„Wałkowanie Ameryki”
Okładka książki „Wałkowanie Ameryki”
  • Autor: Marek Wałkuski
  • Tytuł: Wałkowanie Ameryki
  • Język oryginału: polski
  • Liczba stron: 312
  • Rok wydania: 2012
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 215 x 142 mm
  • ISBN: 978-83-246-3594-8
  • Wydawca: Editio, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Gliwice
  • Logo wydawnictwa: Editio, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 1 stycznia 2014 A- A A+
Jednym kojarzą się z McDonald'sem, Coca-Colą, Myszką Miki i Starbucksem. Innym z nowojorskimi drapaczami chmur, Wall Street oraz Hollywoodzkim blichtrem. Pozostałym z brakiem gustu, ignorancją, ekstremalną otyłością i zbyt łatwym dostępem do broni. Choć od Polski dzieli je kilka tysięcy kilometrów, wielu Polaków uważa, że zna je na wylot. Tymczasem Marek Wałkuski udowadnia, że o Stanach Zjednoczonych wiemy wyjątkowo mało, a amerykańska kultura jest nam równie bliska, co indyjska czy japońska.

Wałkowanie Ameryki (2012) to debiut literacki Marka Wałkuskiego, nazywanego popularnie „Wałkiem”. Miłośnicy Programu Trzeciego Polskiego Radia doskonale pamiętają go z porannych audycji Zapraszamy do Trójki, w których dał się poznać nie tylko jako świetny dziennikarz, ale i osoba o wyjątkowym poczuciu humoru. W Programie Trzecim Wałkuski pracował w latach 1990-2002. Jest autorem licznych relacji reporterskich i reportaży, opracowywał też analizy słuchalności w Agencji Reklamy Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za Oceanem znalazł się w 2002 roku, po tym jak przyjął propozycję objęcia stanowiska korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie.
W styczniu 2002 r. zostałem oddelegowany do Waszyngtonu jako korespondent Polskiego Radia. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić po przybyciu na miejsce, było wynajęcie mieszkania. Sprawa wydawała się banalna. Okazało się, że taka nie była. Patrzyłem na mapę. Miasto podzielone jest na trzy części. Pierwsza to właściwy Waszyngton, czyli Dystrykt Kolumbii (ang. District of Columbia, w skrócie DC). Pozostałe dwie części położone są w przylegających stanach Wirginia i Maryland. Ponieważ w USA stany mają bardzo dużą autonomię, aglomeracja waszyngtońska podlega trzem osobnym systemom prawnym i administracyjnym. Obowiązują w niej inne stawki podatkowe, inne procedury urzędowe i inne programy szkolne. Jeśli ktoś przeprowadza się z jednej części miasta do drugiej, powinien wyrobić sobie nowy dokument tożsamości i przerejestrować auto. Przejeżdżając samochodem z Wirginii do Dystryktu Kolumbii, należy przerwać rozmowę przez telefon komórkowy, w DC obowiązuje bowiem zakaz używania telefonów podczas jazdy, którego to zakazu nie ma w Wirginii. W Dystrykcie Kolumbii legalne są małżeństwa osób tej samej płci, w Maryland trwa walka o ich zalegalizowanie, a Wirginia w ogóle nie uznaje tego typu związków. W częściach Waszyngtonu należących do Maryland i Wirginii ciągle obowiązuje kara śmierci, którą w Dystrykcie Kolumbii zniesiono już w 1981 r. Sam Dystrykt Kolumbii liczy około 600 tysięcy mieszkańców, ale w całej aglomeracji waszyngtońskiej mieszka 5,5 miliona ludzi.
W 2002 roku aglomeracja waszyngtońska powiększyła się o trzech nowych mieszkańców. Marek Wałkuski wyemigrował z Polski z żoną Edytą i synkiem Konradem. Jak dziennikarz wspomina po latach, w Stanach Zjednoczonych najszybciej zadomowił się jego syn. On potrzebował na to całej dekady. Oswajanie Ameryki nie szło mu łatwo. Kraj ten na każdym kroku zaskakiwał go swoją różnorodnością: kulturową, rasową, językową, etniczną, polityczną i ideologiczną. Dziś Marek Wałkuski opowiada o Stanach Zjednoczonych z zachwytem, który poskramia jedynie wyuczony przez lata pracy reporterskiej obiektywizm dziennikarski.

Kim jest ów nowy człowiek – Amerykanin? – tak zapytywał już pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku St John de Crevecoeur, farmer osiadły na amerykańskim lądzie. On, a także John Jay, prezes Sądu Najwyższego USA, jako jedni z pierwszych próbowali scharakteryzować obywateli nowopowstałego państwa. Dziś, niemal trzy wieki później, pytanie zadane przez francuskiego imigranta jest nadal aktualne. Myśliciele, zarówno amerykańscy, jak i europejscy, próbują analizować współczesne społeczeństwo amerykańskie i starają się udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie: czym dziś jest nowe społeczeństwo amerykańskie? W ich analizach można odnaleźć element wspólny – fakt, że niemal nikt nie pomija najważniejszego determinanta, który przez lata silnie wpływał na kształt obecnego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i dzięki któremu wygląda ono tak, a nie inaczej – mianowicie imigracji.

Maldwyn Jones, brytyjski historyk, stwierdził, iż imigracja stanowi historyczną rację bytu Ameryki… najtrwalszy i najwszechstronniejszy czynnik jej rozwoju. Historia USA wskazuje, iż faktycznie czynnik imigrancki odegrał dużą rolę w kształtowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Według danych statystycznych, zbieranych przez urząd imigracyjny od 1820 roku, tylko w latach 1820 – 1990 do Stanów Zjednoczonych wyemigrowało 55 milionów ludzi. Amerykanie nie byli w stanie pozostać wobec tych napływających mas obojętni. Przedstawiciele różnorakich nacji – Europejczycy ze środkowej i wschodniej części kontynentu, Azjaci czy Amerykanie Południowi – przywozili ze sobą do Ameryki Północnej nie tylko swój dobytek, ale przede wszystkim własną kulturę, zwyczaje, tradycje. Obok protestantyzmu pojawiły się katolicyzm, judaizm, buddyzm czy hinduizm. A obok obywateli mających doświadczenia z wartościami republikańskimi i demokracją – ludzie znający do tej pory jedynie uciemiężenie i autorytarne rządy. Amerykańska mozaika społeczna, unikalna i wyjątkowa, sprawiła, że trudnym stało się precyzyjne zdefiniowanie społeczeństwa amerykańskiego i odpowiedzenie na zadane przez Crevecoeur pytanie o to, kim nowy Amerykanin jest. Crevecoeur uważał, podobnie jak Thomas Paine, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem imigranckim – heterogenicznym, stanowiącym zlepek wielu różnych narodów europejskich. John Jay stawiał tezę zgoła odmienną, nieco marginalizującą znaczenie imigracji, mianowicie mówił, iż Amerykanie to społeczeństwo jednolite – społeczeństwo mające wspólnych przodków, mówiące tym samym językiem, wyznające tę samą religię, przywiązane do tego samego systemu rządzenia, hołdujące bardzo podobnym zwyczajom i obyczajom.* Naród amerykański w odczuciu Jaya to społeczeństwo homogeniczne, zbudowane w oparciu o dominację jednej, konkretnej grupy. Dziś, Samuel Huntington określa tę grupę wprost jako WASP – białych, anglosaskich protestantów. Według Huntingtona, Amerykanie postrzegają swoje społeczeństwo jako wieloetniczne i wielorasowe. Ta percepcja doprowadziła z czasem do niemal całkowitego mentalnego zatarcia się różnic rasowych pomiędzy obywatelami USA. Jednakże Huntington stawia tezę, że tak jak etnicznie Stany Zjednoczone są heterogeniczne, tak kulturowo – homogeniczne. A filarem, o który opiera się społeczeństwo amerykańskie – kultura anglosaskich protestantów. Do kluczowych elementów tego amerykańskiego credo Huntington zalicza język angielski; chrześcijaństwo; zaangażowanie religijne; angielskie pojęcie rządów prawa, odpowiedzialności rządzących i praw jednostek oraz wartości separatystycznych protestantów takie jak indywidualizm, etyka pracy oraz wiara w to, że ludzie mają zdolność i powinność podjęcia próby zbudowania nieba na ziemi, „miasta na wzgórzu”.**

Podobne spostrzeżenia względem amerykańskiego społeczeństwa ma Marek Wałkuski. Nie pretenduje on jednak do roli myśliciela politycznego. Nie analizuje, a opisuje. Nie wychodzi z roli reportera. Dziennikarz wyznacza sobie cel: chce podważyć stereotypy, jakie narosły wokół Stanów Zjednoczonych, i oddać Czytelnikom ducha Ameryki. Na przestrzeni trzynastu rozdziałów próbuje więc opowiedzieć o tym, co dla dzieci wuja Sama jest najważniejsze i już na wstępie kreśli obraz Amerykanina-patrioty, snując opowieść o wychowaniu patriotycznym i immanentnym Amerykanom poczuciu wyjątkowości. Definiuje także typowego amerykańskiego Kowalskiego.
W powszechnym przekonaniu typowy Amerykanin nazywa się John Smith, ale nie jest to prawda. Z danych Amerykańskiego Urzędu Statystycznego (ang. US Census Bureau) wynika, że Smith rzeczywiście jest najczęściej występującym w USA nazwiskiem, ale większość Johnów już dawno umarła. Bo choć imię to najczęściej nadawano chłopcom od czasów kolonialnych aż do 1924 r., to później zaczęli przeważać Robert, James i Michael. (…) Obecnie najwięcej Amerykanów nosi imię James. Typowy Amerykanin nie jest bardzo bogaty, ale nie należy również do biedoty. Przeciętny Józek nie pracuje jako profesor na uniwersytecie i nie jest sławnym aktorem ani popularnym piosenkarzem. Zwykle jest robotnikiem najemnym lub drobnym przedsiębiorcą. Piosenkarz country Clay Walker śpiewał, że przeciętny Józek pracuje jako spawacz, budowlaniec, malarz lub mechanik samochodowy, ale może być też kierowcą ciężarówki, sprzątać w sklepie spożywczym albo rozwozić pocztę. Potrafi ciężko pracować, lubi też sobie wypić dla relaksu. Według Walkera przeciętny Józek jest religijny, służył w wojsku i nie potrzebuje bogactwa, bo szczęście osiąga dzięki kochającej rodzinie. Ma 37 lat i pożyje najpewniej do 78, bo taka jest obecnie oczekiwana długość życia Amerykanina. Ma 177,5 centymetra wzrostu, zaledwie jeden centymetr mniej niż Polak. Typowy Amerykanin waży 88 kilogramów, co oznacza, że ma nadwagę, bo jego wskaźnik masy ciała wynosi 28,4 (podczas gdy według standardów Światowej Organizacji Zdrowia za maksymalną dopuszczalną uznawana jest wartość nieprzekraczająca 25). Jest brązowooki (bo wbrew stereotypom obecnie tylko jeden na siedmiu mieszkańców USA ma niebieski kolor oczu). Przeciętny Józek ma dom z ogródkiem i garażem na jeden lub dwa samochody. Dom ma powierzchnię 170 metrów kwadratowych, jest z lat 70.XX wieku, a jego wartość nie przekracza 180 tysięcy dolarów. Ma dwie łazienki, w których typowy Amerykanin spędza średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać. Ponad 75% Amerykanów nakłada rolkę na uchwyt w taki sposób, by papier rozwijał się od góry. A jeszcze więcej, bo 85% z nich deklaruje, że są zadowoleni z życia. Statystycy mają bardzo dużo informacji na temat przeciętnego Amerykanina. Wiedzą np.., że zjada on rocznie 8 kg boczku, 6 kg indyka i 60 kg ziemniaków, wypija 190 l napojów gazowanych i raz w tygodniu smaruje chleb masłem orzechowym. Przynajmniej raz w miesiącu je lody i chodzi do kościoła, raz w roku zaczyna czytać nową książkę, choć nie zawsze ją kończy, i przynajmniej raz w życiu wystrzelił z pistoletu. Typowy amerykański Joe robi zakupy w supermarkecie Wal-Mart, a przed Bożym Narodzeniem dekoruje choinkę. Posiada też zwierzę domowe i jest fanem futbolu i bejsbola. Jedyny problem polega na tym, że przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
Wałkowanie Ameryki to napisany lekkim i przystępnym językiem reportaż (o skądinąd niebanalnym i bardzo dowcipnym tytule). Marek Wałkuski snuje swoją opowieść z humorem i swadą. Nie stroni od anegdot i osobistych wspomnień. Suche fakty wzbogaca żartobliwymi ciekawostkami. Porusza też ważne problemy społeczne. Sporo miejsca w książce poświęca wolnościom obywatelskim Amerykanów, a także amerykańskiej kulturze broni. W Polsce na stu mieszkańców przypada zaledwie jeden pistolet lub strzelba, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych na stu obywateli przypada dziewięćdziesiąt sztuk broni. To sprawia, że w ich rękach znajduje się 270 milionów pistoletów, strzelb i karabinów (co stanowi 40% cywilnej broni palnej świata). Najwięcej sztuk broni posiadają mieszkańcy stanów południowych i środkowo-zachodnich, najmniej – wschodnich. Broń posiada co trzeci Amerykanin. Każdego roku jeden na trzydzieści tysięcy ginie od kuli.„To nie pistolety zabijają, ale ludzie” – głosi slogan zwolenników prawa do posiadania broni w USA. „To ludzie są zabijani, a nie pistolety” – odpowiadają przeciwnicy swobodnego dostępu do broni. Obie strony wybiórczo traktują statystyki, używają demagogicznych argumentów, posiłkują się korzystnym i dla siebie badaniami i różnie interpretują te same zapisy konstytucji. Dla jednych możliwość nieograniczonego dostępu do broni to kwestia samoobrony, narodowej tożsamości i wolności obywatelskiej. Przedstawiciele drugiej strony wzdragają się na samo słowo „pistolet”, a posiadaczy broni uważają za barbarzyńców.

Marek Wałkuski stara się rzeczowo i merytorycznie opowiadać o sporach, które toczą się we współczesnej Ameryce. Nigdy ich nie rozstrzyga. Rzadko kiedy czytelnik może też poznać osobiste zdanie Wałkuskiego w konkretnym temacie. W każdym kolejnym rozdziale dziennikarz konsekwentnie zadaje kłam stereotypom na temat Stanów Zjednoczonych. Wałkowanie Ameryki w swoim wydźwięku bardzo przypomina doskonałe Made in USA Guya Sormana. Wałkuski patrzy na Amerykę z dużą życzliwością, jednak nie bezkrytycznie. Aczkolwiek unika łatwego krytykowania. Dzięki jego wysiłkom tak odlegli Amerykanie stają się dobrymi znajomymi z sąsiedztwa.

W Ameryce można znaleźć wszystko – rzeczy absurdalne, dziwaczne, a nawet idiotyczne. Jednak sama Ameryka nie jest krajem absurdalnym, dziwacznym ani idiotycznym. To dobrze zorganizowane społeczeństwo, kraj ludzi praktycznych i racjonalnych. Amerykanie kierują się ideałami i są tolerancyjni. Ich naczelną dewizą jest „żyj i daj żyć innym”.

W Stanach Zjednoczonych presja społeczna na dostosowanie się do szeroko pojętej normy jest niewielka, dlatego to kraj, w którym nie brak różnorakich ekscentryków. Od tej reguły jest jedno odstępstwo. W Ameryce trzeba być wierzącym. Prawie wszyscy Amerykanie wierzą w Boga lub inną siłę wyższą, co sprawia, że Stany Zjednoczone są najbardziej religijnym krajem Zachodu. Ateista nie ma szans zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. W przeprowadzonym przez Instytut Gallupa kilka lat temu sondażu dziewięciu na dziesięciu Amerykanów zadeklarowało gotowość do głosowania na katolika, Afroamerykanina, Żyda, kobietę i Latynosa. Ponad 2/3 ankietowanych byłoby skłonnych poprzeć mormona i wielokrotnego rozwodnika. Nawet homoseksualista otrzymał 55% pozytywnych deklaracji. Na szarym końcu rankingu znalazł się ateista, na którego większość Amerykanów nie oddałaby głosów w wyborach. Komentując wyniki tego sondażu, publicysta dziennika „Washington Post” stwierdził, że prezydentem USA prędzej niż ateista zostałby satanista, bo w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Opowiadając o religijności Amerykanów, Marek Wałkuski zwraca uwagę na nietypowe dla Europejczyków formy przyciągania wiernych do kościołów. Mówi o przykościelnych tablicach reklamowych, najczęściej spotykanych obok świątyń protestanckich. Billboardy z religijnym, nierzadko żartobliwym przesłaniem, wpisały się na stałe w krajobraz amerykańskich miejscowości. Do kościołów przyciągają też charyzmatyczni pastorzy. Kierujący położonym na przedmieściach Waszyngton McLean Bible Church, Lon Solomon, jest tego najlepszym przykładem. W jego świątyni co tydzień modli się aż trzynaście tysięcy osób! McLean Bible Church to jeden z protestanckich megakościołów, które ich przeciwnicy nazywają mckościołami albo religijnym Disneylandem. Amerykanie nie tylko chętnie obnoszą się z własną religijnością, ale i cechują się dużą otwartością na inne wyznania. To dlatego z powodzeniem funkcjonują w Stanach Zjednoczonych nierzadko bardzo egzotyczne dla Europejczyków kościoły, jak chociażby brazylijski Kościół União de Vegetal, Kościół Eutanazji, Stowarzyszenie Aetheriusa czy Kościół Wszystkich Świętych.

Marek Wałkuski w Wałkowaniu Ameryki sporo miejsca poświęca też muzyce country stanowiącej duszę Ameryki, amerykańskiemu kultowi samochodu czy miejscu Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Swoje rozważania kończy rozdziałem, w którym diagnozuje problemy, z którymi w najbliższych dekadach będą musieli zmierzyć się obywatele Stanów Zjednoczonych. Do najważniejszych zagrożeń zalicza duże bezrobocie, stale narastający dług publiczny oraz pogłębiające się nierówności społeczne. Amerykanie wciąż też muszą uporać się z problemem nielegalnej imigracji. Dla tysięcy osób Stany Zjednoczone nadal są wymarzonym miejscem na ziemi. Pozostają także takim nawet po bliższym poznaniu. Nie można jednak pokusić się o stwierdzenie, że wszyscy imigranci byli zachwyceni Stanami Zjednoczonymi. Zygmunt Freud, który zaledwie przez kilka dni wygłaszał wykłady na temat psychoanalizy na amerykańskich wyższych uczelniach, wrócił z podróży bardzo zniesmaczony. Co więcej, kiedy w Austro-Węgrzech rozpoczęły się prześladowania Żydów, odmówił emigracji za ocean, a jako powód podawał humorystycznie, iż szkodzi mu amerykańskie jedzenie. Markowi Wałkuskiemu Ameryka smakuje wybornie, a to sprawia, że Wałkowanie Ameryki to niezwykle apetyczna lektura. Nie tylko dla amerykanistów.


* Higham J., Rola imigracji w historii Ameryki, [w:] Orton L.D. (red.), Dwieście lat USA. Ideały i paradoksy historii amerykańskiej, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1984, s. 231.
** Huntington S.P., Who are we? America’s Great Debate, The Free Press, London 2005, s. xvii. Tłum. własne – A.K.

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Marka Wałkuskiego. Dostępne są na stronie poświęconej książce.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję