Przyśniła mi się gejsza na skale… – wywiad z Anną Klejzerowicz
Data publikacji: 16 kwietnia 2011 A- A A+
Ostatnio rozmawiałyśmy równo rok temu. Przez ten czas nie próżnowała. Wydała dwie książki, które ugruntowały jej pozycję na rynku rodzimych kryminałów. Właśnie ukazał się najnowszy z nich – Cień gejszy. O japońskich drzeworytach, tajemniczych morderstwach i kuchni pracy pisarza rozmawiam dziś z gdańszczanką, fotografem i kociarą. Wywiad z Anną Klejzerowicz!

  • Anna Kutrzuba: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, wspominałaś, że druga powieść o Emilu jest od dawna ukończona i tylko czeka na wydanie. No i oto jest! Dwieście pięćdziesiąt stron otulone okładką z gejszą spowitą w kolorowe kimono. Podoba Ci się?
  • Anna Klejzerowicz: Jeszcze jak! Zakochałam się w tej okładce. Od pierwszego wejrzenia. Gdy tylko zobaczyłam ten projekt, od razu wiedziałam, że... to jest właśnie to. Po prostu. Że to jest moja okładka. Jest dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. No, ale nic dziwnego: stworzona została przez mistrzynie ze studia grafiki kreatywnej Czartart, które idealnie „wyczuły” klimat powieści. Do tego, poprzez zestawienie postaci japońskiej gejszy z widokiem Gdańska w tle, okładka zaskakuje i intryguje. Bo niby skąd gejsza w Gdańsku… Lecz nie ukrywam, że bardzo pasuje do treści. I wciąż niezmiennie tę okładkę podziwiam. Rzeczywiście, książka od pewnego czasu była w zasadzie gotowa. Dopracowałam tylko jeszcze kilka szczegółów. I strasznie się cieszę, że wreszcie ujrzała światło dzienne, szczególnie w tak pięknej szacie graficznej.
  • A.K.: Obecność gejszy na okładce nie jest przypadkowa. We współczesnym Żądle Gdańsku splatają się dwie historie: jedna sprzed zaledwie kilku miesięcy, druga – sprzed stulecia. Dlatego zanim zaczniemy rozmawiać o książce, zarysujmy wpierw dla niezorientowanych jej fabułę. Emil Żądło, bohater Sądu Ostatecznego powraca…
  • A.K.: No tak. Ma pecha :-) Znowu wikła się w jakąś podejrzaną historię. Rzecz zaczyna się od zbrodni dokonanej przed przeszło stu laty w Japonii. Przebywali tam wówczas oficerowie Kriegsmarine, między innymi z Gdańska. Bo może mało komu wiadomo, że oficerowie pruskiej marynarki – a Gdańsk należał wtedy do Prus – szkolili w tamtych czasach japońską armię. Trwała wojna rosyjsko-japońska, świat ogólnie burzył się, co zaowocowało niebawem pierwszą wojną światową… Takie jest tło wątku japońskiego, nazwijmy go tak dla uproszczenia. Następnie akcja przenosi się do współczesnego Gdańska, gdzie mamy serię niewyjaśnionych zabójstw, związanych z tajemniczymi japońskimi drzeworytami. Dla wyjaśnienia dodam, że drzeworyty barwne ukiyo-e to charakterystyczna wyłącznie dla Japonii dziedzina sztuki, niepowtarzalna i wyjątkowa. Tak jak japońskie haiku :-) No i Emil zostaje wciągnięty w sam środek zagadki. Ktoś podszywa się pod niego w Internecie, ktoś usiłuje go odstraszyć, choć on sam nie ma zielonego pojęcia, od czego i po co. Ale – jak to Emil – natychmiast łapie bakcyla. I podejmuje trop. To jest taki pies myśliwski, ten facet. Nie ma na niego siły, kiedy zwietrzy jakąś tajemnicę – bo nie chcę powiedzieć: krew, choć krwawo też będzie. Śledztwo doprowadzi go do mrocznej i dramatycznej historii, jaką skrywają – dosłownie i w przenośni – japońskie drzeworyty z pewnej kolekcji. Więcej już chyba nie powinniśmy zdradzać...
  • A.K.: Zdecydowanie nie! Jeszcze chwila, a nikt wywiadu nie doczyta do końca, tylko rzuci się w poszukiwaniu książki :) Porozmawiajmy zatem o drzeworytach, wokół których zasadza się intryga kryminalna. Ich opisy rozpalają wyobraźnię czytelnika. Jednak one same nie są dziełem fikcji – istnieją naprawdę. Jak to się stało, że dostały się w Twoje ręce?
  • A.K.: Istnieją naprawdę. I stanowią ilustracje do zapomnianej chyba całkowicie artystycznej książeczki z pieśniami miłosnymi amerykańskiego porucznika – adresowanymi do pięknej gejszy – wydanej pod koniec dziewiętnastego wieku przez wydawnictwo Hasegawa, które także pojawia się w mojej powieści. I rzeczywiście ich autorem jest niejaki malarz Baison. Bardzo tajemnicza postać, o której nie wiemy w zasadzie nic, oprócz tego, że był twórcą tych drzeworytów i tworzył w epoce Meiji – epoce otwarcia się Japonii na świat… Poza tym cała historia drzeworytów jest autentyczna. Rzeczywiście przywiózł je niegdyś do Gdańska oficer Kriegsmarine – gdańszczanin – i w jego rodzinie przetrwały one ponad sto lat. Akcja powieści jest nieco przesunięta względem realnego czasu, do przodu. Naprawdę te grafiki powstały o jakieś 15 lat wcześniej niż opisałam, jeszcze w wieku dziewiętnastym, około 1890 roku. Wypatrzyliśmy je niegdyś w sopockim antykwariacie i tak weszły w posiadanie naszej rodziny. Nikt nic kompletnie o nich wówczas nie wiedział. Do wszystkiego dochodziliśmy sami, wraz z moim mężem Krzysztofem, przez lata badań, przy pomocy ekspertów i pasjonatów polskich i zagranicznych, w tym także japońskich – między innymi przy dużym wsparciu nieocenionej pani dr Alberowej, znanej polskiej badaczki i znawczyni sztuki japońskiej, opiekunki słynnej kolekcji Feliksa Jasieńskiego w Krakowie – a cała ta nasza droga dochodzenia do prawdy historycznej jest niemal dokładnie tą samą drogą, jaką przebyli także Emil z Martą. Została też opisana w dwóch moich artykułach dla miesięcznika „Spotkania z zabytkami” (numery dla zainteresowanych zostały podane w posłowiu). Cóż mogę dodać… Sztuka i kultura dawnej Japonii zawsze były moją wielką pasją. Chyba odkąd we wczesnym dzieciństwie przyśniła mi się... gejsza. Gejsza na skale. Naprawdę. Mogłam mieć wtedy ze dwa, może trzy lata – i do dziś w głowę zachodzę, skąd u tak małego dziecka podobne sny… A może to była ta sama gejsza, gejsza z „drzeworytów Emila”? ;-)
  • A.K.: Niewykluczone ;) Nie mogę więc w tym momencie nie zapytać, czy jak zobaczyłaś drzeworyty, miałaś déjà vu? Pamiętasz, co poczułaś, kiedy je po raz pierwszy zobaczyłaś?
  • A.K.: Tak. Absolutny zachwyt. Wzruszenie. I przemożne pragnienie posiadania ich, choćby po trupach ;-)
  • A.K.: Z tymi drzeworytami wiąże się piękna historia miłosna, której ślady czytelnicy będą mogli odnaleźć w powieści.
  • A.K.: Rzeczywiście tak. Wspomniałam już o książce, ekskluzywnie wydanej przez legendarne już dziś wydawnictwo Hasegawa z Tokio. Autorem książki był F. M. Bostwick, amerykański porucznik marynarki wojennej. Za postacią autora kryje się romantyczna historia, niczym z Madame Butterfly. Młody oficer, stacjonujący w Yokohamie, zakochał się w pięknej Japonce i na cześć ukochanej napisał poetycką pieśń. Swoją przyjaciółkę nazywał Oyuchasan (czyt. Ojuciasan) i taki też tytuł nosi jego książeczka, ilustrowana oryginalnymi barwnymi drzeworytami.
  • A.K.: Inspiruje Cię Japonia początku XX wieku czy Japonia w ogóle?
  • A.K.: W ogóle. Ale tzw. epoka Meiji – czyli okres pomiędzy rokiem 1868 a 1912, wciąż jeszcze mało zbadany i niedoceniony – należy chyba do najbardziej fascynujących w dziejach tego kraju. To czas, gdy Japonia, do tej pory żyjąca od stuleci w epoce feudalnej i hermetycznie zamknięta na świat, otworzyła swoje granice i stanęła u progu nowoczesności… Czas przemian – obyczajowych, politycznych i kulturalnych. Fenomen dziejowy na skalę światową, ponieważ w tak krótkim okresie Japonia zmieniła się z kraju nieomal średniowiecznego w prężne współczesne mocarstwo, które zaczęło liczyć się w świecie; które mogło wygrywać wojny, jak choćby tę z Rosją, a z czasem narzucać światu kierunki rozwoju techniki, nie zatracając jednocześnie własnej tożsamości kulturowej.
  • A.K.: Akcja Twojej powieści dzieje się jednak przede wszystkim w Gdańsku, jednak tym razem miasto nie jest bohaterem, a jedynie tłem dla rozgrywających się zdarzeń. Taki był zamiar?
  • A.K.: Owszem. Tym razem skupiłam się nie na opisach miejsc, raczej na samej opowiadanej historii. To ona jest tutaj najważniejsza. Ale Gdańsk jest bohaterem tej książki, jak najbardziej… tylko może w nieco innym rozumieniu. Tym razem jest jakby bohaterem historycznym, który został „wpisany” przez wielką politykę w pewną… powiedzmy: przygodę. Ponieważ opowieść dotyczy zupełnie nieznanej, zapomnianej, nawet pomijanej historii tego miasta. Kto by pomyślał, że ówczesny Gdańsk mógł mieć jakieś powiązania z tak odległym, egzotycznym krajem jak Japonia epoki Meiji?!... A przecież nie zapominajmy, że był to wielki port, miejsce strategiczne i zawsze związane z morzem, z polityką morską. A w tamtych czasach morze było oknem na świat. I łącznikiem kultur. Ta historia jest ściśle związana z Gdańskiem. I w tym sensie miasto jest jej bohaterem, a raczej jednym z bohaterów. Poza tym… Gdańszczanie, czy raczej – ogólniej – mieszkańcy Trójmiasta, podobno rozpoznają w książce swoje ścieżki. Tak słyszałam, i to już kilka razy, od czytelników :-) Choć nie odtwarzałam ich jak w przewodniku, uznając to za zbędne dla tej książki. Lecz skoro sama nimi przez całe swoje życie chadzałam, to widocznie w jakiś sposób… samoistnie ze mnie wyszły.
  • A.K.: To porozmawiajmy teraz o bodaj najpopularniejszym mieszkańcu Gdańska – Emilu. Gdyby nie przypadek, pewnie nadal siedziałby spokojnie w domu i pisał artykuły do „Rozgwiazdy”. W śledztwie pomaga mu Marta i niby oboje sprawiają wrażenie duetu doskonałego – on działa, ona wyszukuje dla niego informacje – ale mam wrażenie, że Emil-indywidualista wolałby bawić się sam w detektywa. On ciągle dojrzewa do partnerstwa, prawda?
  • A.K.: Zdecydowanie. Masz zdecydowanie słuszne wrażenie! :-) Ciągle do niego dojrzewa, ale nawet jakby wbrew własnej naturze. To taki samotny wilk, który najchętniej poluje bez pomocy stada. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek tak naprawdę dojrzeje… Ale i Marta nie jest raczej istotą stadną, to także dzika wilczyca, więc z nią akurat może mu się to w końcu udać. Przynajmniej do pewnego stopnia. Takie dziwne stworzenia jak tych dwoje mogą w końcu wspierać się w tej dżungli, jaką jest życie, szczególnie życie w wielkim mieście – pod warunkiem, że zostawią sobie nawzajem pewną autonomię, jakąś część rewiru wyłącznie dla siebie...
  • A.K.: Marta przeżywa w powieści trudne chwile. Z jej winy ginie bliska jej osoba. Ciekawiło mnie, czy udźwignie kolejne brzemię, czy się nie załamie w związku z tym, co przeżyła w ostatnich miesiącach, ale dzielnie się trzyma. Chciałaś, aby była taka silna czy to sama Marta zdecydowała o swoich cechach charakteru?
  • A.K.: Wiesz… chyba jednak ona sama. To dziwne uczucie, ale moje postaci naprawdę żyją własnym życiem i nie zawsze mogę je kontrolować. Coś w tym jest, bo wiem, że inni pisarze także się z tym fantem borykają. Czasem planuję napisać coś zupełnie innego, a one zaskakują mnie swoimi decyzjami czy rozwiązaniami. Marta to twarda sztuka. Twardsza od Emila, tak mi się zdaje. Ona, owszem, ma chwile załamania, zwłaszcza na początku, kiedy przez moment zdaje się nawet, że ich związek zawisł na włosku. Ale Mata szybko się podnosi. Chyba naprawdę zależy jej na tym zarośniętym dojrzałym chłopcu – trudnym, kapryśnym, lecz z sercem na dłoni – jakim przez całe życie pozostaje Emil. Lecz to nie wszystko. Marta także lubi tę adrenalinę, ryzyko i zagadki. A kiedy są one na dodatek związane ze sztuką, czyli prawdziwą miłością jej życia, to po prostu nie potrafi się im oprzeć…
  • A.K.: W związku Marty i Emila dobrze się dzieje, ale miodowe miesiące przeżywa inna para. Zebrze udała się ta Marysia… ;)
  • A.K.: Oj tak :-) I na tym przykładzie widać, co z gruboskórnego samca, zatwardziałego starego kawalera, potrafi zrobić prawdziwa kobieta! Przecież ten facet, ten twardziel, gliniarz, mięknie i rozpływa się dosłownie pod wpływem obecności Marii przy swoim boku… Topi się jak wosk. Uwalniają się całe jego – dotąd głęboko skrywane – pokłady subtelności, delikatności, czułości i ciepła. Myślę, że Zebra tak naprawdę dopiero teraz zaczął żyć. Lepiej późno niż wcale, bo, jak widać, od zawsze był do takiego właśnie życia stworzony – tylko wcześniej sam o tym nie wiedział. Ale Zebra to niestety nie Emil… Marek Zebra w końcu jednak pozostał w policji i nawet zrobił karierę. Żądło nie był w stanie. To o wiele bardziej niespokojny duch. Zawsze inny. Zawsze poza nawiasem. Zawsze jakby na opak…
  • A.K.: A jak się wiedzie Annie Klejzerowicz? Spełniona jako pisarka i jako kobieta?
  • A.K.: Mam nadzieję, że nie! Liczę, że ciągle jeszcze sporo przede mną :-) Kiedy poczuję się spełniona, to założę bambosze z pomponami i osiądę na laurach. Ale ponieważ ja także jestem raczej niespokojnym duchem, to zapewne nigdy się tak nie stanie…
  • A.K.: Podejrzewam, że szczególnie niespokojna byłaś podczas pisania „Cienia gejszy”. Jak Ci się pracowało nad tą książką? Po opublikowaniu Sądu Ostatecznego mówiłaś, że byłaś wyczerpana. Że potrzebowałaś oddechu, bo trudno jest przebywać cały czas w takim mrocznym świecie.
  • A.K.: Tak, i dlatego napisałam wtedy Ostatnią Kartę. Kryminał bardziej na wesoło: lekki i taki trochę teatralny, gdzie nawet morderstwo zostało jakby… wystylizowane, a przez to nie do końca serio. Ale Sąd Ostateczny był wyjątkowo mroczny, tak jak ten średniowieczny tryptyk, który go zainspirował. „Cień gejszy” jest chyba jednak o wiele bardziej stonowany. Japońska sztuka bardziej subtelna, nostalgiczna, zrównoważona i lekko ulotna. A to ona nadaje ton powieści. Chciałam, żeby nawet zbrodnie były tutaj trochę na wzór japońskiego eposu: heroiczne i obrazowe, ale nie tak naturalistyczne jak w Sądzie. „Gejszę” pisałam z przyjemnością. Satysfakcją. Chętnie wracałam do świata Kwitnącej Wiśni :-)
  • A.K.: Czy ten „Cień gejszy”, który trzymamy w dłoniach, jest tym, jaki od początku miałaś zamiar napisać, czy skracałaś go o pewne wątki?
  • A.K.: Skąd wiesz?.. :-)
  • A.K.: Intuicja ;)
  • A.K.: Może nie tyle wątki – nie te główne – ale rzeczywiście trochę skracałam, przede wszystkim fragmenty o sztuce i piśmie japońskim. Nie chciałam obciążać czytelnika zbyt dużą dawką teorii. Pomyślałam, że zainteresowani i tak sięgną do książek czy Internetu. I będą z tego mieli podwójną przyjemność. Zostawiłam więc tylko to, co wydawało mi się niezbędne dla zrozumienia akcji.
  • A.K.: A czy to książka, po którą chętnie sięgnęłaby sama Anna Klejzerowicz?
  • A.K.: Zawsze piszę o tym, co mnie fascynuje. Staram się, żeby każda moja książka była taką, po którą sama z chęcią bym sięgnęła… Jak dotąd, pozostaję sobie wierna – i chyba inaczej bym nie potrafiła.
  • A.K.: To na koniec pytanie, którego nie sposób nie zadać: jakie plany na najbliższą przyszłość? No i kiedy Emil powróci?
  • A.K.: Ratunku! ;-) Chyba nie tak od razu. Na razie pracuję nad drugą książką o Weronice Daglewskiej, bohaterce Ostatniej Karty. Od Emila trzeba jednak czasem trochę odpocząć. Więc najpierw będzie Weronika. Tym razem w zupełnie innej scenerii. Natomiast Żądło powróci, gdy tylko zwęszy kolejny trop, kolejną krwawą zbrodnię i kolejną mroczną tajemnicę. I z miejsca zacznie szukać guza. Taki już jest :-)
  • A.K.: A więc znowu cierpliwie czekamy :) Aniu, dziękuję za rozmowę!
  • A.K.: Dzięki serdeczne :-)

Recenzje książek Anny Klejzerowicz na Dzienniku Literackim.
Komentarze
  • 1
    Allan 25 kwietnia 2011 | 21:00:59

    Aniu, dzisiaj tę stronę znalazłem przypadkowo, ale ona mi pomoże przy pytaniach do mojego wywiadu z Tobą.

  • 2
    Andrzej A 23 maja 2012 | 11:14:00

    Aniu świetny wywiad. Trafiłem tutaj przypadkowo. Ten fakt pomoże mi lepiej zrozumieć autora tego gatunku liteckiego.
    Pozdrawiam, serdeczności:-)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję