Pisanie jest niezmiennie wspaniałą przygodą – wywiad z Anną Klejzerowicz
Data publikacji: 19 kwietnia 2010 A- A A+
Dzisiejszego gościa Dziennika Literackiego miłośnicy kryminałów powinni znakomicie kojarzyć. Polska pisarka, publicystka, fotograf, autorka licznych artykułów z zakresu historii sztuki oraz zdjęć teatralnych i artystycznych. Przez wiele lat współpracowała z Teatrem Atelier w Sopocie. Teraz mieszka wśród lasów, w pięknej dolinie, w starym domu. To właśnie tam pisze i fotografuje. W kadrze uwiecznia przede wszystkim przyrodę. Szczególnym uczuciem darzy koty. Choć sama ma kilka w domu, dba o wszystkie ze swojej okolicy. Wspólnie z rodziną i sąsiadami prowadzi kocią stołówkę. Drodzy czytelnicy, Anna Klejzerowicz.




  • Anna Kutrzuba: Głównym bohaterem Pani powieści jest były policjant, obecnie dziennikarz – Emil Żądło. To postać, która w miarę rozwoju fabuły przechodzi przemianę. Ze zmęczonego życiem, rozbitego człowieka przemienia się w szczęśliwego, odnoszącego sukcesy śledczego. Skąd pomysł na tę metamorfozę?

  • Anna Klejzerowicz: Mój bohater to outsider z duszą artysty, a tacy ludzie często przeżywają problemy egzystencjalne. Emil ma za sobą nieudane małżeństwo, rozczarowania oraz kłopoty zawodowe. Nie jest człowiekiem łatwo przystosowującym się do nowych sytuacji, ponadto frustrację topi w kieliszku. Z depresji i z dołka materialnego może go wyciągnąć tylko działanie, praca, nowe zadanie, w które zaangażuje się całym sobą. Bezczynność jest dla niego zabójcza. Emil ma instynkt myśliwego, to urodzony śledczy. Obok tajemnicy nie potrafi przejść obojętnie, realizuje się w rozwiązywaniu zagadek. To jego żywioł. Dopiero wtedy – jakby zbudzony z psychicznego letargu – potrafi także otworzyć się na uczucia, na pozytywne emocje. Bo w kontaktach prywatnych z ludźmi Emil raczej ma kłopoty, jest nieporadny, mrukliwy, nie potrafi się otworzyć, wyrazić tego, co czuje. Jednak w pewnym momencie zostanie do tego zmuszony, ponieważ w trakcie śledztwa spotka na swej drodze osobę, na której będzie mu bardzo zależało... Trudno powiedzieć, czy na jego wewnętrzną przemianę większy wpływ ma prowadzone śledztwo, czy też spotkanie Marty – kobiety swojego życia. Obie te sprawy łączą się i nakładają na siebie, z obu Emil czerpie energię, potrzebną mu do normalnego funkcjonowania. A skąd pomysł?... Pomysł narodził się sam. Widocznie postać Emila Żądło bardzo domagała się materializacji...

  • A.K.: Co lubi Pani w Żądle najbardziej?

  • A.K.: Ja w ogóle lubię Emila. Lubię zarówno jego słabości, jak i pasje – a także tę jego dobroduszność i prawość, którą skrywa pod pozorami cynizmu czy abnegacji. Nie ma ludzi bez wad, a wady Emila okazują się przynajmniej reformowalne. To w gruncie rzeczy całkiem fajny facet, choć może bywa czasem trochę trudny do zniesienia. Potrzebował po prostu właściwej kobiecej ręki, żeby wyjść na ludzi...

  • A.K.: Żądło jako rasowy dziennikarz wytrwale podąża tropem tajemniczego mordercy. Scena finałowa to scena jego konfrontacji z Lingmemem. Jak opisałaby Pani relację łączącą obu tych bohaterów?

  • A.K.: Jako pewnego rodzaju przymus. Relacje między psychopatycznym seryjnym mordercą a ścigającym go śledczym są specyficzne. To osobisty związek myśliwego z ofiarą, przy czym obie te role wciąż podlegają zamianie – myśliwy staje się ofiarą i na odwrót. To gra, której reguły znane są tylko jednej ze stron, rodzaj pojedynku, który w końcu zmienia się w ślepą walkę na śmierć i życie. Walkę, która musi znaleźć swój finał, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie zapłacić. Tak jakby szaleniec zaraził swym szaleństwem detektywa. Jeden bez drugiego nie potrafi żyć – aż do momentu, gdy któryś z nich zostanie wyeliminowany z gry...

  • A.K.: Określiła Pani Sąd Ostateczny mianem kryminału miejskiego. Jakie elementy powieści wskazują na jej przynależność do tego podgatunku?

  • A.K.: Mój kryminał w całości jest związany z miastem, konkretnym miastem – z Gdańskiem, moim miastem rodzinnym. W zasadzie to ono jest prawdziwym bohaterem mojej książki. Wraz ze swoją historią, położeniem, z historycznym statusem wielkiego portu, którym Gdańsk jest do dziś, oraz ze swą specyfiką kulturową. Nie chodzi tylko o to, że sama akcja „dzieje się” w Gdańsku, ale przede wszystkim o to, że problem stanowiący podłoże tej akcji wiąże się z wielokulturowością i trudną historią właśnie tego konkretnego miasta. A także z jego teraźniejszością, z dniem dzisiejszym, w którym pewne duchy czy zmory przeszłości wciąż jeszcze od czasu do czasu ożywają. Bo akcja mojej powieści rozgrywa się przecież współcześnie. Tylko prolog jest historyczny, no i oczywiście... korzenie. Korzenie historii, o której opowiadam.

  • A.K.: Dlaczego kryminał miejski, już wiemy. W recenzji pozwoliłam sobie jednak określić Pani powieść kryminałem miejskim ze sztuką w tle. Tryptyk Hansa Memlinga ma kluczowe znaczenie dla fabuły. Czy rzeczywiście Sąd Ostateczny zajmuje szczególne miejsce w sercach wszystkich Gdańszczan?

  • A.K.: Nie jestem pewna, czy tryptyk zajmuje szczególne miejsce w sercach wszystkich Gdańszczan, ale z pewnością jest dla nas rozpoznawalnym znakiem, jednym z popularniejszych symboli Gdańska. Jak Neptun czy Żuraw. Tutaj chyba każde dziecko zna ten obraz, przynajmniej „z widzenia” – choćby ze szkolnych wycieczek do Muzeum Narodowego lub z licznych pamiątek, sprzedawanych masowo w sezonie. Ponadto monumentalna reprodukcja Sądu Ostatecznego naprawdę od kilku lat wisi w łukowym oknie fasady zabytkowego Dworca Głównego w Gdańsku. To nie fikcja literacka. I naprawdę fakt ten wzbudzał swego czasu wielkie emocje wśród Gdańszczan, zarówno zwolenników, jak i przeciwników tego pomysłu, który niektórym wydawał się obrazoburczy. Jedno jest za to pewne – każdy, kto bywa w centrum Gdańska, po prostu musi go tam zobaczyć. Przeoczyć trudno.

  • A.K.: Sąd Ostateczny to przewodnik po dziele Memlinga, a zarazem przewodnik po Gdańsku. Portretuje Pani swoje rodzinne miasto z niezwykłą życzliwością. Czy Gdańsk to Pani miejsce na ziemi?

  • A.K.: Urodziłam się w Gdańsku i przeżyłam tu całe swoje dotychczasowe życie. Tutaj, w Trójmieście, spędziłam dzieciństwo, potem studiowałam, pracowałam, mieszkałam tu przez całe lata. To jest moje miasto, jestem jego częścią i ono jest częścią mnie. Siłą rzeczy. To jest związek nie do rozerwania. Pomimo tego, że od kilku lat swoje małe „miejsce na ziemi” znalazłam w pewnej uroczej dolince morenowej pod Gdańskiem, wśród przyrody, pośród lasów i wzgórz. No ale i tak jest to przecież od wieków ziemia... gdańska.

  • A.K.: Czyli koniec końców i tak na jedno wychodzi ;) W Pani sercu szczególne miejsce obok sztuki zajmują również inni bohaterowie życia codziennego – ci puszyści, zadziorni, miauczący. Koty.

  • A.K.: To prawda. Nie przypadkiem w mojej książce znalazła się postać kota Bolero. Mam teraz w domu cztery koty, są najważniejszymi członkami rodziny. Oprócz nich w naszym ogrodzie przebywają często gościnnie koty „dochodzące”, które zawsze znajdują u nas swoją stołówkę i w razie potrzeby także miejsce do spania. Koty to magiczne stworzenia. I bardzo podobne do ludzi. Pewien mędrzec powiedział dawno temu, że jeśli ktoś chce wiernie opisać życie ludzi, wystarczy uważnie obserwować kocią społeczność... Ja bym tylko dodała, że szlachetności charakterów moglibyśmy się od nich uczyć.

  • A.K.: Sąd Ostateczny to druga powieść w Pani dorobku pisarskim. Zadebiutowała pani zbiorem opowiadań pt. Złodziej dusz, które sytuowały się na granicy thrillera i horroru. Co pchnęło Panią w ramiona kryminału?

  • A.K.: Wydałam właściwie dwa zbiory opowiadań pod tym samym tytułem, choć różniące się zarówno doborem tekstów, jak i formą – pierwszy w postaci e-booka, a drugi tradycyjnie papierowy, ilustrowany grafikami gdańskiego artysty Piotra Duha-Imbora. Są to w zasadzie dwie różne książki, także wydawcy są inni. Jednak w obu przypadkach „Złodziej dusz” to opowieści z dreszczykiem, niektóre może rzeczywiście dość bliskie takim gatunkom jak horror czy thriller. A stąd już do kryminału droga niedaleka... Ja zresztą zawsze ceniłam literaturę sensacyjną, uważam ją za najbardziej współcześnie „nośny” gatunek. Ale Sąd Ostateczny nie był moim pierwszym kryminałem. Wcześniej już napisałam krótką powieść, albo może raczej długą nowelę kryminalną, zatytułowaną Negatyw. Był to kryminał górski – i, jak sam tytuł wskazuje, związany z fotografią, moją drugą życiową pasją. Został wydany jako dodatek specjalny przez pewne wydawnictwo prasowe, w nieco skróconej wersji i pod zmienionym tytułem. Natomiast napisanie kryminału miejskiego zasugerował mi wydawca. Z początku przestraszyła mnie ta propozycja, bałam się, że jej nie podołam. Jednak zalążek pomysłu utkwił we mnie i... zakwitł. I kiedy już podjęłam decyzję, a Emil Żądło zaczął straszyć mnie po nocach – napisałam książkę w trzy miesiące. Od razu wiedziałam, że pierwsze skrzypce zagra tryptyk Memlinga – chyba Żądło straszył mnie wizjami piekielnymi...

  • A.K.: Trzy miesiące? Błyskawiczne tempo! A co zainspirowało do sięgnięcia po pióro w ogóle?

  • A.K.: Nie pamiętam! Pisałam przez całe życie. Odkąd zapoznałam się z alfabetem. Najpierw do szuflady, potem zawodowo. Przez wiele lat pisywałam opowiadania, reportaże oraz artykuły dla prasy, zajmowałam się także redakcją: wydawnictw teatralnych dla sopockiego teatru Atelier oraz tekstów literackich dla wydawnictw książkowych. Ale jeśli musiałabym w skrócie stwierdzić, co mnie skłoniło do pisania, to chyba odpowiedziałabym najkrócej: czytanie. Od wczesnego dzieciństwa wolałam książki od zabawek czy innych dóbr materialnych. Były dla mnie wielką przygodą, więc... chyba od przeżywania jej za pośrednictwem cudzej wyobraźni przeszłam po prostu do tworzenia dalszego ciągu tej przygody, już swojego własnego, autorskiego. Co nie znaczy oczywiście, że przestałam czytać cudze książki! Wprost przeciwnie – czytałam i czytam nałogowo, to nieodzowna pożywka dla mojego pisania.

  • A.K.: Łatwiej się czyta, czy pisze książki? Trudny to żywot, być pisarką?

  • A.K.: Czy trudny żywot... To zależy, jak na to spojrzeć. Pisanie jest, jak wspomniałam, niezmiennie wspaniałą przygodą. Za każdym razem. Inną kwestią jest życie z pisania... Z tym już bywa różnie. Ale to zupełnie inny temat i szkoda nim sobie głowę zaprzątać. Jest jak jest. W obecnych czasach co by nie robić, nie ma lekko. Łatwiej chyba jednak czytać książki – nie ponosi się odpowiedzialności...

  • A.K.: Jak wygląda dzień pracy Anny Klejzerowicz?

  • A.K.: Zaczyna się od nudnej pracy biurowej, czyli przeglądania poczty, odpowiadania na korespondencję, załatwiania mnóstwa niezbędnych spraw, których ilość ciągle rośnie i rośnie. Ach, marzyłby się jakiś niezawodny, profesjonalny sekretarz!... No dobrze, sekretarka... Ale polski autor zazwyczaj musi te wszystkie nieznośne rzeczy robić sam.
    Potem dopiero można zabrać się za pracę twórczą. I – ponieważ otoczenie też wciąż czegoś od człowieka wymaga, a koty wołają jeść – kontynuować ją następnie do bladego świtu, kiedy już oczy i mózg odmawiają posłuszeństwa. Po czym śnić w nocy ciąg dalszy...

  • A.K.: A o czym Pani teraz śni? Nad czym Pani pracuje obecnie? Pytam nie bez kozery, bowiem zaraz po premierze Sądu Ostatecznego pojawiła się informacja, że już planuje Pani kontynuację.

  • A.K.: Kontynuacja – a raczej kolejna, fabularnie w zasadzie niezależna od poprzedniej książka z Emilem Żądło w roli głównej – jest już ukończona i od roku oczekuje w wydawnictwie na swoją kolejkę. Wydawnictwo przeżywało w międzyczasie poważne zmiany organizacyjne. Sąd Ostateczny ukazał się dopiero pod koniec stycznia tego roku, więc na drugą część trzeba będzie zapewne jeszcze trochę poczekać. Szczególnie, że odeszła ostatnio z redakcji moja dotychczasowa pani redaktor i czekamy teraz na nową osobę, która dopiero zajmie się działem kryminalnym. Póki co trzeba więc uzbroić się w cierpliwość. Mogę zdradzić jedynie, że kolejna książka także jest gdańskim kryminałem ze sztuką w tle.

  • A.K.: Nie pozostaje nam więc nic innego, jak czekać :) Pani Aniu, serdecznie dziękuję za wywiad!


  • Recenzje książek Anny Klejzerowicz na Dzienniku Literackim.
Komentarze
  • 1
    KK 19 kwietnia 2010 | 16:06:35

    Świetny wywiad, bardzo mi się podoba, dziękuję!

  • 2
    Annie 23 kwietnia 2010 | 10:47:31

    Cała przyjemność po mojej stronie :)

  • 3
    AA 23 maja 2012 | 11:01:56

    Dobry wywiad

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję