziej to, co powstaje w mojej głowie. Wymyślam opowieści od dawna. One rodzą się we mnie, rozwijają i stanowią dla mnie rozrywkę, najlepszą, jaką można sobie wyobrazić. Porwana jest jedną z nich, ale szczególną, bo od początku do końca przelaną na papier.
  • A.K. Jak długo w takim razie przygotowywała się Pani do napisania Porwanej? I ile czasu zabrało Pani napisanie książki?
  • R.L. Fabuła tworzyła się we mnie kilka lat – myślę, że nawet pięć lub sześć. Bawiłam się nią, przynosiła mi radość i rozrywkę. Samo pisanie, co pewnie niektórych zdziwi, zajęło mi nieco ponad miesiąc, a było to możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze miałam długi urlop, który spędzałam w domu w absolutnej samotności, więc po prostu siedziałam przed komputerem i pisałam niemal bez przerwy. Po drugie okazało się, że jestem w tym bardzo sprawna, ponieważ miałam w życiu wiele szczęścia i mnóstwo okazji po temu, by nauczyć się warsztatu, wypracować w sobie cierpliwość i samozaparcie. Najtrudniejszy dla mnie był powrót do pracy i szarej rzeczywistości… Miałam do napisania jeszcze około pięćdziesięciu stron, kiedy znów zostałam wrzucona w kierat tego, czym się zajmuję. Wtedy zrozumiałam, nie tylko, że pisanie jest pracą na cały etat, ale i jak wiele w nie włożyłam wysiłku.
  • A.K. Główna bohaterka Porwanej, Justyna Meyer, to postać niejednoznaczna. Kobieta wydaje się być zawieszona pomiędzy dwoma światami. I wydaje się, że jest bardziej autentyczna, kiedy przebywa w środowisku wojskowych i komandosów. Jakby nadal była żołnierzem. A jaka jest ta bohaterka w odczuciu Róży Lewanowicz?
  • R.L. Bohaterka jeszcze nie wie, kim jest. I to czytelników najbardziej w niej irytuje, a dla mnie jest ciekawym materiałem do obserwacji. Każdy powinien mieć czas i odpowiednie okoliczności do tego, by móc określić swoje miejsce zarówno w społeczeństwie, jak i rodzinie, ale wielu z nas nie ma tej szansy, bo zbyt często narzucano nam role i zadania z góry, autorytatywnie. Justyna nie miała tej szansy, także z uwagi na to z jakiego wyszła środowiska rodzinnego. Porwanie sprawiło, że budowane latami fasady kłamstwa runęły z hukiem, zmieniając życie wielu ludzi. Tak naprawdę dla niej droga do odkrycia swojej tożsamości dopiero się zaczyna.
  • A.K. O kobietach w polskim wojsku mówi się bardzo mało, a jeśli już to zazwyczaj przekaz jest pozytywny. Brudne sprawy momentalnie zamiata się pod dywan. Pani to wszystko wywleka na światło dzienne. Nie obawia się Pani nagonki?
  • R.L. Jeśli ktoś chce zrobić reklamę mojej książce i uczynić z niej bestseller, to zacznie nagonkę. A na poważnie – nie wydaje mi się, żeby taka instytucja jak wojsko czy inne służby mundurowe zajmowały się jakimś jednym kryminałem, tylko dlatego, że znalazły się w nim mało przyjemne opowieści o kobietach. Myślę, że mają tam o wiele ważniejsze sprawy na głowach. Jeśli jednak pojawiłyby się jakieś mocniejsze ataki, to dla mnie będzie sygnał, że uderzyłam w bardzo czułą – i prawdziwą – strunę, a opowiedziane przeze mnie wydarzenia naprawdę mogły mieć miejsce, co z kolei oznaczałoby, że służby mundurowe mają poważny problem.
  • A.K. Jeśli pisarz chce umiejscawiać akcję powieści w konkretnym środowisku, często musi poświęcić wiele czasu na rozmowy z jego przedstawicielami. Czy Pani też musiała podjąć podobny wysiłek, czy raczej było to zbędne z uwagi, że była/jest Pani związana z kręgami służb mundurowych?
  • R.L. Nikt się nie rodzi z taką wiedzą, to oczywiste. Miałam trochę do czynienia ze służbami mundurowymi, zawodowo i prywatnie znam wielu żołnierzy i kilku policjantów (z jednym z nich nawet konsultowałam pewne niejasne dla mnie kwestie), ale mam też podarowaną od Losu zdolność szybkiego chwytania języka, jakim posługuje się dane środowisko czy poszczególny człowiek, więc umiem dobrze kogoś sparodiować oraz napisać dialogi dopasowane do charakteru.
  • A.K. Bohaterowie są niezwykle barwni, mają różnorodne charaktery. Wydaje się nawet, że są odbiciem rzeczywistych postaci. Czy to wrażenie jest słuszne, czy to tylko kreacje literackie?
  • R.L. Tak naprawdę większość postaci to czysta fikcja. Może trzy bądź cztery osoby mogłyby znaleźć swoich odpowiedników w rzeczywistości. Choć być może moja podświadomość skompilowała w sobie tych wszystkich ludzi, których znam i pomogła mi ulepić ich na potrzeby powieści. Najciekawszą – pod względem „pochodzenia” – a zarazem moją ulubioną postacią jest Łukasz, który stanowi odwzorowanie mężczyzny z mojego snu i chodzi tu literalnie o sen, a nie marzenia o księciu z bajki. Sześć lat temu przyśnił mi się ktoś o jego wyglądzie i cechach charakteru i gdy zaczynałam pisać, wiedziałam, że musi dostać się mu jedna z głównych ról.
  • A.K. Tym, który intryguje szczególnie, jest Krokodyl. Po lekturze powieści wiadomo o nim niewiele więcej, aniżeli przed lekturą książki. Odgrywa nietypową rolę w powieści – z jednej strony jest szarą eminencją, z drugiej – spiritus movens zdarzeń.
  • R.L. Jeśli chodzi o tę postać, to zauważyłam pewną prawidłowość wśród znajomych, którzy czytali książkę: jeśli ktoś polubił Łukasza – nie polubił Krokodyla i odwrotnie. Dzięki temu zdałam sobie sprawę z tego, że obydwaj uosabiają dwie skrajności, z którymi walczy Justyna. Jeden z moich kolegów powiedział wprost, że do ostatniej strony w książce miał wątpliwości co do tego, który biegun wybierze kobieta.
  • A.K. Porwana to thriller z drugim dnem. Porusza Pani w nim wiele tematów, wykraczających poza ramy typowej powieści sensacyjnej. Który z nich jest dla Pani najważniejszy?
  • R.L. Zdecydowanie związek Justyny i Łukasza, a więc i relacja Justyny z Krokodylem. Reszta stanowi dla nich bardzo istotne didaskalia.
  • A.K. Dlaczego nie zechciała Pani wydać Porwanej pod własnym nazwiskiem?
  • R.L. Jak wspomniałam wyżej, znam wielu żołnierzy osobiście, a po pierwszych reakcjach przyjaciół, którzy czytali książkę, zdałam sobie sprawę, że pisanie pod własnym nazwiskiem może wprowadzić wiele zamieszania. To niesamowite, jak bardzo ci, którzy znają pisarza, doszukują się w jego powieści odniesień do rzeczywistości, do jego życiorysu, a nawet do siebie. Problemem było pojawienie się tych samych imion czy miejsc wydarzeń. Uważam, że przeszkadzałoby to w swobodnym odbiorze lektury tym, którzy kojarzą mnie z nazwiska.
  • A.K. Pseudonim literacki daje anonimowość autorowi, jednak czytelnicy zawsze są spragnieni informacji na temat pisarza. Czy jest coś, co mogłaby Pani zdradzić im na swój temat?
  • R.L. Mogę powiedzieć, że jestem najbardziej nudną osobą na świecie, która ma najciekawsze wnętrze, jakie można sobie wyobrazić. Wielu ludzi współczuje mi z różnych powodów tego, jakie życie wiodę, ale mnie się ono coraz bardziej podoba. Odkryłam, że pisanie może odzwierciedlać bogactwo wnętrza i mam nadzieję dawać to innym w postaci książek.
  • A.K. Czy Porwana jest książką, jaką by Pani sama chętnie przeczytała?
  • R.L. Ależ Porwana jest książką, którą sama chętnie czytam! Od kiedy powieść napisałam, przeczytałam ją kilkadziesiąt razy. Dopiero wówczas zrozumiałam, dlaczego zawsze mówi się początkującym pisarzom, że powinni pisać to, co podoba się im samym – proszę sobie wyobrazić, że przed drukiem trzeba zrobić trzecią korektę czegoś, co się nienawidzi, i to w dodatku na prawie pięciuset stronach. Uwielbiam postaci i wydarzenia, całą intrygę, przemianę bohaterów, a nade wszystko moją własną przemianę, jaką ta książka sprawiła.
  • A.K. A jakie są Pani gusta literackie?
  • R.L. Nie mogę powiedzieć, że jakiś gatunek literacki lubię najbardziej. Był czas, że czytałam wszystko jak leci albo działami: kryminał i sensacja, potem romanse, historyczne, obyczajowe i tak dalej. Nie potrafię nawet ocenić, ile książek w życiu przeczytałam. Teraz sięgam po to, co jest mi potrzebne do jakichś rozważań, np. książki psychologiczne, poradniki czy biografie.
  • A.K. Czyli na próżno pytać o ulubionego pisarza?
  • R.L. Trudno jest mi powiedzieć, czy mam ulubionego autora. Wielkim sentymentem darzę Stiega Larssona, ale to przez to, jakim człowiekiem go odkryłam, czytając Millenium. Pomiędzy wierszami znajduje się jego cały rys psychologiczny, jego wrażliwość, niespełnione pragnienia, wola walki o słuszną sprawę. Szkoda, że żył tak krótko.
  • A.K. Stieg Larsson wydał kilka książek. A Pani zamierza poprzestać tylko na tej jednej, czy może już przygotowuje Pani kolejną powieść?
  • R.L. W mojej głowie jest sporo tych opowieści, ale gotowych mam kilka, w tym kolejny kryminał. Część z nich już znajduje się w moim komputerze. Przydałby mi się teraz naprawdę długi urlop, żeby je dokończyć.
  • A.K. A zatem tego Pani z całego serca życzę w imieniu wszystkich czytelników!

Recenzje książek Róży Lewanowicz na Dzienniku Literackim
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję