Tomasz Mann pisał lepiej, ale ja nie palę podczas pisania – wywiad z Nicolasem Reminem
Data publikacji: 9 czerwca 2010 A- A A+
Zadebiutował w 2004 roku i od tego czasu wydaje nieprzerwanie, niemal rokrocznie ofiarowując swoim czytelnikom kolejny tom przygód commissario z San Marco. Seria, której głównym bohaterem jest wenecki komisarz, Alvise Tron, szybko stała się światowym bestsellerem, otrzymując wiele entuzjastycznych recenzji. Nie mogło być inaczej, gdyż napisał ją pisarz, który o sobie samym mówi, że spędził większość życia, leżąc na kanapie i czytając (zaś w pozostałych chwilach studiując komparatystykę literacką, filozofię, historię sztuki oraz literaturoznawstwo). Po wielu miesiącach starań udało mi się namówić go na wywiad. Kim jest ten tajemniczy prozaik? Miłośnicy kryminałów na pewno już wiedzą. Mam ogromną przyjemność zaprosić Was do lektury rozmowy z jednym z moich ulubionych autorów powieści kryminalnych. Panie i Panowie, Nicolas Remin na Dzienniku Literackim!




  • Anna Kutrzuba: Jak dotąd w Polsce ukazały się dwie Pana powieści – Śnieg w Wenecji i Weneckie zaręczyny. Ta ostatnia, zaledwie kilka miesięcy temu. Obie składają się na serię książek o weneckim śledczym, commisario Alvisie Tronie. Jak to się stało, że ten bohater w ogóle został powołany do życia?

  • Nicolas Remin: Bardzo trudno zrekonstruować początki. Przypuszczam jednak, że wszystko zaczęło się od bardzo mglistej idei takiego projektu, która zaświtała mi po raz pierwszy w głowie, po tym jak dawno temu przeczytałem opowiadanie Daphne du Maurier pt. Nie oglądaj się teraz w pokrytej śniegiem Wenecji i pomyślałem, jakby to było, jakby połączyć tę pokrytą śniegiem Wenecję z intrygą kryminalną.

  • A.K.: Nie dość, że opisywana przez Pana Wenecja jest pokryta śniegiem, to jest to także Wenecja XIX-wieczna. Dlaczego to miejsce – już wiem. A dlaczego ten czas?

  • N.R.: Lubię Wenecję i lubię XIX wiek. I co nie pozostaje bez znaczenia, dość dobrze znam się na obu. Dlatego też XIX-wieczna Wenecja jako miejsce akcji moich kryminałów była naturalnym wyborem.

  • A.K.: W takim wypadku chyba nie musi Pan spędzać wielu godzin w bibliotece, szukając informacji, jakie mógłby wykorzystać w opisywaniu tła obyczajowego, politycznego, społecznego książki.

  • N.R.: Moje powieści tak naprawdę nie wymagają jakichś szczególnie intensywnych badań. Ponieważ dość dobrze orientuję się w XIX-wiecznej historii Europy, raz na jakiś czas muszę sprawdzić jedynie jakieś detale. Wtedy najczęściej zaglądam do jednej książki – Österreichs Venedig Alvise’a Zorziego. To niewiarygodnie dobrze napisana książka o tym stosunkowo długim czasie, kiedy Wenecja należała do Imperium Habsburgów.

  • A.K.: Co najbardziej fascynuje Pana w świecie Alvise’a Trona?

  • N.R.: Przypuszczam, że bolesne i niezwykle trudne zderzenie klasycznej weneckiej cywilizacji, reprezentowanej przez Trona, z tymi wszystkimi wynalazkami technologicznymi XIX wieku. Tron tak naprawdę nie lubi parowców, telegrafów, lamp gazowych (preferuje świece), a nawet kolei. W tym, co robi i jak to robi, można odnaleźć ślady XVIII-wiecznego wychowania i etykiety. Choćby też w tym – i to jest bardzo settecento i raczej nietypowe, dla czasów, w których żyje – że NIE JEST NACJONALISTĄ. Garibaldi nie jest jego bohaterem.

  • A.K.: Commissario Alvise Tron to główny bohater Pana książek. Jest odrobinę staroświecki, nie jest nacjonalistą… Co jeszcze, na pytanie o to, jaki on jest, by Pan odpowiedział?

  • N.R.: Alvise Tron nie jest typowym oficerem policji. Jego uwagi nie pochłania bowiem praca, a raczej dziwaczny periodyk pt. „Emporio della Poesia”. Został policjantem tylko dlatego, że wykonywanie tego zawodu gwarantowało mu stały dochód. Tronowie, niegdyś bardzo bogata rodzina, stracili z biegiem czasu niemal całe swoje bogactwo, a Alvise musi z czegoś żyć, by jakoś wiązać koniec z końcem.

  • A.K.: Czytelnicy nierzadko doszukują się podobieństw między głównym bohaterem powieści a jej autorem. Dlatego też zapytam wprost – czy mają Panowie jakieś cechy wspólne? Jakieś wątki autobiograficzne?

  • N.R.: Trudne pytanie. Obaj jesteśmy raczej staroświeccy i obaj mamy wyjątkową słabość do gnijących budynków z historią, do poezji, do muzyki. Obaj mamy do czynienia ze zbrodniami i żaden z nas nie jest do końca pewny, czy rzeczywiście tego chce. Może później zdradzę, dlaczego tak jest.

  • A.K.: To porozmawiajmy jeszcze chwilę o Pana bohaterkach. Mam na myśli zwłaszcza dwie kobiety – Elisabeth and principessę di Montalcino. Silne, mocne, zdecydowane. A przy tym… takie nierzeczywiste. Chyba nie spotkalibyśmy ich w XIX-wiecznej Wenecji?

  • N.R.: Obawiam się, że nie. XIX-wieczna Wenecja to typowe społeczeństwo macho. A tak na marginesie, Tron, co zapewne Pani zauważyła, NIE jest macho. Gdyby był, principessa nigdy nie mogłaby z nim być.

  • A.K.: Typem macho jest za to bez wątpienia jeden z moich ulubionych bohaterów, Johann-Baptist von Spaur. Jego poezja jest niesamowita. Będzie ją jeszcze publikować w „Emporio della Poesia”?

  • N.R.: Tak, będzie. Nie wymyśliłem jeszcze, co będzie robił w powieści, nad którą obecnie pracuję, ale jedno jest pewne – nadal będzie wcinał pralinki Demela.

  • A.K.: Opisuje Pan swoich bohaterów tak barwnie i tak sugestywnie, że sprawiają wrażenie, jakby istnieli naprawdę. A co więcej, jakby sami wskakiwali do Pana książek. Często miałam wrażenie podczas lektury Pana kryminałów, że stworzenie postaci to dla Pana pestka. Dlatego zapytam przewrotnie – czy jakaś postać, nad którą Pan pracował, koniec końców nie dała się przenieść na papier?

  • N.R.: Bohaterowie, którzy odmawiają mi możliwości przeniesienia ich na papier są natychmiastowo proszeni o opuszczenie pomieszczenia. Nie ma dla nich miejsca w MOICH powieściach. Mogą odejść i poszukać sobie innych książek.

  • A.K.: Zamierzałam zapytać, czy to Pan kreuje swoich bohaterów, czy to oni Pana w jakiś sposób tworzą, ale po tym, co Pan powiedział, chyba już znam odpowiedź na to pytanie.

  • N.R.: Wysoce filozoficzne pytanie. Czy Tron albo Księżna Montalcino (albo Spaur!) mieli jakikolwiek udział w kreowaniu MNIE samego? Czy w jakikolwiek sposób zmienili mnie i moje życie? Czy stworzyłem siebie poprzez stwarzanie ich? Przypuszczam, że tak, że nauczyli mnie trochę o mnie samym, i w tym sensie na pewno mnie zmienili. Ale czy „stworzyli”? „Stwarzanie” to takie wielkie, biblijne słowo.

  • A.K.: Tym niemniej jeszcze od niego nie uciekniemy. Chciałabym bowiem zapytać o stwarzanie powieści – czy pisarzowi wygodniej pisać pojedyncze, autonomiczne książki czy też może lepiej serie?

  • N.R.: Opowieści kontynuujące perypetie jednego głównego bohatera oszczędzają wiele pracy. Jednak ciągłe obcowanie z tymi samymi ludźmi bywa oczywiście na dłuższą metę nużące. Ja jeszcze naprawdę lubię Trona i to szczególne, wyjątkowe tło obyczajowe, które wykorzystuję w swoich powieściach.

  • A.K.: Wydaje się, że czerpie Pan sporo radości z pisania. Czy bycie pisarzem to rzeczywiście „to”? Czy gdyby Pan mógł jeszcze raz wybrać swoją drogę zawodową, zostałby pisarzem?

  • N.R.: Nie wybiera się swojej kariery. Można zostać co najwyżej uwikłanym w pewną karierę, a to głównie za sprawą okoliczności, na które i tak nie ma się wpływu. Ale nie narzekam. Zawsze mógłbym trafić gorzej. A tak to jest dobrze. Każdy ukończony rozdział dostarcza mi wiele satysfakcji. Podobnie się czuję, gdy dowiaduję się o kolejnych przekładach moich książek.

  • A.K.: Tych przekładów jest z roku na rok coraz więcej. Czy spodziewał się Pan, że jego książki spotkają się z takim zainteresowaniem?

  • N.R.: Bynajmniej. I nigdy nie sądziłem, że zostaną przetłumaczone na tyle języków. Choć wydaje mi się, że i tak przecenia Pani zainteresowanie, z jakim się spotykam. Danowi Brownowi bez wątpienia poświęca się więcej uwagi.

  • A.K.: A jak to się stało, że Pan poświęcił uwagę pisaniu kryminałów?

  • N.R.: Przez przekorę. Zupełnie nie doceniałem gatunku. Myślałem, że łatwo jest napisać powieść kryminalną, ponieważ jest ona dość schematyczna: masz ofiarę, kogoś, kto ją skrzywdził i trzecią postać – śledczego. W sumie nic wielkiego, myślałem, można szybko napisać i w łatwy sposób rozpocząć swoją przygodę z pisarstwem. Oczywiście szybko okazało się, jak bardzo byłem naiwny. Wszystko rozpoczęło się więc od nieporozumienia – zresztą, jak większość małżeństw, jakie znam.

  • A.K.: Pisarze, mówiąc o procesie twórczym, mówią o swoich inspiracjach. Czy jest coś, co Pana inspiruje?

  • N.R.: Nie wierzę w inspiracje. Nigdy nie pojawiają się wtedy, gdy ich naprawdę potrzebujesz. To pot, krew i łzy tworzą książki. Choć od czasu do czasu zdarza mi się posłuchać muzyki i się nią – jeśli naprawdę chce Pani użyć tego słowa – „zainspirować”. Pomagają mi Chopin i Bach.

  • A.K.: Jak Pan pracuje?

  • N.R.: Jak Tomasz Mann. Jedna strona dziennie, między 8 rano a 2 po południu, bez wolnych weekendów. Oczywiście Tomasz Mann pisał trochę lepiej niż ja piszę. Ale ja nie palę podczas pisania.

  • A.K.: A w jaki sposób Pan pisze?

  • N.R.: Zanim zacznę, mam precyzyjny plan powieści. Postępuję według Arystotelesowskiego schematu: ekspozycja, konflikt, rozwiązanie, oddzielone od siebie przez dwa główne punkty w wątku. Nie wierzę w koncepcję „pozwól-historii-znaleźć-jej-własną-drogę”. Chcę mieć tak dużo kontroli nad teksem, jak to tylko możliwe.

  • A.K.: Czy taka kontrola gwarantuje satysfakcję z wykonanej pracy? Podobają się Panu Pana powieści – są dokładnie takie, jakie chciał Pan, żeby były?

  • N.R.: Nigdy nie otrzymuję tego, do czego zmierzam. Zawszę dostaję mniej. Tak jak w prawdziwym życiu.

  • A.K.: A czy gdyby był Pan wyłącznie czytelnikiem, czytałby Pan je?

  • N.R.: Nie czytuję kryminałów. Lubię NUDNE opowieści; takie, w których nic ekscytującego się nie dzieje – bez krwi, bez suspensu. Theodor Fontane, Tomasz Mann, Henry James. Nie, to jednak nie do końca prawda: czytuję Donnę Leon i naprawdę ją lubię.

  • A.K.: Polski wydawca Pana książek obiecał opublikować wkrótce trzecią powieść poświęconą śledztwom Trona, Szklane gondole. Czy mógłby Pan na koniec powiedzieć, czego czytelnicy mogą się po niej spodziewać?

  • N.R.: To powieść o kradzieży Tycjana, śmierci marszanda oraz śmierci pięknej, młodej pianistki, grywającej Chopina – panny Potockiej z Polski (uwielbiam Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego). To także powieść o Królowej Neapolu, Marii Zofii, siostrze Elisabeth. Ponieważ Tron pozostaje w niecodziennym związku z młodą damą z Polski, nieoczekiwanie okazuje się głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo.

    W powieści, nad którą obecnie pracuję, też będzie miał co robić. To opowieść o papieżu Pio Nono (Piusie IX – przyp. A.K.) i cesarzu Franciszku Józefie, polujących na święty graal i pozostawiających martwych ludzi na swych drogach. Tron będzie musiał posprzątać ten bałagan.



  • Recenzje książek Nicolasa Remina na Dzienniku Literackim.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję