A może przeprowadzę się do Polski? Wywiad z Marleną de Blasi
Data publikacji: 12 czerwca 2011 A- A A+
Zazwyczaj poprzedzam każdy wywiad paroma słowami wstępu. Jednak w przypadku tej konkretnej rozmowy, jakiekolwiek dodatkowe słowa są całkowicie zbędne. Chcę oddać bowiem głos pisarce, która ma naprawdę wiele do powiedzenia i to w naprawdę wielu sprawach. Oto jedna z najbardziej intrygujących postaci współczesnej literatury - ciekawa, bo nietuzinkowa. Panie i Panowie, Marlena de Blasi!


  • Anna Kutrzuba: Ogniście czerwone włosy, szkarłatna szminka, aksamitna spódnica i szeroki, promienny uśmiech. Chyba nie ma potrzeby pytać, czy jest Pani szczęśliwa i czy czuje się spełniona jako kobieta. Patrząc na Panią, odpowiedź nasuwa się sama.
  • Marlena de Blasi: Sądzę, że mój szeroki uśmiech jest jeszcze szerszy aniżeli wynika to z Pani opisu. Przypuszczam, że swoim wyglądem uzewnętrzniam swoje pasje… (swoją drogą, właśnie przyciemniłam kolor włosów do raczej spokojnej, ciemnej miedzi). Moje ubranie pewnie odzwierciedla mój pociąg do przeszłości, kiedy tafty, aksamit i ciężkie brokaty były elementem codziennego ubioru. Pewnego wieczoru, nie tak dawno temu, spacerowałam wraz z Fernandem o zachodzie słońca wzdłuż „lungomare Caracciolo” w Neapolu, kiedy nagle samochód zwolnił, zrównał się z nami, a następnie zatrzymał przy nas. Dziś wydarzenie takie jak to może oznaczać w Neapolu jedno – pewne zagrożenie, lecz ta możliwość nigdy nie przyszła mi do głowy. Na oko około czterdziestoletni, dobrze wyglądający jak na standardy Południowych Włoch mężczyzna opuścił szybę w oknie i siedząc w samochodzie, wpatrywał się w nas intensywnie. Uśmiechnęłam się, pożyczyłam mu pięknego wieczoru i ruszyłam w dół promenady… A on ponownie zaczął nas śledzić swoim samochodem, a kiedy się z nami zrównał, także się uśmiechnął, szczerze roześmiał, potrząsnął głową, po czym nacisnął mocno na pedał gazu. I kiedy już znikał nam z oczu, odwrócił głowę i zakrzyknął: „avete sbagliate epoca”, żyjecie w złych czasach! Oczywiście, miał rację.

    A czy jestem szczęśliwa? Tak, szczęśliwa na swój melancholijny, powściągliwy sposób. Chociaż pewnie bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że jestem pogodną osobą, bez względu na to, czy jestem szczęśliwa, czy smutna. Kiedy czuję się szczęśliwa, zmuszam się do przypominania sobie o tym, jakie to uczucie, kiedy jest smutno, a kiedy jest mi smutno, staram się myśleć o szczęściu, dlatego też moje emocje są cokolwiek zbalansowane. To takie „dolce-salata”, słodko-słone podejście do życia. W przeciwnym razie wszystkie „wzloty i „upadki” odczuwałabym jako mocno wstrząsające. Poza tym, dbam o to, aby moje samopoczucie nie wpływało na innych. A zwłaszcza na Fernanda. Zawsze uważałam, że to byłoby niesprawiedliwe, a nawet na swój sposób niebezpieczne. Chcę brać odpowiedzialność za moje emocje. Ale dla mnie, najważniejszym rodzajem szczęścia i tak nie jest szczęście osobiste… Nie to, które dotyczy tego co mi się przydarzyło bądź tego, co mnie ominęło, ale to, które wiąże się z innymi ludźmi – tymi wokół mnie, zarówno tymi, których znam, jak i tymi, którzy pozostają mi obcy. Myślę, że takie osobiste szczęście jest izolujące. Naprawdę samotne. To tak jakby przeciwstawić gotowanie dla siebie gotowaniu dla innych. Moje pragnienia zawsze wiązały się z trzymaniem za rękę drugiego człowieka. Powiedziałabym, że czuję bardziej szczęściarą niż szczęśliwa. Jestem zadowolona z tego, czym obdarowała mnie Opatrzność. Ale najbardziej zadowolona z tego, jak przeszłam przez moje długie życie. Ze swoich błędów również.

    Całkowicie spełniona jako kobieta? Na swój sposób brzmi to jak zakończenie… czuć się całkowicie spełnioną. A ja czuję, że jestem dopiero na początku drogi, zaś swoje przeznaczenie będę „wypełniać” do samego końca. Kocham swoje życie i myślę, że to uczucie można dostrzec w owocach mojej pracy, jak również w moim szerokim, promiennym uśmiechu.
  • A.K. Powiedziała Pani kiedyś, że nigdy nie zamierzała zmieniać swojego życia, lecz jak to zwykle bywa życie pisze własne scenariusze. Nowy rozdział Pani historii rozpoczął się w 1993 roku, w Wenecji. Wkrótce potem odbyło się Pani wielkie włoskie wesele.
  • M.B. Tak naprawdę to nie było wielkie włoskie wesele, a raczej cichy, romantyczny, wenecki ślub. Niemniej jednak niewielki średniowieczny kościół na Lido, gdzie odbywała się ceremonia, pękał w szwach od ciekawskich Wenecjan, którzy chcieli zobaczyć, jak „l’Americana” zaślubia jednego z nich… Od zaprzyjaźnionych rybaków i rolników z targów z Rialto i od wielu innych cudownych ludzi, którzy stali się częścią mojego codziennego życia w ciągu tych pierwszych czterech miesięcy, kiedy zamieszkałam w Wenecji… Nasze przyjęcie weselne było jednak bardzo skromne. Całą ceremonię opisałam w szczegółach w mojej weneckiej książce. Oto kilka linijek, które opisują moment, kiedy samotnie przekroczyłam próg kościoła:

    – Lei é arrivata. Przybyła – rozlegają się szepty.
    Giovanni Ferrari przy organach delektuje się Bachem. Bielone kosze są pełne różowych hortensji, czerwonych róż oraz złocistych holenderskich irysów, wprost od Madonny. Panuje opalizujący półmrok, rozjaśniony setką białych świec i blaskiem słońca za lazurytowym oknem. Dwóch czarnobrodych mnichów ormiańskich w srebrzystych jedwabnych habitach melorecytuje i kołysze kadzielnicami, z których wydobywają się kłęby gęstego, piżmowego dymu i unoszą się w powietrzu przed ołtarzem. Mam wrażenie, że kościół jest jeszcze jednym pokojem w moim domu.
    *
  • A.K. A jak wyglądała Pani suknia ślubna? Widziałam ją tylko raz – na zdjęciu zrobionym na gondoli. Musiała robić wrażenie.
  • M.B. To nie była tradycyjna suknia ślubna. Wykonano ją z cienkiego białego kaszmiru i białej wełny z mongolskich jagniąt. Zresztą, wiąże się z nią wspaniała historia dotycząca krawcowej i procesu szycia sukni. Nauczyła mnie tego, czego bezustannie uczyłam się każdego dnia mojego weneckiego życia… Tego, że dopiero z zakłopotania, a nawet cierpienia, rodzi się prawdziwa radość.
  • A.K. Pani suknia nie była tradycyjna, ale czy krępowały Panią jakieś włoskie tradycje weselne? Czy jakieś obrzędy ślubne są charakterystyczne tylko i wyłącznie dla Włoch?
  • M.B. Tak naprawdę we Włoszech w każdym regionie obowiązują inne zwyczaje, także te dotyczące ślubów. W Wenecji obowiązuje starożytna tradycja, która nakazuje młodej parze przespacerować się po mieście zaraz po wyjściu z kościoła. Młodzi odbywają wędrówkę śladami tych miejsc, które są ważne w ich życiu. Mijają domy i sklepy ludzi, którzy są dla nich ważni… Zakład szewca, dom piekarza, czy kawiarnię baristy, który przygotowuje dla nich poranną kawę… Most, na którym po raz pierwszy się pocałowali, tawernę, w której po raz pierwszy wspólnie jedli… Tego rodzaju miejsca. Bardzo nostalgiczne. W każdym z tych miejsc panna młoda pozostawia płatki kwiatów ze swojego bukietu, a ksiądz, który spaceruje razem z młodą parą, błogosławi każde drzwi. Dla mnie ten rytuał ma szczególne znaczenie – pokazuje, że wszyscy ci ludzie dzielą nasze radości i smutki, tak jak i my dzielimy ich szczęście i ich problemy.
  • A.K. Po przeczytaniu Pani książek i poznaniu Pani historii miłosnej, wiele czytelniczek zapragnęło podobnie jak Pani poszukać swojego księcia z bajki w słonecznej Italii. Pomówmy więc o włoskich mężczyznach. Jacy są – przystojni, romantyczni, temperamentni?
  • M.B. Włoscy mężczyźni są przede wszystkim… mężczyznami. Oczywiście wielu z nich jest przystojnych i romantycznych, większość jest temperamentna. Chętnie powiedziałabym, że we Włoszech jest wielu książąt, ale nie byłaby to prawda. Włoski mężczyzna – personifikowany przez mężczyzn, takich jak Marcello Mastroianni – jest wielbiony i idealizowany przez prasę, która pokazuje go jako odwiecznego latynoskiego kochanka. Oczywiście jest tu niezliczona liczba dobrze wyglądających mężczyzn, ale znalezienie czarującego kawalera we Włoszech w tej epoce graniczy z cudem. Poza tym charaktery mężczyzn różnią się diametralnie w zależności od tego, skąd są – z północy czy z południa kraju. Mężczyźni z północy są bardziej zachowawczy, mniej emocjonalni niż mężczyźni z południa Włoch, zwłaszcza Sycylijczycy, którzy są entuzjastyczni, popędliwi, zmysłowi. Ale to tylko uogólnienia.
  • A.K. To pouogólniajmy jeszcze przez chwilę – czy Włoch to dobry materiał na męża?
  • M.B. Oczywiście udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest trudne, jeśli nie niemożliwe. Myślę, że często są perfekcyjnymi mężami dla włoskich kobiet, ponieważ włoskie kobiety mają bardzo konkretne oczekiwania co do roli i sposobu zachowywania się mężczyzny. Najczęściej pary wstępują w narzeczeństwo kiedy narzeczeni jeszcze uczą się w szkole, i taki związek trwa, nierzadko aż do przekroczenia przez młodych trzydziestego roku życia, zanim zdecydują się na ślub. Przez ten czas, większość tego, co powinno się o sobie wiedzieć, jest wiadome, dlatego też kiedy chłopak nareszcie staje się mężem, jego żona doskonale wie, jak będzie wyglądać ich wspólne życie. I vice versa. Dużą rolę w wielu włoskich małżeństwach odgrywa syndrom „Mammoni”, synusiów mamusi. Od północy, do południa, w każdym miejscu na Półwyspie – Włosi są maminsynkami. I pozostają nimi przez całe życie. To dlatego, że matka mężczyzny odgrywa w jego życiu wiodącą rolę. W wielu wypadkach zmusza to żonę do stania się wyłącznie jego opiekunką. Co więcej, matka wybaczy synowi wszystkie jego zdrady, mniejsze i większe. Żona – niekoniecznie. Ale to nie wszystko… Włoskie kobiety także polegają na związkach z ich własnymi matkami (i/lub ojcami). Nierzadko bardziej niż na relacjach z mężami. Zwłaszcza po urodzeniu przez nie pierwszego dziecka. I tu także działa wcześniej opisany mechanizm – matka czy ojciec żony prędzej wybaczą córce mniejsze lub większe zdrady. Mąż nie zawsze. Wspólne życie pary często odbywa się w cieniu relacji obu parterów z ich rodzinami. Teraz, kiedy Włosi poślubiają kobiety z innych kultur, ten syndrom „Mammoni” tworzy nieustanne napięcie pomiędzy żoną a teściową – zakłopotanie, zazdrość, rodzaj inwazyjności. Często skutkuje to powstaniem długotrwałych urazów, nie do naprawienia. Oczywiście, znowu generalizuję. Istnieją setki tysięcy małżeństw pomiędzy Włochami i partnerami narodowości.

    Co zaś się tyczy tego ryzykownego zadania ocenienia mężczyzn pod kątem tego, czy będą stanowić dobry materiał na mężów… Pamiętajcie, nikt się nie zmienia. Wszyscy mamy ogromne możliwości rozwoju, lecz zmiany są jak makijaż. Szybko zmywa się, aby ukazać to, co kryje się pod nim. Dlatego też wszystkie kroki w tym tańcu na resztę wspólnego życia, będą takie jak te, które tańczymy na początku. Dokładnie takie same, jakie tańczymy teraz…
  • A.K. Tysiąc dni w Wenecji to opowieść o kobiecie, która otwiera swoje serce i zakochuje się – w mężczyźnie i w mieście. Ale to nie literacka fikcja, a prawdziwa opowieść. Było trudno ją Pani spisać?
  • M.B. Nie, w żadnym wypadku. Pisałam tę pierwszą książkę tak, jakbym pisała długi list do bliskiego przyjaciela. Z natury jestem otwartą, bezpośrednią osobą. I nie mam nic przeciwko mówieniu prawdy. Smutki, błędy, słabości… Myślę, że wszyscy dużo bardziej jesteśmy do siebie podobni, aniżeli się różnimy, dlatego miałam nadzieję, że ludzie odnajdą swoje historie w mojej opowieści. Miałam nadzieję, że czytelnicy poczują się mniej samotni, znając moją historię. Myślę, że to był fundamentalny motyw, dla którego ją spisałam.
  • A.K. Powiada Pani, że pisarz nigdy nie przestaje pisać. Pani również przemierza życie z piórem w dłoni?
  • M.B. Tak, to prawda, przynajmniej w moim przypadku. Nigdy nie przestaję pisać. W moich myślach, na kartkach papieru w środku nocy, kiedy spacerują, kiedy gotuję… To nieświadomy proces… Taka akumulacja myśli, która coś buduje i buduje… Kiedy wreszcie zasiadam, żeby pisać, wszystkie słowa już czekają, aby przenieść je na papier. Nie mam jednak swojej codziennej rutyny w pisaniu. Najchętniej pracuję późnym popołudniem – wtedy, kiedy wszystko inne jest zrobione. Idę do mojego małego czerwonego pokoju, gdzie zawsze czeka na mnie Chopin bądź Beethoven… Zapalam świecę, nalewam herbaty. Pisanie to rodzaj ceremonii… Cztery godziny w samotności, w pogrążeniu w pracy.
  • A.K. Co zazwyczaj inspiruje Panią do pisania?
  • M.B. Właściwie wszystko. Każdy. Znowu, to słowo… „akumulacja”… Bez starania się, nawet bez świadomości, że to czynię – przechowuję impresje. Wyrażenia, zapachy, gesty, dźwięki. Dźwięki są pełne życia. Gałąź drzewa pieszcząca okno może wyczarować wszystko. Ale to raczej samotnicze życie… życie pisarza. Wydaje mi się, że kiedyś gdzieś wspomniałam, że pisarz jest ekspatriant bez względu na to, gdzie żyje. To prawda.
  • A.K. Pisarz zdaje się więc żyć dla swoich książek i w swoich książkach… A czy któraś z Pani książek jest Pani szczególnie bliska?
  • M.B. Zawsze czuję się najbardziej związana z tą książką, nad którą aktualnie pracuję. Żyję intensywnie wewnątrz opowieści. A kiedy kończę książkę, mam poczucie, że tracę jakąś część siebie. Tak jakby jakaś część mnie samej umierała. Myślę, że właśnie tak pisarz wyczerpuje swoje życie.
  • A.K. Czy pisanie daje Pani satysfakcję?
  • M.B. Ogromną. Ale nie w takim komercyjnym rozumieniu. Nie śledzę ani doniesień prasy, ani rankingów. Usunęłam swoją autorską stronę w Stanach Zjednoczonych i często jestem oskarżana o hermetyczne separowanie się od elektronicznego świata… to chyba kolejny dowód na to, że urodziłam się w złych czasach… Ale kiedy czytam list od czytelnika albo spotykam jakiegoś w podróży, czuję, że moja „rodzina” znowu się rozrosła. Najwspanialszą częścią mojego pisarskiego życia jest ten szczególnie intymny związek z moimi czytelnikami.
  • A.K. Pozwala Pani czytelnikom stać się częścią swojego życia. Daje im Pani także szansę posmakowania Włoch – ich kultury, kuchni, tradycji. Co jest najważniejszym komponentem włoskiej tożsamości?
  • M.B. To, co „było” najważniejsze we Włoszech, to epickie rodziny. Historyczne życie wiejskich społeczności, kiedy trzy albo cztery pokolenia rodziny żyły i pracowały razem, dzieląc radości i troski, przekazując mądrość i siłę. W wiecznie niebezpiecznym świecie ta kultura osiągnęła najwyższy możliwy stopień bezpieczeństwa. Tego rodzaju życie zanika. W niektórych regionach już w ogóle nie istnieje… Włochy zaprzedały swoją duszę „il dio denaro”, bogowi pieniędzy. Jednym z dowodów na zanikanie tej kultury jest to, jak Włosi jadają… Tylko najbiedniejsze rodziny nadal gotują narodowe potrawy swoich regionów. Bardziej zamożni Włosi odstąpili od codziennej rutyny rodzinnych lunchów i obiadów. Przedstawiciele klasy średniej, i mężczyźni, i kobiety, jadają w pracy; dzieci – w szkole. Często rezygnuje się nawet z wieczornego posiłku, jako że matka jest zbyt zmęczona by gotować… Najczęściej kupuje już coś gotowego w drodze do domu i serwuje rodzinie jakieś danie z wciąż powiększającej się gamy mrożonek. Na stole leżą telefony komórkowe, znad półki dochodzą wrzaski z telewizora – to wszystko upowszechniło się. Jeśli zostało wymyślone dla szczęścia i spokoju, cóż, niech będzie… Ale nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że choroby trapiące Włochów są rezultatem osłabienia więzi rodzinnych. Tym niemniej, dobrą wiadomością jest to, że Włosi, którzy mieszkają w komunach i małych wioskach; ci, którzy nadal uprawiają ziemię i hodują zwierzęta; ci, którzy polują, zajmują się zbieractwem i kultywują tradycję, nigdy nie zginą. Choć ich liczba znacząca maleje, zawsze znajdą się młodzi ludzie, którzy rozumieją wartość bardziej niewinnego wiejskiego życia.
  • A.K. Po tylu latach spędzonych we Włoszech, czuje się Pani bardziej Amerykanką czy Włoszką?
  • M.B. Nigdy nie czułam się Amerykanką (to długa opowieść), a po siedemnastu latach życia we Włoszech, także nie czuję się i nie myślę o sobie jako o Włoszce. Myślę, że dobrze mieszkałoby mi się w wielu miejscach. Z tym tematem wiążę wiele sentymentu, ale te refleksje pozostawię na inną okazję.
  • A.K. Kiedy przywołuje Pani dawne czasy, jaką Marlenę Pani widzi? Czy te siedemnaście lat spędzonych we Włoszech odmieniło Panią?
  • M.B. Marlena jest raczej spójną istotą. Całe swoje życie żyłam mniej więcej w ten sam sposób, w jaki żyję teraz. Muszę przyznać, że czuję sympatię, głębokie przywiązanie do ludzi wywodzących się z małych, wiejskich społeczności – to właśnie oni stali się moimi najdroższymi przyjaciółmi w Umbrii i Toskanii. Rozumiem ich i czuję się przez nich rozumiana. Tym okresem, który wzbudził we mnie pragnienie wiedzenia prostego życia, był długi czas, kiedy mieszkałam w północnej Kalifornii. Miałam wspaniałą, inspirującą, lukratywną pracę i wielu dobrych kolegów i przyjaciół. Lecz wtem, w końcowym okresie mojego pobytu w tym miejscu, nastąpiła nagła, ogromna zmiana społeczna w tej części Stanów Zjednoczonych. Dziki „boom” ekonomiczny w ciągu jednej nocy przemienił milionerów w przedstawicieli średniej i niższej klasy. To nuworyszowskie społeczeństwo często demonstrowało korupcję i wulgarne zachowanie. Im więcej pieniędzy zarabiali, tym więcej pragnęli. Proste wartości zostały odrzucone. Wiele w tym było swoistej anarchii. Rozumiem, że ten element – w jednej czy drugiej formie – istnieje wszędzie i że zawsze będzie istniał… Ale skoncentrowanie tego wszystkiego na raz w tym konkretnym miejscu przeraziło mnie w tamtym czasie. I kiedy widzę i odczuwam podobne tendencje tutaj, zaczynam się martwić i smucić, upewniając się jednak w tym, że wraz z Fernandem podjęliśmy dobre decyzje co do tego, jak chcielibyśmy żyć.
  • A.K. A gdyby ktoś Panią zapytał: jak to jest być cudzoziemką i mieszkać we Włoszech, co by Pani mu odpowiedziała?
  • M.B. Zamiast „cudzoziemką”, wolę być nazywana „obcą”, gdyż tak ekspatrianci są nazywani we Włoszech. Jest w tym pewna egzotyka – pewna dostrzegalna tajemniczość – kiedy wywodząc się skądś indziej, żyje się w społeczności, której członkowie odnosząc się do swojego dziedzictwa, mogą doliczyć się do dziesięciu, dwunastu czy jeszcze większej liczby pokoleń przodków. Jednak muszę przyznać, że zostałam hojnie przyjęta we Włoszech – najpierw w Wenecji, potem w Toskanii, a teraz tu – w Umbrii. I tak gorąco, jak przyjmuję okazywaną mi uprzejmość, przyjmuję również odmienne zachowania kulturowe – przeżytki sprzed setek lat. Zawsze po prostu wskakiwałam w sam środek życia, gdziekolwiek byłam. Nawet wtedy, gdy na samym początku, miejscowi wydawali się odrobinę nieśmiali, ja pozostawałam otwarta (myślę, że ten szeroki, promienny uśmiech pomógł mi bardziej niż cokolwiek innego). Lubię każdego ranka zbiegać pędem po naszych starożytnych, kruszejących schodach w naszym „palazzo”, wiedząc, że na zewnątrz spotkam tych samych ludzi, których widzę każdego dnia… Że porozmawiamy i pospacerujemy wspólnie, wypijemy razem espresso, pomożemy jedno drugiemu, jeśli tylko będziemy w stanie… Moje życie jest ekstremalnie małe, pełne codziennych rytuałów, ale nigdy mnie nie zawodzi, zawsze mnie ekscytuje. Czuję się na wiele sposobów uprzywilejowana.
  • A.K. Mieszkała Pani w wielu miejscach we Włoszech. Czy któreś z nich mogłaby Pani nazwać swoim Shangri-la? Może Orvieto?
  • M.B. Myślę, że o swoim raju mogłabym mówić bardziej w kontekście mojej wewnętrznej geografii, aniżeli rzeczywiście istniejącego miejsca. Wciąż często słyszę nawoływania syren… Kocham Wyspy Liparyjskie nieopodal Sycylii, szwajcarską dolinę Engadine czy Deerfield w Massachusetts… Być może tym rajem byłby mój stary szlak po Wenecji, którą najbardziej sobie ukochałam… Ale wciąż jestem ciekawa następnego miejsca. Zawsze byłam.
  • A.K. Na razie żyje Pani w Orvieto, lecz jak wspomina kolejne miejsca czekają. Czy już odczuwa Pani chęć do wyruszenia w kolejną podróż?
  • M.B. Nasz aktualny plan, który zawsze może zostać zmodyfikowany, zakłada, że opuścimy Orvieto któregoś miesiąca w 2012 roku. Być może zachowamy nasz apartament, a tylko część swojego czasu będziemy spędzać w innych miejscach. Być może zdecydujemy się na bardziej radykalny krok. Czuję, że będziemy kierować się na północ. Północe Włochy, Francja, Szwajcaria. Polska.
  • A.K. W tej ostatniej była Pani całkiem niedawno, zaledwie parę tygodni temu. Wcześniej zaś w listopadzie minionego roku, w Krakowie, na targach książki.
  • M.B. Kraków jest wspaniały. Oszałamiająco piękny. I pomimo tego, że byłam tam zaledwie dwa razy w moim dorosłym życiu (raz, na krótko, kiedy byłam dzieckiem), czuję się tam jak w domu, spokojna; a podczas wędrówek – zaintrygowana i wyciszona. Och, jaką mam nadzieję, że Kraków zachowa swoje dostojne, arystokratyczne jestestwo, kiedy będzie otwierał ramiona na resztę świata.
  • A.K. Polscy czytelnicy byli bardzo podekscytowani na myśl o tym, że będą mieli okazję Panią poznać. Widziałam jak niezmordowani stali w długich kolejkach, byleby tylko móc otrzymać autograf. Pokutuje stereotyp, że pisarki piszą dla kobiet, lecz w tych kolejkach nie brakowało mężczyzn. Czy Pani pisze też dla nich, czy kieruje swoją prozę wyłącznie do kobiet?
  • M.B. Nie, absolutnie nie. Listy, jakie otrzymuję od moich męskich czytelników i te kilka słów, jakie jestem w stanie zamienić z nimi podczas wieczorów autorskich; spotkania z tymi, którzy przyjeżdżają do Orvieto, aby mnie odwiedzić… To wszystko bezustannie umacnia mnie w przekonaniu, że mężczyźni pragną w gruncie rzeczy podobnego życia, do jakiego tęsknią kobiety. Mężczyźni zakochują się w moich bohaterkach, chcą brać przykład z Barlozzo, Księcia Leo czy małego Neddo, są nieopisanie romantyczni. Tak, może też tak być, że Ci mężczyźni stanowią tylko mały procent męskiej populacji… albo, że to wcale nieprawda. Być może jednak są „reprezentatywni”. Nie wiem. Często mężczyźni opowiadają mi o kobietach, które odrzuciły lub przerwały romans, zamieniając go na karierę lub to, co uznały za przynależne im „prawa”. Mówią, że kobiety są zawsze coraz mniej kobiece. Ach, jaką rozmowę mogłybyśmy przeprowadzić tylko na ten temat!
  • A.K. Gdybyśmy tylko miały czas! Ten jednak się nam kończy, dlatego też na koniec porozmawiajmy o książkach – tych najważniejszych dla Pani. Jakie są te najbardziej ulubione, najdroższe?
  • M.B. Każdego roku czytam – i tak chyba już od trzydziestu lat – Tołstoja… Zarówno jego późniejsze, bardziej niejasne prace, jak również klasykę literatury. Równie często sięgam po Flauberta. Zaczynam być też coraz bardziej wierna Rilkemu. Czytam o II wojnie światowej – zarówno powieści, jak i książki historyczne. Kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, po raz pierwszy przeczytałam Cervantesowskiego Don Kichota. Nieświadomie, choć pewnie na swój sposób podświadomie, z nową odwagą zaczęłam podejmować decyzje.

    Czuję silniejszy związek z siostrami Brontë, D.H. Lawrencem, Jane Austen, George Eliot, Josephem Conradem i Thomasem Hardy, aniżeli z wieloma współczesnymi pisarzami. Ale znów, niedawno odkryłam Pera Pettersona, jego Kradnąc konie… Tak dobre, jak inne jego prace: I kjølvannet, Til Sibir czy Przeklinam rzekę czasu. Przyciąga mnie do niego, jego sposób snucia opowieści – naturalny, nieświadomy, niewymuszony. Przyznaję, że nie czytam wielu współczesnych pisarzy. Zdumiewa mnie ich język, ich gniew, ich strach (często bardzo podobne emocje), zawoalowane czy nie, w zależności od przypadku. Być może to kolejny dowód na to, że jestem dorosła, ale nie na fali.
  • A.K. A czy któraś z tych książek odmieniła Pani życie?
  • M.B. Rilke powiedział kiedyś, że trzeba być stale nowicjuszem. Odpowiada mi Cervantesowski pociąg do „walki z wiatrakami”, do kierowania się instynktem oraz do podążania za szczęściem. To, że trzeba być szczerym i uczciwym. Dlatego też ci dwaj pisarze nie tyle „wpłynęli” na moje życie – np. prezentując nowe poglądy – co ujęli w słowa to, co już czułam, i dlatego w pewien sposób „pozwolili” mi iść do przodu.
  • A.K. Pani Marleno, dziękuję z rozmowę!



* Marlena de Blasi, Tysiąc dni w Wenecji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 202-203.
** zdjęcie Marleny de Blasi z małżonkiem na gondoli - fot. Cesana di Venezia


Recenzje książek Marleny de Blasi na Dzienniku Literackim



Komentarze
  • 1
    nutta 13 czerwca 2011 | 20:47:35

    Lubię atmosferę książek pani Marleny. Do tej pory przeczytałam tzw trylogię regionalną (Wenecja, Toskania, Orvieto). Przede mną powieść sycylijska.
    Pozdrawiam:)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję