„Listy z podróży do Ameryki. Tom 1”
Okładka książki „Listy z podróży do Ameryki. Tom 1”
  • Autor: Henryk Sienkiewicz
  • Tytuł: Listy z podróży do Ameryki. Tom 1
  • Język oryginału: polski
  • Liczba stron: 584
  • Rok wydania: 2017
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • ISBN: 978-83-810-1075-7
  • Seria: Magna carta
  • Wydawca: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu
  • Miejsce wydania: Sandomierz
  • Logo wydawnictwa: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu
Recenzja
Data publikacji: 3 sierpnia 2020 A- A A+
Wyjeżdżał do Ameryki jako korespondent „Gazety Polskiej”. Jednak listy, jakie miał pisać do czytelników, były dla niego sprawą drugorzędną. Henryk Sienkiewicz chciał przede wszystkim pomóc zrealizować marzenie Heleny Modrzejewskiej. Wielka aktorka śniła bowiem o graniu dramatów Szekspira w języku oryginału. Usilnie uczyła się angielskiego, aby zdobyć sceny Anglii i Ameryki. Kluczem do jej sukcesu miała być… kwitnąca farma. To dzięki niej gwiazda Modrzejewskiej miała za Oceanem Atlantyckim zalśnić równie mocno jak w Warszawie. I gdyby nie młody Sienkiewicz, kto wie, czy by się to udało?

Karol Chłapowski, mąż Heleny Modrzejewskiej, rzucił resztki swojego rodowego majątku na jedną kartę samowystarczalnej komuny artystycznej w Ameryce. Razem z Juliuszem Sypniewskim zamierzał stworzyć ranczo, wielkie gospodarstwo rolne, dzięki któremu jego małżonka przetrwałaby finansowo początki nowej kariery. Młodzi artyści mają pomóc w tej pracy, czym zarobią na utrzymanie, zaś wolny czas poświęcą malarstwu i pisaniu. Farma Karola ma być domem sztuki polskiej za oceanem. Sztuki wolnej, niepodległej*, nietkniętej carską cenzurą i filisterskim obyczajem. Emisariuszem tej niezwykłej sprawy został Henryk Sienkiewicz – ulubieniec Heleny Modrzejewskiej miał jako pierwszy wyruszyć do Stanów Zjednoczonych i pieczołowicie wyszukać najlepsze miejsce pod budowę rancza. Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się w 1875 roku, w warszawskim salonie artystki. Sienkiewicz ciekawi ją jako gorące pióro, wolny kawaler i ktoś na tyle młody, by mógł poddać się jej woli jako członek grupy artystów (lecz bez aktorów!), z którą wyruszy za ocean. Pani Helena tego roku wybierze i przekona do wyprawy jeszcze trzech młodych malarzy: Chmielewskiego, Witkiewicza i Chełmońskiego, też kawalerów nieobciążonych balastem żon i dzieci. (…) W panu Henryku przewiduje swojego nadwornego reportera w wysokim stylu i – a nuż się uda – może autora sztuk dla niej.** Sienkiewicz nie zawiódł swojej przyjaciółki. Nieopodal niewielkiego Anaheim odkrył niezwykły kanion San Jago, który zauroczył Helenę Modrzejewską od pierwszego wejrzenia. To tu rozpoczął się amerykański sen wielkiej aktorki. Ale też i tu narodził się Henryk Sienkiewicz taki, jakim go znamy dzisiaj.

Człowiek, który wyjeżdża do Ameryki, jest jeszcze u nas rzadkością. Wyobrażam sobie nawet, że po powrocie, w powiecie łukowskim, z którym łączą mnie liczne stosunki, przynajmniej przez miesiąc będą mnie uważać za rodzaj powiatowego Ferdynanda Corteza. Mój dziad nieboszczyk, Panie świeć nad jego duszą, raz jeden tylko za dni swych był w Puławach, a raz w Królewcu, i miał o czym opowiadać przez całe życie. Henryk Sienkiewicz przygód na amerykańskim lądzie miał zdecydowanie więcej. Spisał je w swoich korespondencjach, zamówionych przez redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”. Pisarz był związany z tym tytułem od 1872 roku. Pracował jako felietonista i reporter, pisując pod pseudonimem Litwos. Od 1876 roku – już jako korespondent zagraniczny – publikował swoje teksty z Ameryki jako Listy Litwosa.

Pierwszy tom Listów z podróży do Ameryki rozpoczyna się pełnym wesołości i humbugów opisem początków wyprawy pisarza za ocean, a kończy powrotem do San Francisco po polowaniu na bawoły w kanionie Północnej Platte. 19 lutego 1876 roku przyszły noblista odjechał z dworca Kolei Wiedeńskiej w towarzystwie Juliusza Sypniewskiego, współbywalca saloniku artystycznego Heleny Modrzejewskiej, żegnany przez piękną artystkę. Zaledwie cztery dni później, 23 lutego, Henryk Sienkiewicz wszedł w Liverpoolu na pokład transatlantyckiego liniowca SS Germanic, pływającego pod banderą linii żeglugowej White Star Line (tej samej, która kilka dekad później zwodowała Titanica). Trasę do San Francisco przebytą z Nowego Jorku Koleją Dwu Oceanów, opowie czytelnikom „Gazety Polskiej” dopiero jesienią. Na Atlantyku postanowił zerwać z cotygodniowym reporterstwem, pospiesznym kręceniem biczy z piasku. Nie po to wyrwał się w taką drogę, aby znowu się spieszyć. (…) W połowie trasy, 12 marca, przymilnie w liściku prywatnym do żony naczelnego redaktora podziękuje za ostatni kęs warszawskiej od niej czekolady, jaki właśnie schrupał, przy tym niewinnie zaznaczy, iż wagon okrutnie trzęsie, zaś na Atlantyku „trzęsło sto razy gorzej, oto więc powód, dla którego nie napisałem dotąd korespondencji”, lecz poczekacie nie na próżno, „cuda będę opisywał”. Poczekają do maja. Pierwszy odcinek wydrukują 9 maja, z pełną humoru i zmyśleń narracją o warszawskim dopiero wstępie do podróży.***

Po dotarciu do San Francisco Henryk Sienkiewicz zamieszkuje u Juliana Horaina. Mimo, że Ameryka go fascynuje, mało zwiedza – w kraju długi, w kieszeniach pustka, nie ma za co. Od 20 czerwca 1876 roku pisarz przebywa w małym miasteczku Anaheim, a następnie w Anaheim-Landing wiodąc samotne i nudne życie. Trochę poluje, uczy się hiszpańskiego, platonicznie zakochuje w młodych Meksykankach, czeka na przyjazd Heleny Modrzejewskiej i jej świty. W gospodzie Maxa Neblunga pisze dramat, nowele i listy. Jego czytelnicy są przekonani, że ich ulubiony reporter przeżywa przygody wśród Indian. Horain z San Francisco przesyła mu warszawską „Gazetę Polską” z pierwszymi odcinkami „Listów”; wesoły autor mu odpowie: „Cóż tam za talent! jaki spryt, dowcip! Czy Pan uważa, że ten genialny młody człowiek rozwija się coraz bardziej, chociaż przy tym łże tak, że się papier ze wstydu czerwieni? Co więcej: powiem Panu, że w następnych listach będzie łgał jeszcze dwa razy tyle; będziecie czytać opisy stepów, niedźwiedzi, bizonów, polowań i wypadków, które mu się przytrafiły, słowem, cały romans, w którym prócz osnowy geograficznej i przyrodniczej wszystko jest zmyślone – a tylko pewnymi pozorami prawdy ozdobne.****

Henryk Sienkiewicz znajduje miejsce dla komuny Heleny Modrzejewskiej w kanionie San Jago, nieopodal Anaheim. Miejsce zachwyci aktorkę. Wraz z mężem prędko dokupi połać kanionu i nazwie ją po szekspirowsku Ardenem. Po jej śmierci w 1909 roku jeden ze szczytów gór Santa Ana zostanie nazwany Modjeska Peak, a część kanionu, w którym znalazło się ranczo – Modjeska Canyon. Henryk Sienkiewicz po 1878 roku już nigdy tu nie powróci. Na razie jednak, latem i jesienią 1876 roku, żyje i pracuje na farmie. Nie ma ochoty pisać, obowiązki reportera go nużą. Zajmuje go gospodarska codzienność, a cieszą artystyczne wieczory w bajecznej dolinie San Jago. Prawdę na temat swojego położenia ukrywa przed wydawcą i czytelnikami. W jednym z prywatnych listów do przyjaciela pisze: „Muszę się im jakoś wyłżeć i napiszę, że puma podrapała mi prawą rękę, że więc przez jakiś czas nie mogłem pisać. (…) Oni tam w Warszawie są przekonani, że nie mieszkam z kolonią, ale gdzieś między Indianami. Nie wywodźcie ich z błędu”.*****

To kuglarstwo Henryka Sienkiewicza jest jednak niczym w świetle całej korespondencji, jaką przesłał z tego odległego kraju. Listy z podróży do Ameryki to znakomicie napisana, fascynująca opowieść, pełna wnikliwych spostrzeżeń autora na temat Stanów Zjednoczonych i ich mieszkańców, co czyni ją jednym z najbogatszych zbiorów wiadomości o tej części świata w polskiej literaturze drugiej połowy XIX wieku. Korespondencje Sienkiewicza oraz innych współczesnych mu reporterów odpowiadały na gigantyczne zainteresowanie nad Wisłą odległą Ameryką. Dochodzące do Europy wieści na jej temat rozbudzały wyobraźnię. Obietnica wolności, bogactwa i darmowej ziemi zachęciła dziesiątki biednych rodzin chłopskich do emigracji do Stanów Zjednoczonych. Imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej byli mile widziani na amerykańskim lądzie z dwóch powodów: po pierwsze, poza wielkimi ośrodkami miejskimi, wszędzie brakowało rąk do pracy; po drugie, imigranci środkowoeuropejscy byli bliżsi kulturowo potomkom białych, anglosaskich, protestanckich osadników i stanowili pożądaną przeciwwagę dla wciąż narastającej imigracji z Azji. Galopująca industrializacja, szybki rozwój ekonomiczny, konstytuujący się demokratyczny ustrój, rozliczne prawa i wolności ludności – to wszystko intrygowało Europejczyków. Jednak to kolonizacja amerykańskiego południa i historie z Dzikiego Zachodu dopiero wywoływały wypieki na twarzach czytelników.

Henryk Sienkiewicz w szczegółach opisał swoją podróż Koleją Dwóch Oceanów, precyzyjnie i kunsztownie odmalowując znajdujące się jej trasie miasta i krajobrazy. Wyruszył z Nowego Jorku, przez Syracuse, Rochester i Suspension Bridge dotarł do Wodospadu Niagara, a dalej przez Detroit, Chicago i Clinton aż do Ketchum, gdzie nasz reporter – młody wojownik z Północy, z plemienia białych przyjaznego Indianom – zawarł swoją pierwszą znajomość z czerwonoskórymi braćmi. Na stacji kolejowej w tym niewielkim mieście – tym samym, w którym osiemdziesiąt pięć lat później samobójstwo popełni Ernest Hemingway – Henryk Sienkiewicz spotkał poselstwo Siuksów. Był nim zafascynowany. W Listach z podróży do Ameryki wiele miejsca poświęcił Indianom i ich sprawom, wykazując duże rozeznanie w ich problemach, co świadczy o jego wcześniejszym, gruntownym przygotowaniu w tym zakresie. Pisarza intrygowały zwyczaje indiańskich plemion, ich kultura i sposób życia; okazywał im wiele sympatii i wsparcia w ich desperackiej, nierównej walce z białym najeźdźcą. Podziwiał ich determinację i odwagę, przyznawał im słuszność w tym tragicznym sporze. Pisał: Jacyż to są ci apostołowie cywilizacji, z którymi się spotyka? Najpierw kupiec, który go oszukuje; dalej awanturnik, który mu zdziera skórę z głowy; dalej traper, który przed jego wigwamami poluje na bawoły dostarczające czerwonym pożywienia; wreszcie amerykański komisarz rządowy z papierem, na którym między liniami napisano: „Mane, tekel, fares!” („Policzono, zważono, rozproszono!” – przypis red.) dla całego plemienia. To dlatego podczas podróży koleją ze wschodu na zachód, po terenach zamieszkiwanych przez rdzenną ludność Ameryki, pisarz nie mógł pozbyć się dojmującego smutku. Długo jeszcze wpatrywałem się w drogę, którą wychyliwszy się z wagonu mogłem widzieć doskonale aż do krańców horyzontu. Nic smutniejszego jak taka droga na stepie. Do słupów telegraficznych przybijają tu u góry poprzeczne ramię dla dzwonków, co (…) słupom nadaje kształt krzyży. Otóż spojrzawszy naprzód, widzisz tylko szarą, nieskończoną równinę, porosłą wrzosem, przytrzaśniętą miejscami śniegiem, a na równinie krzyże i krzyże, jak okiem dojrzysz, całe szeregi smutne, cmentarne – i nic więcej prócz tych krzyży, które zdają się być szlakiem wiodącym w krainę śmierci lub mogilnikami na grobach wędrowców. Bo też i są nagrobkami. Stoją one na mogiłkach pierwotnych dzieci tej ziemi. Gdzie tylko taki krzyż się pojawi, tam giną ludy, lasy, bizony, ginie dziewiczość ziemi.

Henryk Sienkiewicz pragnął poznać Indian, a dzięki znajomościom ze skwaterami, udawało mu się nawiązywać z nimi dosyć bliskie stosunki. Jego kontakt z czerwonoskórymi mieszkańcami Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza z asymilującymi się plemionami, przywiódł go do jeszcze smutniejszej konstatacji: bez względu na to, czy zostaną wyrżnięci w pień przez osadników, czy wchłonięci do nowego amerykańskiego społeczeństwa, nie ma dla nich ratunku. Niestety, nie znalazłem wśród nich prócz pozorów ani jednego z tych szlachetnych przymiotów, jakie cechują bohaterów Coopera. Naprzód, życie ich wśród brudów nie do uwierzenia i wśród robactwa, przed którym wreszcie uciekłem, może przejąć tylko wstrętem; po wtóre, w każdym ich kroku znać demoralizację cechującą rasy ginące. Są leniwi, wiarołomni, kłamcy, a wreszcie i tchórze. Jeśli nie kradną i nie rozbijają, to tylko dlatego, że drżą przed straszliwym „lynchem”, z którym poznajomili ich skwaterzy. Palec cywilizacji ściera więc indiańskie plemiona z amerykańskiej ziemi. Może to nieuniknione, może konieczne, a jednak jest w głębi natury ludzkiej jakieś poczucie głębszej sprawiedliwości, któremu dzieje się w ten sposób krzywda; więc mimo woli w imię tego uczucia pragnie się nieraz powiedzieć „goddam!” na ową cywilizację, co dla słabszych i ciemnych jest takim przewodnikiem, nauczycielem, jakim byłby wilk dla owiec.

Równocześnie Henryk Sienkiewicz był pod wielkim wrażeniem społeczeństwa Stanów Zjednoczonych – jego witalności, brawury, pomysłowości i nieustępliwości. Jak pisał w swoich korespondencjach: Energia tego wolnego ludu istotnie nie zna niebezpieczeństw, a jego jedynym prawdziwym hasłem jest „Go ahead!”, iść naprzód! Przyczyn tego stanu rzeczy upatrywał między innymi w tutejszym systemie oświaty. Pisarz był pod wrażeniem amerykańskiej równości w dostępie do edukacji i sposobu kształcenia. Każdy obywatel amerykański – bez względu na swoje pochodzenie i status społeczny – uczył się czytać i pisać, poznawał podstawy matematyki, geografii, nauk przyrodniczych i państwowych. Dzięki tym ostatnim mógł być aktywnym wyborcą, rozumiejącym zasady demokracji i świadomie korzystającym ze swoich praw. Skutkiem tego, człowieka tak ciemnego, jak każdy „prosty człowiek” w Europie, jak np. nasz chłop albo francuski, trzeba by tu szukać chyba między wyzwolonymi niedawno Murzynami, pisał Sienkiewicz w swoich korespondencjach. Amerykańska sprawiedliwość społeczna, zdaniem pisarza, opierała się na szacunku wobec pracy, a ten wyrażał się w poszanowaniu każdego wykonywanego przez obywateli zajęcia. Czy senator, czy sędzia, czy barman, czy pasiecznik, czy nawet pasterz bydła – każdy z nich wykonywał ważną i pożyteczną pracę, która przyczyniała się do dalszego rozwoju kraju i jako taka powinna być doceniana. Tak więc wszędzie i we wszelkich stosunkach szacunek pracy rodzi równość, równość podtrzymuje z kolei ten szacunek; równość obyczajowa i intelektualna znosi różnice w życiu, słowem, przerobiwszy łacińskie przysłowie: „Abyssus abyssum provocat” (łac. otchłań przyzywa otchłań), można z zupełną słusznością powiedzieć o Stanach Zjednoczonych i ich demokracji, że tu „aequalitas aequalitatem provocat” (łac. równość przyzywa równość). Początkowo jednak Henryk Sienkiewicz nie cenił samych Amerykanów, kąśliwie opisując ich brak ogłady w pierwszych listach z podróży. Raziło go ich nieokrzesanie, gburowatość, bezpośredniość oraz poczucie wyjątkowości, sformułowane w doktrynie ekscepcjonalizmu. Jednak im bardziej ich poznawał, tym prędzej łagodził swoje sądy. Od wielu amerykańskich obywateli doznał serdeczności i pomocy, z wieloma z nich się zaprzyjaźnił.

Zanim Henryk Sienkiewicz dotarł do Liverpoolu, aby wejść na pokład transatlantyka, pisarz spędził krótki czas w Londynie, a jego obserwacje poczynione w stolicy brytyjskiego Imperium w pełni wpisywały się w idee polskich pozytywistów. Podczas spaceru w Hyde Parku pisarz spotkał bowiem biednego chłopca. Jego ojciec siedział w kolonii karnej w Botany Bay, zaś matka i pozostałe rodzeństwo, w tym trzyletni braciszek, pracowali za nędzne grosze przy składaniu pudełek, balansując na granicy przeżycia. Dramat wygłodniałego, zmarzniętego dziecka wstrząsnął przyszłym noblistą. To spotkanie opisał w swoim stylu: celnie i cierpko. Ale co też ja mówię! Ten wolny obywatel Zjednoczonych Królestw ma przecież rozmaite prawa, z których może korzystać: „habeas corpus”; ma prawo głosowania; jego pełnomocnik będzie w swoim czasie przemawiał w Izbie Gmin. Co też ja mówię! Ten wolny obywatel jest nawet bogaty. A oto i ten Hyde Park to przecież własność publiczna, zatem własność i jego. A British Museum? A Pałac Kryształowy? A place, ogrody, gmachy publiczne? To wszystko jego. A przy tym on jest Anglikiem; do niego należą Indie, Australia, Kanada; on ma wojsko, flotę: to potentat prawdziwy. Ale czegóż tak drżysz na całym ciele, potentacie? Aha! On jest na czczo od onegdaj. Masz oto szylinga, biedaku: kup sobie co jeść.

Henryk Sienkiewicz był niezwykle wrażliwy na sprawy publiczne. Podczas swoich rozlicznych podróży ochoczo dowiadywał się, jak z najważniejszymi problemami społecznymi radzą sobie inne narody. Wierzył, że już wypracowane gdzieś indziej dobre rozwiązania uda się wprowadzić także na ziemiach polskich. I mimo, że zarzucał Anglikom niedostateczną opiekę nad najuboższymi, był pod wrażeniem działalności przytułku dla zbłąkanych dziewcząt, który miał okazję zobaczyć i poznać. Młode dziewczyny, nierzadko zmuszone przez trudną sytuację życiową do niegodnych postaw, mogły w nim znaleźć nie tylko schronienie, ale i realne wsparcie. Sienkiewicz zauważał: Mniej się tu gada, więcej robi. Instytucje zaś nie upadają, bo poczucie obowiązku każe obywatelom podtrzymywać je z energią i wytrwałością nie tylko z początku, ale zawsze.

W Listach z podróży do Ameryki Henryk Sienkiewicz dał się poznać jako znakomity obserwator i literat. Bardzo dbał o artystyczną stronę swoich korespondencji – z dbałością o detal portretował swoich bohaterów, z lubością opisywał amerykańskie krajobrazy, dowcipnie relacjonował podróż na osnuty nimbem tajemnicy Dziki Zachód. W swoich listach częstokroć wtrącał zdania i określenia w języku angielskim, uwiarygadniając w ten sposób autentyczność swojego przekazu. Chętnie dzielił się anegdotami i zasłyszanymi informacjami. Przy opisywaniu swoich przygód nie szczędził dramaturgii, aby były one jeszcze barwniejsze i ciekawsze. Konfabulował, kpił i się wyzłośliwiał, wykazując się błyskotliwością dowcipu i dużym poczuciem humoru. Zapytywał: À propos opinii publicznej: jakże się tam miewa w Warszawie ta stara, wyróżowana zalotnica? Czy zawsze zamiast stać na straży czci i interesów ogółu, żyje tym, „co ząb jej uchwyci na pięcie” osobistości? Czy zawsze ma tak długi język, że chcąc dostać się do jego końca, trzeba brać dorożkę?

Tymczasem opinia publiczna doceniła Sienkiewicza-reportera. Nawet jego antagoniści z uznaniem wypowiadali się na temat talentu trzydziestoletniego Henryka. Jego dawny kolega ze studiów, Aleksander Świętochowski, uszczypliwie go recenzował: „Mniejsza o to, że on na morzu widzi bałwany »przewyższające dziesięć razy szczyty mostów«, że »kłóci się« z zawiadowcą stacji, nie umiejąc po angielsku, że w ogóle często jest autorem w określeniu kaszubskim - »łgorzem«, ale plastyczność jego fantazji, rozporządzającej wielkim bogactwem wrażeń, bywa istotnie zadziwiającą. Jego krajobrazy są pełne i wyraziste, nie brak w nich ani jednego krzewu, ani jednego zwierzątka. (…) Według wszelkiego prawdopodobieństwa talent opisowy, tak wszechstronnie później zużytkowany w powieści »Ogniem i mieczem«, zawdzięcza Sienkiewicz Ameryce”.******

Faktycznie, pobyt Henryka Sienkiewicza w Stanach Zjednoczonych zaowocował w jego twórczości i echa tej podróży można zobaczyć w wielu jego utworach, a same Listy z podróży do Ameryki to znakomity portret USA drugiej połowy XIX wieku. Pisarz w arcyciekawy sposób podzielił się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami na temat tego zmieniającego się w zawrotnym tempie świata. Sienkiewicz naszkicował obraz społeczeństwa amerykańskiego i, szerzej, tamtejszego życia społeczno-politycznego, aby przybliżyć je europejskiemu czytelnikowi i dać za przykład, jak obywatele mogą się zorganizować. Nie był jednak bezkrytycznym piewcą amerykańskiej demokracji, pisał o wszystkich problemach systemu politycznego, stosunkach rasowych, obyczajach. Odmienność tego świata dała mu szansę na rozwinięcie jego pisarskich skrzydeł i Henryk Sienkiewicz skwapliwie z niej skorzystał. Jego obserwacje są aktualne także dzisiaj, po blisko stu pięćdziesięciu latach. To ponadczasowa lektura, która bez cienia wątpliwości zajmuje istotne miejsce w klasyce polskiego reportażu.


* Szczublewski Józef, Sienkiewicz. Żywot pisarza, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006, s. 33-34.
** Tamże, s. 31.
*** Tamże, s. 43.
**** Tamże, s. 47.
***** Tamże, s. 55.
****** Tamże, s. 136.


Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci.

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję