"Waleczny rycerz" Elizabeth Chadwick

9 luty 2010 | 22:56 Obrazek upiększający ;)
A- A A+

Już w marcu ukaże się najnowsza powieść Elizabeth Chadwick! Waleczny rycerz to oparta na faktach historia Williama Marshala, niepokonanego rycerza średniowiecza. W barwnym, lecz niebezpiecznym świecie polityki dworu Andegawenów bohater dzięki swej zręczności staje się jednym z najpotężniejszych magnatów. Poznajemy go w dzieciństwie, gdy cudem unika śmierci. Obserwujemy jego sukcesy jako nauczyciela i opiekuna syna Henryka II i Eleonory Akwitańskiej. Podziwiamy jego triumfy na polach turniejowych i zakulisowe zmagania na zamkowych korytarzach, gdzie jego pozycja królewskiego faworyta naraża go na podstępne knowania. Wreszcie obmowa i skandal doprowadzają do wygnania Marshala z dworu, choć jego usługi wciąż pozostają w cenie w całej Europie. Czy uda mu się powrócić w jeszcze większej chwale?


Patronat nad książką objął Dziennik Literacki.


***
Przeczytaj fragment książki!
***

Płaszcz, który William dostał na pasowanie, był tkany na modłę flamandzką, filcowany, wykończony sobolowym futrem i trzykrotnie farbowany, żeby nadać mu głęboką granatową barwę. Miał okrywać tego, kto go nosił, od szyi po kostki. Z sercem ciężkim z żalu i wstydu William przejechał dłonią po pięknie wykończonym materiale.
- Dam ci za niego piętnaście szylingów – powiedział handlarz, pocierając górną wargę kciukiem i przyglądając się Williamowi.
- Jest wart dwa razy tyle! – zaprotestował William.
- A więc zatrzymaj go, panie. – Handlarz wzruszył ramionami. – Mam żonę i pięcioro dzieci do nakarmienia. Nie stać mnie na taką hojność.
William potarł dłonią kark. Nie miał wyboru, musiał sprzedać płaszcz. Potrzebował pieniędzy na kupno konia. Lord de Tancarville nie wykazał chęci odkupienia mu kasztana. Hojność pana wobec jego podwładnych miała swoje granice i to rycerze musieli zadbać o całą resztę. William nie stracił cennego bojowego rumaka z własnej winy. Jego błąd polegał na tym, że nie zastąpił go jednym z koni należących do mężczyzn, których pokonał. Na dodatek królowie Anglii i Francji zawarli pokój i hrabia Guillaume nie potrzebował już tylu rycerzy w swojej świcie – a szczególnie tych niedoświadczonych, którym brakowało funduszy i wyposażenia.
- Wygląda, jakby nigdy nie był noszony, poza tym jest pięknie uszyty, dam ci więc za niego osiemnaście szylingów – ustąpił handlarz.
William spojrzał na niego z kamiennym wyrazem twarzy.
- Nie oddam go za mniej niż dwadzieścia pięć.
- Więc znajdź panie innego kupca. Dwadzieścia dwa, to moja ostateczna propozycja. Wiedz, że dokładam do interesu. – Handlarz złożył ramiona na piersi i William zdał sobie sprawę, że to decydujący moment. Przez chwilę myślał o tym, żeby się wycofać, miał jednak zbyt duże potrzeby. Przełknął więc swoją dumę i zgodził się na warunki mężczyzny.
Odszedł od straganu niosąc mieszek srebra. Dwadzieścia dwa andegaweńskie szylingi były sumą o wiele za małą, żeby kupić bojowego rumaka. Mógł nimi zapłacić za przeprawę przez Wąskie Morze do domu dla siebie i lekkiego jucznego konia, ale przybycie w rodzinne progi w takim stanie byłoby równoznaczne z wyciągnięciem żebraczej miski. Jeszcze za życia ojca byłoby to trudne. Teraz, kiedy starszy brat Williama, John, odziedziczył ziemie Marshala, chłopak wolałby raczej zagłodzić się na śmierć niż przyjąć od niego jałmużnę.
Zmuszony do podjęcia jakiejś decyzji, William kupił konia od wdowy po jednym ze zbrojnych, który zginął w walce o Drincourt. Było o porządne zwierzę, dobrze wyszkolone i, pomimo swojego wieku, wciąż żwawe. Niestety nie był to koń bojowy.
Zaprowadził wierzchowca do stajni, a potem odwiedził kuchnie, gdzie dostał kawałek chleba, ser i dzban cydru. Miał nadzieję, że napój zmyje gorycz po tym, do czego właśnie został zmuszony. Płaszcz to dopiero początek. Następna w kolejności była jedwabna opończa i posrebrzany pas do miecza. Oczyma wyobraźni widział siebie, jak sprzedaje kolejne fragmenty odzienia, aż w końcu zostaje w zwykłym, skórzanym stroju piechura. Alternatywą był powrót do brata, gdzie zostałby rycerzem na posyłki i spędzał swoje dni w nudzie, hodując brzuch i popadając w otępienie.
Kucharz rzucił garść siekanych ziół do kotła, zamieszał energicznie i spojrzał na Williama.
- Myślałem, że będziesz w wielkiej sali – stwierdził.
- Dlaczego? – William wziął łyk mocnego, pachnącego jabłkami cydru.
- Ach, więc nie słyszałeś nic o turnieju? – Oczy kucharza zalśniły satysfakcją, jaką czują dobrze poinformowani w towarzystwie ignorantów.
William spojrzał na niego bystro.
- Jakim turnieju?
- Tym, który ma się odbyć za dwa tygodnie na polu pomiędzy Sainte Jamme i Valennes. Herold przybył już godzinę temu z wieściami. Hrabia Guillaume został zaproszony do udziału w potyczce. – Skierował ociekającą łyżkę w stronę Williama. – To byłaby doskonała okazja, żeby wykazać się męstwem.
W piersi Williama zaiskrzyła nadzieja, ale zaraz potem zgasła.
- Nie mam odpowiedniego konia – powiedział ponuro. – Nie mogę potykać się w turnieju na zwykłej szkapie.
- Ach. – Kucharz podrapał się w głowę. – To szkoda, ale jestem pewien, że hrabia Tancarville da ci konia, chociażby miał go tylko pożyczyć. Bierze ze sobą tylu rycerzy ilu uda mu się zgromadzić. Dlaczego go nie zapytasz?
Iskra nadziei rozpaliła się na nowo, po chwili powodując mdłości. Co się stanie, jeśli poprosi i hrabia mu odmówi? Będzie musiał wrócić do Anglii z podwiniętym ogonem. Sam fakt proszenia był już upokarzający, ale nie miał wyboru. Poza tym jego duma już i tak sięgnęła dna – gorzej już być nie mogło. Przełknął cydr, zostawił jedzenie i pospieszył do wielkiej sali.
Wieści o turnieju wywołały radosną atmosferę. William trzymał się z boku, wahając się pomiędzy nadzieją i rozpaczą. Podszedł do miejsca, w którym spał, usiadł na sienniku i zaczął sprawdzać swoje wyposażenie: naprawioną kolczugę, starannie zeszyty kaftan, tarczę, włócznię i miecz. Giermkowie biegali wokół, posyłani przez rycerzy.
Mężczyźni podchodzili do niego, klepali go po plecach i w podekscytowaniu mówili o turnieju. William śmiał się, kiwał głową i starał się ukryć swój niepokój. Polerując hełm miękką szmatką zastanawiał się, czy nie powinien był jednak wydać monet zarobionych na sprzedaży płaszcza na powrót do domu. Jego matka byłaby szczęśliwa, widząc go, tak samo jak siostry, miał jednak wątpliwości co do brata. John był wściekły, że to William, nie on, został wybrany do szkolenia w Normandii. Musiał pozostać w Hamstead i służyć dwóm starszym braciom, Walterowi i Gilbertowi, synom ich ojca z pierwszego małżeństwa. Okazało się, że obaj zmarli, więc to on odziedziczył ziemie Marshala. To jednak nie znaczyło, że zapomni o dawnej zazdrości i niechęci.
Ich młodszego brata, Henry’ego, nie było w Hamstead – uczył się na księdza i, tak jak William, spodziewano się, że na dobre opuścił rodzinne gniazdo. Ancel, najmłodszy, kiedy William widział go po raz ostatni miał dziewięć lat, kręcone włosy i piegi. Teraz był już pewnie w wieku odpowiednim dla giermka, chociaż jego trening był zapewne w rękach Johna. Niech Bóg ma go w swojej opiece.
William polerował hełm dopóki nie zaczął lśnić jak damskie lusterko. Nie chciał wracać do rodziny jako biedak, ale pragnął ich wszystkich zobaczyć, nawet Johna. I chciał złożyć hołd ojcu. Nie był na jego pogrzebie ze względu na dużą odległość, jaka ich dzieliła.
- Wyglądasz na zaniepokojonego, Williamie.
Uniósł głowę i dostrzegł Guillaume’a de Tancarville stojącego nad nim z rękami na biodrach i rozbawieniem w kącikach oczu. Hrabia był przeczulony na punkcie przerzedzających się włosów, które ukrywał nosząc kolorowy beret naciągnięty na czoło i wysadzany po brzegach kamieniami.
William wstał.
- Nie, mój panie, po prostu jestem zamyślony.
- A o czym może tak rozmyślać chłopak w twoim wieku, hm?
William spojrzał w dół na swoje zniekształcone odbicie w polerowanej stali hełmu.
- Zastanawiałem się, czy powinienem wrócić do rodziny w Anglii – powiedział.
- Mężczyzna zawsze powinien pamiętać o swojej rodzinie, w myślach i modlitwach – odparł de Tancarville. – Spodziewam się jednak, że teraz będziesz myślał o turnieju. Wszyscy tylko o tym mówią. – Uśmiechnął się i gestem dłoni wskazał zamieszanie na sali.
- Tak, mój panie, ale oni mają na czym wziąć w nim udział, a ja nie. – Patrzył szambelanowi w oczy.
- Ach. – De Tancarville potarł podbródek.
William nic nie powiedział. Nie miał zamiaru powiedzieć swojemu panu, że został zmuszony do sprzedania płaszcza, żeby kupić zwykłą chabetę.
De Tancarville przeciągał milczenie, aż napięcie stało się nie do zniesienia, po czym przerwał je z ironicznym uśmiechem.
- Okazałeś wielką odwagę i męstwo w walce o Drincourt, mimo że jesteś tylko pochopnym, młodym głupcem. Będziesz cennym członkiem mojej drużyny w turnieju. Rozkazałem handlarzowi koni przyprowadzić jutro kilka wierzchowców na plac turniejowy. Nie tylko ty straciłeś rumaka w tej bitwie. A ponieważ dostałeś nauczkę, tym razem jeszcze dostaniesz ode mnie ogiera. Reszta należy do ciebie. Jeśli schwytasz innych rycerzy i weźmiesz za nich okup, spłacisz swój dług. Jeśli nie... – De Tancarville wzruszył ramionami i pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu. Nie musiał kończyć zdania.
- Dziękuję ci, mój panie! – Oczy Williama zalśniły jak jego hełm. – Udowodnię, że jestem tego wart, przysięgam!
De Tancarville uśmiechnął się.
- Jesteś dobrym chłopcem, William – powiedział, klepiąc go w ramię. – Miejmy nadzieję, że pewnego dnia będziesz jeszcze lepszym mężczyzną.
Williamowi udało się nie skrzywić, mimo że rana jeszcze się do końca nie zagoiła. To była mała cena – wszystko nagle wydawał się małą ceną. Pokaże de Tancarville’owi, że jest mężczyzną, nie chłopcem, i że jest w stanie stanąć mocno na ziemi na swoich własnych nogach.

William spojrzał na ogiera, trzymanego za wodze przez dwóch stajennych. Sierść miał koloru świeżego mleka, a jego grzywa i ogon spływały w dół srebrnymi kaskadami. Hiszpańską krew widać było w profilu głowy, małych uszach, silnej szyi, szerokiej piersi i potężnym zadzie. Powinien zostać wybrany jako pierwszy, a nie ostatni. William był zajęty wznoszeniem pawilonu i być może przez złośliwość, zapomnienie lub żart nikt mu nie powiedział, że handlarz końmi przyjechał i rumaki są przydzielane ich nowym właścicielem.
- Zostawiliśmy ci świetnego konia, Marshal! – krzyknął Adam Yqueboeuf, wojowniczy, solidnie zbudowany młody rycerz, który nie lubił Williama i starał się mu dokuczyć przy każdej okazji. – Tylko najlepsze, dla ulubionego krewnego naszego pana!
Udając obojętność na docinki Yqueboeufa, William podszedł do ogiera. Przy derce i pod napierśnikiem zauważył pot, co znaczyło, że inni już go dosiadali. Jak nowa dziwka w burdelu, pomyślał. Używana przez całą noc i bezużyteczna dla ostatniego mężczyzny w kolejce. Z niechęcią spojrzał na położone uszy zwierzęcia, napięcie widoczne w jego lędźwiach, sposób, w jaki stajenni mocno trzymali liny.
- Jest dziki, panie – ostrzegł do jeden z nich, kiedy William podszedł z boku do konia, tak żeby ten go zauważył. Jego sierść zadrżała, jak powierzchnia kałuży w deszczu. Wyciągnął rękę, żeby poklepać wilgotną, lśniącą szyję i przez moment uspokajał ogiera, dając mu wdychać swój zapach i przyzwyczajając go do swojej obecności.
- Dziki? – zapytał stajennego łagodnym głosem. – Jak to?
- Ciągnie, panie. Jest twardy w pysku. Nikomu nie udało się go opanować.
- Aha. – William spojrzał na szydercze uśmiechy publiczności i dalej głaskał drżącą szyję konia. Po chwili położył rękę na łęku, wsunął stopę w strzemię i usiadł w siodle. Koń natychmiast kopnął zadnimi nogami i zaczął przesuwać się niespokojnie w bok. – Prrr, spokojnie, spokojnie – wymruczał William i ostrożnie chwycił wodze, nie ciągnąc ich do siebie. Koń zastrzygł uszami, ale wciąż tańczył w miejscu. William przyłożył mocno łydki do boków konia i rumak skoczył przez podwórze w stronę przyglądających się rycerzy. Kiedy William ściągnął wodze, żeby go zawrócić, ogier pociągnął głowę w dół i zaczął nią potrząsać, smagając ogonem. Widzowie rozpierzchli się pośród przekleństw. William nie miał czasu, żeby się z nich śmiać - zbytnio był zajęty próbami utrzymania się w siodle. Puścił wodze, chwycił grzywę, ścisnął konia udami i przylgnął do niego. Jak tylko nacisk na pysk zelżał, koń uspokoił się, a po chwili William był w stanie z niego zeskoczyć.
- Chciałbym zobaczyć jak wygrywasz na nim turniej! – prychnął Yqueboeuf z kąta, w który uskoczył. Na jego ramieniu widać było brud i pajęczyny.
William uśmiechnął się szeroko, ale oczy miał zmrużone i oddychał szybko.
- A o ile chciałbyś się założyć?
- Jesteś biedakiem, Marshal! – powiedział szyderczo Yqueboeuf, otrzepując się. – Co takiego możesz mieć, co chciałbym dostać?
- Mój miecz – odparł William. – Założę się o swój miecz. A co ty położysz na szali?
Yqueboeuf zaśmiał się nieprzyjemnie.
- Skoro chcesz stracić swój miecz, to ja postawię swój, mimo że jest wart więcej.
William uniósł brew, ale powstrzymał cisnące mu się na usta słowa, że połowa wartości miecza leży w pięści, która nim włada.
- Zgoda – powiedział krótko, wrócił do konia i zaczął zdejmować mu uzdę i przyglądać się wędzidłu.

W dzień turnieju świt wstał ciepły i słoneczny, a drużyna szambelana była na nogach już od samego rana.
- Gdzie jest Marshal? – zapytał de Tancarville. Namiot młodego rycerza był pusty, a jego siennik porządnie zwinięty. Szambelan spodziewał się, że William będzie jeszcze spał, jak to miał w zwyczaju.
- Pewnie je śniadanie w jednej z budek piekarzy – powiedział Gadefer de Lorys, przewracając oczami.
- Nie, mój panie – powiedział jeden z giermków. – Pół nocy pracował nad nowym wędzidłem dla swojego konia i poszedł teraz je wypróbować.
De Tancarville zmarszczył brwi, słysząc tę informację.
- Którego konia wziął wczoraj? – spytał de Lorysa.
- Hiszpańskiego szarego – odparł rycerz neutralnym tonem. – Spóźnił się i tylko ten mu został. Ma nadwrażliwy pysk.
De Tancarville zmarszczył brwi jeszcze mocniej i wsunął kciuki za pas zirytowanym gestem.
- To niedobrze – powiedział. – Chciałem temu chłopakowi dać szansę. – Spojrzał wzdłuż rzędów pasiastych namiotów i pawilonów i dostrzegł Williama idącego żwawo w ich stronę. Jak to było do przewidzenia, młody rycerz miał w prawej ręce duży kawałek chleba, a jego szczęki poruszały się miarowo. Miał na sobie pikowany kaftan, był więc przynajmniej częściowo przygotowany do turnieju, a na jego twarzy widać było niemal dziecinną radość. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy dostrzegł de Tancarville’a i de Lorysa przed swoim pawilonem, przełknął szybko, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
- Mój panie, czy coś się stało? Chciałeś mnie widzieć?
- Zastanawiałem się tylko, gdzie jesteś, ale powiedziano mi, że doglądasz konia. Miałeś z nim wczoraj kłopoty?
- Nic, czego nie dało się rozwiązać – odparł William z entuzjazmem. – Opuściłem jego wędzidło o trzy palce i teraz już nie dotyka bolesnego miejsca.
- Nie będziesz miał nad nim kontroli – ostrzegł de Lorys, składając ręce na piersi.
- Przynajmniej mam wierzchowca, na którym mogę jeździć. Ćwiczyłem i wydaje się, że zmiana dobrze mu zrobiła.
De Lorys uniósł brew w sceptycznym wyrazie i opuścił kąciki ust, ale nic nie powiedział.
- Nie chciałem, żebyś dostał złego konia – powiedział de Tancarville szorstko.
- To nie jest zły koń, mój panie – odparł William, uśmiechając się. – Właściwie to chyba najlepszy ze wszystkich, które wczoraj rozdano – Miał już wejść do namiotu, ale zawahał się. – Proszę cię, panie, żebyś nie mówił nic Adamowi Yqueboeufowi. Założył się o swój miecz, że na Blancarcie nie zdobędę nagrody w turnieju, a ja chcę go zaskoczyć.
De Tancarville prychnął z rozbawieniem.
- William, zaskakujesz nas wszystkich – powiedział. – Nic nie powiem. Wkrótce wszyscy sami zobaczą. A teraz pośpiesz się, albo nie zdążysz na przejazd świty.
- Tak, mój panie. – William wepchnął ostatni kawałek chleba do ust, popił winem z dzbana, stojącego na stołku i przeżuwając pospiesznie przywołał do siebie giermka, żeby ten pomógł mu założyć zbroję.

W porównaniu z bojowym chrztem Williama w trakcie desperackiej, krwawej bitwy o Drincourt, turniej był zabawą. Wprawdzie zdarzały się rany i śmierć, ale celem było schwytanie przeciwnika i zażądanie okupu, a nie zabicie go. Ogier Williama był nerwowy i niespokojny, chłopak potrafił sobie jednak z tym poradzić. Musiał tylko pamiętać, żeby bardzo lekko prowadzić wodze i mocniej niż zwykle pracować łydkami i piętami. Kiedy stanął w rzędzie z pozostałymi ludźmi de Tancarville’a, jego serce wezbrało dumą. Wybrał miejsce w formacji z dala od Adama Yqueboeufa, chociaż każdy z nich był świadomy obecności drugiego. William nie dopuszczał do siebie myśli o porażce. Zwycięży dziś, od tego zależał jego honor i poczucie własnej wartości. Prędzej umrze niż odda miecz temu zarozumialcowi.
Za przeciwników mieli mieszkankę rycerzy francuskich, flamandzkich i szkockich, równie zapalonych do tego sportu jak Normanowie, Anglicy i mieszkańcy Andegawenii. De Tancarville pozostał na tyłach swojej drużyny. Dla niego turniej był okazją do spotkania przyjaciół i znajomych, oraz pokazania swojej szczodrości i pozycji poprzez ilość i umiejętności rycerzy walczących dla niego. Turniej był dla młodych i lekkomyślnych, podczas gdy on i pozostali sponsorzy tylko się przyglądali.
Na dźwięk trąbki herolda dwie stojące naprzeciw formacje ruszyły na siebie. William poczuł, jak Blancart rusza do przodu, gładko i nieubłaganie jak fala na środku oceanu. Wybrał sobie cel: rycerza ubranego w kolczugę lśniącą złotem i srebrem jak łuski karpia. Jego koń przystrojony był ostentacyjnie w karmazynowo-szafranowy jedwabny czaprak. Starli się jak fala ze skałą, odskoczyli na moment i starli się ponownie. William chwycił uzdę konia przeciwnika i zaczął ciągnąć go w stronę normańskich pawilonów.
- Poddaj się! – rozległ się jego głos, stłumiony przez hełm.
- Nigdy! – Rycerz wyciągnął miecz i próbował odeprzeć chłopaka, ten jednak trzymał się mocno, schylając się, unikając ciosów i sam je zadając, cały czas ciągnąc upatrzoną ofiarę w stronę swoich linii. Inny francuski rycerz, który próbował pomóc swojemu towarzyszowi, został zaatakowany przez Gadefera de Lorys. William uniósł miecz w wyrazie wdzięczności, uchylił się przed kolejnym ciosem zdesperowanego już przeciwnika, po czym wbił ostrogi w boki Blancarta.
- Poddaj się, panie! – zażądał znów, zaciągnąwszy swoją ofiarę daleko poza normańskie linie.
Rycerz potrząsnął głową, bardziej jednak nad uporem i brawurą Williama, niż w geście odmowy.
- Poddaję się – warknął. – Nazywam się Philippe de Valognes i otrzymasz za mnie okup. – Machnął ręką w powietrzu. – Masz szczęście, że dostałeś mnie zanim się rozgrzałem. – Jego ton sugerował, że energiczna napaść i determinacja Williama nie były do końca rycerskie. – Uwolnij mnie i skończmy z tym... Powiedz komu oddałem mojego konia.
- Nazywam się William Marshal, panie – odparł William. Jego pierś unosiła się w szybkim oddechu, a pięść wciąż miał zaciśniętą na uździe rycerza. – Jestem krewnym Guillaume’a de Tancarville, siostrzeńcem hrabiego Salisbury i kuzynem hrabiego Perche.
- A sądząc z twojego wyglądu, również jednym z młodych, poszukujących sławy rycerzy de Tancarville’a, bez grosza przy duszy – powiedział de Valognes.
- Już nie, mój panie – odparł William radośnie.
De Valognes przyjął żart niechętnym prychnięciem.
- Przyślę mojego giermka z koniem i zbroją na podział łupów – powiedział.
William ukłonił się i puścił uzdę, pozwalając de Valognesowi wrócić na turniej, niczym karpiowi wypuszczonemu do jeziora.
- Ha! – krzyknął William i puścił Blancarta biegiem w stronę bitwy, łowić kolejne ryby.

Mocno zaciskając szczękę Adam Yqueboeuf odpiął pas podtrzymujący miecz i wręczył go Williamowi.
- Wygrałeś zakład – mruknął. – Nigdy nie widziałem, żeby ktoś miał tyle szczęścia.
William zdobył w turnieju cztery bojowe rumaki i połowę okupu jednego z nich, który podzielił z Gadeferem de Lorys. Nagroda nie była może wysoka dla kogoś takiego jak Philippe de Valognes i Guillaume de Tancarville, dla Williama jednak oznaczała małą fortunę i dowód tego, że jest w stanie sam o siebie zadbać. Uśmiechając się do Yqueboeufa, skłonił głowę.
- Niektórzy mówią, że człowiek sam pracuje na swoje szczęście, ale co oni tam wiedzą? – Przyjrzał się pasowi i przypiętemu do niego mieczowi, nie wyciągnął go jednak z pochwy. – Każde ostrze stworzone jest do ręki swojego właściciela. Oddaję ci je z dobrym słowem. – Skłonił się głęboko i zwrócił miecz Yqueboeufowi, szczerząc zęby w uśmiechu.
Yqueboeuf wcześniej starał się przełknąć upokorzenie, ale teraz niemal się nim udławił. Wypowiedział kilka zduszonych słów wdzięczności, chwycił broń, odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Pamiętaj chłopcze, że w życiu robisz sobie zarówno wrogów, jak i przyjaciół – powiedział de Tancarville, odciągając Williama na bok na słowo, zanim rozpoczęła się uczta. – Masz prawdziwy talent i niektórzy ludzie będą cię za to nienawidzić.
- Tak, mój panie – powiedział William. Wyglądał na zakłopotanego. – Miecz Yqueboeufa nie przydałby mi się na nic. Myślałem o tym, żeby poprosić w zamian o mieszek monet, ale wydawało mi się bardziej dworskie zwrócić mu go.
De Tancarville zacisnął usta.
- W twoim rozumowaniu jest słuszność, ale uprzejmość nie ochroni cię przed złośliwością.
- Wiem to, mój panie. – Wyraz twarzy Williama stężał. – Przez całe lata byłem nazywany obżartuchem i leniem. Być może częściowo zasłużyłem na te przezwiska, ale zawdzięczam je również temu, że jestem twoim ubogim krewnym. Jeśli trzeba, mogę nie spać i nie jeść.
- Jestem tego pewien. – Szambelan odchrząknął trochę zbyt głośno. – Co teraz zrobisz?
Pytanie to wstrząsnęło Williamem. Wiedział, co oznacza. Bez względu na jego umiejętności, de Tancarville nie będzie dalej trzymał go na swoim wikcie. Turniej był dużym sukcesem, ale już się skończył i teraz hrabia miał nadmiar młodych rycerzy. William był dobry, ale był też dla niego kłopotliwy.
- Myślałem, żeby odwiedzić moją rodzinę – powiedział, przełykając rozczarowanie.
- Nie było cię w domu wiele lat. Ucieszą się, kiedy cię zobaczą. – De Tancarville zdradził swoje zakłopotanie pocierając palcem wskazującym o brzeg czapki.
- Może mnie nie poznają – powiedział William. – A ja nie poznam ich. – Wyglądał na zamyślonego. – Turnieje są w Anglii zakazane, a Gadefer powiedział mi, że kolejne potyczki będą miały miejsce o trzy dni jazdy stąd. Pomyślałem, że najpierw mógłbym jeszcze spróbować szczęścia – za twoim pozwoleniem.
Te ostatnie trzy słowa dały de Tancarville’owi możliwość taktownego zakończenia zobowiązania, jakie wiązało go z Williamem przez ostatnie pięć lat.
- Masz je – powiedział. – I moje błogosławieństwo. – Chwycił Williama za ramiona i pocałował go głośno w oba policzki, po czym zamknął go w mocnym uścisku. – Wykarmiłem cię i wyposażyłem. A teraz jedź i udowodnij światu swoje męstwo. Spodziewam się usłyszeć jeszcze o twoich czynach.
William odwzajemnił uścisk, czując gorące łzy pod powiekami. Guillaume de Tancarville nie zachowywał się nigdy wobec niego w szczególnie ojcowski sposób, ale dał mu najlepszy start w życie i chłopak wiedział jak wiele mu zawdzięcza.
- Zrobię co w mojej mocy, panie – powiedział, po czym dodał po chwili wahania: - Jest jeszcze ostatnia przysługa, o którą chciałbym prosić.
- Powiedz tylko o co chodzi, a dostaniesz to i nie rozmawiajmy już o „ostatnich przysługach” – powiedział de Tancarville, chociaż kiedy wymawiał te słowa jego usta zadrżały. W ramach rozsądku, mówiło spojrzenie jego oczu.
- Prosiłbym, panie, żebyś wysłał posłańca do hrabiego Essex z tym podarunkiem. – William wyciągnął wysadzane klejnotami napierśnik i podogonie, zdjęte z jednego z koni, które zdobył w turnieju. – I przekazał, że William Marshal spłaca swoje długi.
De Tancarville wziął złocone fragmenty uprzęży i nagle zaczął się śmiać.
- Dobrze, że nie zostałeś dziś wzięty do niewoli – powiedział, krztusząc się. – Jesteś zdaje się bezcenny.
William uśmiechnął się.
- Czy to oznacza, że jestem bezwartościowy, czy przeciwnie, wart zbyt dużo? – zapytał.


Komentarze
  • Login
Przepisz kod z obrazka

Amore 14

Amore 14Bohaterka Amore 14 ma czternaście lat. Podobnie jak jej koledzy i koleżanki, o których opowiada ta książka. Ja mam 11 lat więcej. Tymczasem powieść mnie zachwyciła. Po przeczytaniu niemal 500 stron wiem jedno – chcę jeszcze...

Nie każdy może być Joanną Chmielewską... - wywiad z Tobiaszem W. Lipnym

Nie każdy może być Joanną Chmielewską... - wywiad z Tobiaszem W. Lipnym Barocco, Kurlandzki trop, Brukselska misja - czytelnikom Dziennika Literackiego, a także wszystkim pasjonatom kryminałów te tytuły zapewne nie są obce. Jednak tak, jak o powieściach pisało się wiele i często, tak o ich autorze w zasadzie nic...

Ekranizacja „Prywatnego życia Pippy Lee” Rebecki Miller

Ekranizacja „Prywatnego życia Pippy Lee” Rebecki MillerPrywatne życie Pippy Lee to film w reżyserii Rebecki Miller, opierający się na scenariuszu Rebecki Miller, który powstał na podstawie powieści Rebeki Miller. Brzmi nieprawdopodobnie? A jednak to prawda. Obraz powstał w rok po tym...

Cortona Frances Mayes

Cortona Frances Mayes Pora arbuza – ulubiona przerwa po południu. Arbuz – chociaż można się z tym nie zgadzać – ma smak najlepszy na świecie, i muszę przyznać że te toskańskie nie ustępują ciepłym od słońca arbuzom Sugar Baby, z pól południowej Georgii...

Zapomniane wrześniowe stosy

Zapomniane wrześniowe stosy Wrzesień minął, a ja dopiero dzisiaj zorientowałam się, że nie zadośćuczyniłam tradycji i nie wrzuciłam notki stosikowej. Choć może to i dobrze, bo dzięki temu mam okazję zaprezentować dzisiejsze łupy...

statystyka

copyright 2008-2010 dziennik-literacki.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone