Chopin jest dla mnie bezcenny - wywiad z Lucyną Olejniczak
Data publikacji: 16 marca 2010 A- A A+
Parę dni temu ukazała się powieść, na którą od dawna czekałam. Przede wszystkim, dlatego, że ogromną sympatią darzę jej autorkę – krakowską pisarkę, która kilka lat temu w swoim debiucie urzekająco sportretowała moje ukochane miasto. Wydany w 2007 roku Wypadek na ulicy Starowiślnej był pierwszą książką poświęconą przygodom nietypowej pary, Lucyny i Tadeusza. Po trzech latach znani bohaterowie powracają, jednak tym razem nie do Krakowa. Akcja powieści dzieje się w Paryżu i Szampanii i sięga czasów wcześniejszych, bowiem pierwszych dekad XIX wieku. Jest bardzo nastrojowo, tajemniczo i zaskakująco, przede wszystkim dzięki obecności Fryderyka Chopina. O tym, skąd on się tu wziął i jaki ma związek z alter ego pisarki, opowiada dzisiejszy gość Dziennika Literackiego, pani Lucyna Olejniczak.




  • Anna Kutrzuba: Podobno produkty z logo w jakikolwiek sposób związanym z osobą Fryderyka Chopina przynoszą rocznie ponad 50 milionów dolarów zysku. To dobra cena za polskiego Orfeusza?

  • Lucyna Olejniczak: Naprawdę? Przyznam, że jestem trochę zaskoczona tymi zyskami, biorąc pod uwagę zainteresowanie Chopinem w Polsce. No, ale skoro mowa o milionach dolarów, to nie u nas, racja. Mam niestety wrażenie, że Chopin bardziej jest doceniany w świecie niż w swoim rodzinnym kraju. To smutne.

  • A.K.: Skąd ta konstatacja?

  • L.O.: W jednym z wydawnictw, do których wysłałam swój Dagerotyp odrzucono maszynopis tłumacząc to właśnie niechęcią do kompozytora i obawą, że „nikt nie kupi książki o Chopinie”. Byłoby mi mniej przykro, gdyby napisali, że książka jest do niczego… A wracając do zysków i do ceny za polskiego Orfeusza - musiałabym to porównać z innymi słynnymi nazwiskami, z innymi idolami. Ale biorąc pod uwagę, że ten idol urodził się 200 lat temu, to chyba całkiem niezła cena…

  • A.K.: A ile wart jest Chopin dla Pani?

  • L.O.: Dla mnie jest oczywiście bezcenny.

  • A.K.: Rok 2010 to Rok Chopinowski. 12 marca ukazała się Pani powieść, której bohaterem jest właśnie młody Fryderyk. Czy ta zbieżność dat to zbieg okoliczności, czy pisząc książkę, planowała Pani jej wydanie właśnie na czas święta kompozytora?

  • L.O.: Prawdę mówiąc, kiedy zaczynałam pisać swoją książkę, nie pamiętałam nawet o tym wydarzeniu. Kiedy to jednak do mnie w końcu dotarło, ucieszyłam się, bo sądziłam, że przy takiej okazji łatwiej będzie mi ją wydać. Maszynopis odleżał jednak w różnych wydawnictwach przez ponad rok. Ale w końcu wyszło mu to tylko na dobre, bo dzięki temu książka może się teraz ukazać dokładnie w miesiącu urodzin kompozytora.

  • A.K.: Zanim porozmawiamy o samej książce, chciałabym Panią popytać o jednego z jej głównych bohaterów. Co najbardziej intryguje Panią we Fryderyku Chopinie?

  • L.O.: Chyba to, że przy bliższym poznaniu wydaje się człowiekiem bardzo nam współczesnym. Myślę, że wielu dzisiejszych młodych ludzi robiących kariery na Zachodzie mogłoby się z nim śmiało identyfikować. Nie jest synonimem cierpiącego Polaka, jak się to tradycyjnie przedstawia, tylko kosmopolity ukierunkowanego na zawodowy sukces. Przedsiębiorczego i pozbawionego kompleksów. Doskonały wzór do naśladowania.

  • A.K.: No właśnie. Wśród Polaków pokutuje wizerunek Chopina jako poważnego, dystyngowanego gruźlika. Nawet na zachowanych portretach nie budzi on żadnej sympatii. Pani przedstawia go w swojej powieści zupełnie inaczej.

  • L.O.: Tak naprawdę był – mimo swej wielkości - zwykłym człowiekiem, ze wszystkimi swoimi słabostkami. Mimo że bywał czasami złośliwy, to nadrabiał to wielkim wdziękiem i urokiem osobistym. Potrafił również śmiać się z samego siebie, co nie jest łatwą sztuką, zwłaszcza gdy już za życia jest się uznawanym za geniusza. Tego dystansu nigdy nie stracił.

  • A.K.: O proszę. Z tej strony raczej go nie znaliśmy. Choć warto przy tej okazji wspomnieć, że nie tylko był po trosze dandysem, ale również bawidamkiem. W życiu Fryderyka Chopina było wiele kobiet. Podobno jego pierwszą miłością była śpiewaczka operowa, Konstancja Gładkowska, którą kompozytor poznał wiosną 1829 roku. Kochała się w nim Aleksandryna – córka hrabiego de Moriolles, dama dworu księcia Konstantego. On kochał się w Marii Wodzińskiej, z którą zaręczył się w 1836 roku. Dlaczego nie wybrała Pani którejś z nich na bohaterkę Pani książki, lecz powołała zupełnie nową – Marie?

  • L.O.: Nie chciałam pójść na łatwiznę… A tak poważnie, to dzięki postaci Marie, która w powieści należy do rodziny moich francuskich przyjaciół, cała ta historia staje się dużo bliższa, zarówno dla mnie, jak i dla czytelnika. Poza tym fikcyjna bohaterka dawała mi dużo większą swobodę niż byłoby to możliwe w przypadku osób, których życie jest całkiem dobrze udokumentowane. Moją Marie mogłam sobie wymyśleć od początku do końca, inspirując się jedynie dagerotypem, który znajduje się na zamku w Trigny.

  • A.K.: Tego, że Marie była muzą Chopina, możemy się tylko domyślać. Wszystkie informacje na temat ich domniemanego związku przemyca Pani między wersami. Jak opisałaby Pani łączące ich uczucie?

  • L.O.: Wydaje mi się, że był to rodzaj wzajemnej fascynacji, coś w rodzaju pokrewieństwa artystycznych dusz.

  • A.K.: Fikcyjna Marie, prawdziwa Konstancja… Te kobiety były delikatne, subtelne, efemeryczne. A jednak Chopin wybrał George Sand. Myśli Pani, że bardziej do niego pasowała?

  • L.O.: To chyba bardziej George Sand wybrała Chopina. A on otoczony w dzieciństwie opieką starszych sióstr i matki, był szczególnie podatny na tak silną kobiecą osobowość. Musieli do siebie w jakimś sensie pasować, skoro wytrzymali ze sobą tyle czasu. Poza tym, na tym etapie życia Chopin potrzebował bardziej partnerki, która potrafiłaby zadbać o ich wspólne interesy, a nie eterycznej kochanki.

  • A.K.: Zarysowałyśmy kształt jednego z wątków Pani powieści, lecz Marie i Fryderyk nie są jej jedynymi bohaterami. Tak naprawdę to opowieść o Lucynie i Tadeuszu, których czytelnicy mieli okazję poznać w Pani poprzedniej książce, Wypadku na ulicy Starowiślnej. To przypadek, że spotykamy ich tutaj znowu czy też zamierzona kontynuacja?

  • L.O.: Nie, to nie przypadek. Szkoda mi było rozstawać się z moimi bohaterami z Wypadku, więc wyprawiłam ich do Francji. Zresztą, to nie koniec ich przygód…

  • A.K.: Akcja Pani powieści dzieje się przede wszystkim w Paryżu i Szampanii. Opisuje Pani te miejsca bardzo precyzyjnie, co sugeruje, że musiała Pani spędzić tam sporo czasu.

  • L.O.: Tak, to prawda. Spędziłam we Francji prawie dwa lata, pracując jako opiekunka do dzieci w bardzo bogatej i wpływowej rodzinie francuskiej. Później zaprzyjaźniliśmy się i utrzymujemy serdeczne kontakty aż do dziś. To właśnie oni są właścicielami opisywanego przeze mnie zamku w Szampanii. To wyjątkowe miejsce, piękne i pełne tajemnic. Całkiem niedawno Nicole opowiedziała mi historię, której niestety nie zdążyłam już umieścić w swojej powieści. Podobno podczas wojen napoleońskich na zamku został zabity pruski żołnierz. Mieszkańcy, żeby uniknąć represji, schowali gdzieś ciało i nikt nigdy go nie odnalazł. Kiedy spytałam, czy oni, robiąc remont, niczego nie znaleźli, odpowiedziała, że nie. Znaleźli owszem kilka skrytek w ścianach i w piwnicy, ale były one puste. Jedyne, co ich zastanawia do dziś, to gruba na prawie metr ściana między dwoma pokojami na zamku. W jednym z nich jest głęboka szafa wnękowa, w drugim jej nie ma. Nie trzeba mieć wyobraźni pisarza, żeby dojść do wniosku, że ciało żołnierza mogło być zamurowane w tej nieistniejącej dzisiaj szafie… Smaczku opowieści dodaje fakt, że to był mój pokój. Kiedy pomyślę, że tuż przez ścianę mogłam mieć takie makabryczne sąsiedztwo, włos mi się jeży na głowie. Prawdziwy trup w szafie!

  • A.K.: To dopiero materiał na powieść! Opowiada Pani o Paryżu i Szampanii bardzo zajmująco. Jako rodowita Krakuska zapytam jednak przekornie, czy wolałaby je Pani od Krakowa?

  • L.O.: Uwielbiam Paryż, wspaniale czuję się w Szampanii, ale nie, nie zamieniłabym Krakowa na żadne inne miejsce na świecie. To miasto ma dla mnie jakiś szczególny urok, jakąś magię. Mogę chodzić po jego uliczkach godzinami i nigdy mi się to nie znudzi. Czytam wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce, a co dotyczy Krakowa i jego historii. Gdziekolwiek wyjadę, tęsknię bardzo za swoim miastem. A Paryż lubię chyba dlatego między innymi, że bardzo mi przypomina Kraków.

  • A.K.: Krakuska, Nowohucianka, miłośniczka Chopina… To już wiemy. Co jeszcze mogłaby Pani zdradzić czytelnikom na swój temat? Jaka jest Lucyna Olejniczak?

  • L.O.: Pełna sprzeczności, typowy zodiakalny Bliźniak, wiecznie w ruchu i w centrum wydarzeń. O szerokich zainteresowaniach, choleryczka i obrażalska. Żyje tylko wtedy, gdy coś się wokół dzieje. Gdyby wsadzono mnie do więzienia nawet na miesiąc tylko, byłby to dla mnie wyrok śmierci. Bezczynność mnie zabija. Dlatego muszę być bardzo praworządna :)

  • A.K.: Z zawodu jest pani laborantką medyczną. Przez wiele lat pracowała Pani w Katedrze Farmakologii UJ. Skąd więc zainteresowanie pisaniem?

  • L.O.: Pisać chciałam od zawsze. Już jako dziecko tworzyłam „powieści”, które miały pięknie wymalowaną okładkę i tylko pierwszą stronę, na której padał śnieg, był wieczór, a przez ten śnieg widać było żółte światełka z okien małego domku w lesie. Domek w każdej z tych „powieści” był inny, śnieg padał mniej lub bardziej obficie, ale zawsze łagodnie i mięciutko. I na tej pierwszej stronie zwykle się kończyło, bo ile może taki śnieg padać? W końcu trzeba było wyjść z tej scenerii, a szkoda… Ale tak naprawdę zaczęło się to w Chicago, gdzie pracowałam jako opiekunka 90-letniej babci i z nudów pisałam sążniste listy do dzieci. To one namówiły mnie, żeby zacząć pisać książkę. Później syn, który też jest pisarzem, zrobił korektę, redakcję i tak powstała Opiekunka czyli Ameryka widziana z fotela, która wciąż jeszcze czeka na wydanie.

  • A.K.: Czy ma Pani swój sposób na okiełznanie liter? Łatwo ułożyć je w słowa, a słowa w powieść?

  • L.O.: Najgorzej jest zacząć albo zrobić dłuższą przerwę w pisaniu, wtedy jest ciężko. Siedzę czasami przed komputerem z zupełną pustką w głowie, a to co napiszę wydaje mi się „drewniane”. Kiedy jednak wpadnę w rytm, pisze mi się dobrze.

  • A.K.: Jak Pani pracuje?

  • L.O.: Przede wszystkim piszę od razu na komputerze. Dawniej pisałam w zeszytach, mam ich w domu całkiem sporo, bo z każdej niemal wyprawy do supermarketu przynoszę zeszyty, ołówki i długopisy. To chyba jakieś natręctwo. Kiedy jednak udało mi się jako tako opanować komputer, nie zapełniam już tych zeszytów swoim niewyraźnym pismem. Jestem nerwowa, co widać po moim sposobie pisania, szybciej myślę i w efekcie bywa, że sama siebie nie mogę odczytać. Tymczasem na ekranie widzę od razu zalążki prawdziwej książki.
    Piszę zwykle przed południem, kiedy mam jeszcze dobre światło dzienne. Później, przy sztucznym, szybko męczy mi się wzrok. Przygotowuję dzbanuszek zielonej herbaty, zamykam się w pokoju i piszę.

  • A.K.: Wypadek na ulicy Starowiślnej to powieść oparta na silnym wątku autobiograficznym. Opowiada w niej bowiem Pani o historii swojej własnej rodziny. Jak Pani weszła w posiadanie opowieści o Teodorze Henzelmannie?

  • L.O.: To był zupełny przypadek, bo nigdy przedtem nie myślałam o napisaniu historii swojej rodziny. Niczym specjalnym się nie wyróżniała, niczym nie zapisała w historii aż tu nagle… wypadek mojego pradziadka. Zwykłe stłuczenie głowy, nic wielkiego, ale dowiedziałam się o tym z całkiem współczesnego „Dziennika Polskiego”. Było to wprawdzie w rubryce „W Krakowie przed stu laty”, ale dla mnie wyglądało jak całkiem świeży news. Postanowiłam więc dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego wypadku i samego pradziadka. I tak powstała książka, w której wszystkie szczegóły dotyczące Teodora i poszukiwań są prawdziwe, reszta jest zmyśleniem.

  • A.K.: W jednej powieści portretowała Pani Kraków fin de siècle’u. W Dagerotypie kreśli Pani obraz XIX-wiecznej Francji. Czy czasy minione są dla Pani ciekawsze?

  • L.O.: Zdecydowanie tak. Od dzieciństwa, po przeczytaniu Godziny pąsowej róży marzyłam o takim przeniesieniu się w czasie i teraz to marzenie realizuję.

  • A.K.: Gdzie szuka Pani informacji o przeszłości?

  • L.O.: Najwięcej informacji o prawdziwym życiu można znaleźć w czasopismach z tamtych czasów. Dochodzą do tego kroniki i stare zdjęcia, które najbardziej pobudzają moją wyobraźnię. Zawsze zastanawiam się, co stało się za chwilę z człowiekiem, który właśnie przechodzi przez ulicę na pożółkłej fotografii, do jakiej bramy wszedł, gdzie skręcił i czy fotograf zatrzymał też w czasie jego myśli. I co się dzieje za firankami w oknach uwiecznionych na tym zdjęciu domów. Bo przecież fotografia musiała zatrzymać wszystko, nawet to, czego nie widzimy.

  • A.K.: A kiedy nie czyta Pani starych gazet i kronik, po jaką literaturę sięga Pani najchętniej?

  • L.O.: To dość trudne pytanie, bo czytam dużo, ale są to pozycje też bardzo różnorodne. Kluczem jest tylko ich ciekawa treść i poczucie humoru autora. Lubię wiersze Szymborskiej, uwielbiam Jamesa Herriota i jego Wszystkie stworzenia, które chyba nigdy nie przestaną mnie bawić. Ilekroć jest mi smutno, sięgam po którykolwiek tom z serii i śmieję się, jakbym to czytała po raz pierwszy. Ostatnio zauroczyła mnie Winnica w Toskanii Ferenza Máté, a kiedy mam poważny nastrój czytam Angelę Carter.

  • A.K.: Pozwoliła nam Pani trochę siebie poznać, jednak podejrzewam, że większość czytelników stawia sobie jedno, jeszcze nie zadane przeze mnie pytanie. Czy jest Pani powieściową Lucyną? Czy to Pani alter ego czy fikcyjna i autonomiczna kreacja?

  • L.O.: Lucyna to ja, tylko ta lepsza, ładniejsza i bardziej błyskotliwa. Od zawsze marzyłam o podróżach i o przygodach, część z tych marzeń udało mi się zrealizować, bo podróżuję dość dużo po świecie. Nie wszędzie jednak udaje mi się przeżyć coś naprawdę ciekawego, dlatego stworzyłam drugą Lucynę, której to lepiej wychodzi.

  • A.K.: A co czeka Lucynę w przyszłości? Znajdzie się dla niej miejsce w Pani kolejnej książce?

  • L.O.: Teraz mam zamiar wysłać ją, razem z Tadeuszem rzecz jasna, do Irlandii. Tam będą rozwiązywać kolejną, tym razem mroczną tajemnicę z przeszłości. Będą wrzosowiska, duchy, ruiny i tajemnicze zniknięcie młodej dziewczyny. Już się nie mogę doczekać, kiedy tam „pojadę”.


  • Recenzje książek Lucyny Olejniczak na Dzienniku Literackim. Photo credit: Magdalena Olejniczak.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję