„Lampa Aladyna i inne opowiadania na przekór niepamięci”
Okładka książki „Lampa Aladyna i inne opowiadania na przekór niepamięci”
  • Autor: Luis Sepúlveda
  • Tytuł: Lampa Aladyna i inne opowiadania na przekór niepamięci
  • Tytuł oryginału: La lámpara de Aladino y otros cuentos para vencer el olvido
  • Język oryginału: hiszpański
  • Przekład: Joanna Skórnicka
  • Liczba stron: 152
  • Rok wydania: 2011
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 145 x 230 mm
  • ISBN: 978-83-7392-353-9
  • Wydawca: Noir sur Blanc, Oficyna Literacka
  • Miejsce wydania: Warszawa
Recenzja
Data publikacji: 12 października 2011 A- A A+
Ów pisarz miał wiele czytelniczych dzieci: synów i córki, a także synowe, zięciów błądzących po pampie niczym stepowy wiatr oraz bliżej niesprecyzowaną gromadę wnuków rozproszonych nie tylko po niezmierzonych przestrzeniach Patagonii, ale i po całym świecie. Nic dziwnego, bo ów pisarz był wielkim pisarzem, a na jego wielkość złożyła się suma wyjątkowego talentu i burzliwych życiowych doświadczeń. Ów pisarz napisał dwanaście opowiadań i zebrał je w zbiór, który będąc opowieścią o nim, nie był jedynie opowieścią o nim samym. Lampa Aladyna to jedyny w swoim rodzaju skrót twórczości Luisa Sepúlvedy, jednego z najznakomitszych chilijskich pisarzy.

Prozaik urodził się w Ovalle w regionie Coquimbo w 1949 roku. W młodości, zafascynowany lekturą Moby Dicka i legendami o bohaterskich marynarzach, bardzo pragnął zostać podróżnikiem. Marzenie to udało mu się zrealizować – opłynął niemal całą kulę ziemską. Jako zapalony ekolog uczestniczył w wielu wyprawach na pokładzie statku „Greenpeace”. Podobnie jak jego idol literacki, Francisco Coloane, zamiłowanie do podróży zawsze łączył z pasją pisarską. Opublikował dotąd kilkanaście książek, za które otrzymał wiele prestiżowych nagród. Międzynarodowe uznanie przyniosła mu wydana w 1990 roku powieść O starym człowieku, co czyta romanse. Podróżnik i pisarz, Sepúlveda zawsze był też bardzo zaangażowany politycznie. Należał do chilijskiej Partii Komunistycznej, z której wyrzucony wstąpił do Partii Socjalistycznej; aktywnie popierał rządy prezydenta Salvatora Allende. Po wojskowym zamachu stanu 11 września 1973 roku został aresztowany i był torturowany. Dzięki interwencji Amnesty International karę dwudziestu ośmiu lat więzienia zamieniono mu na osiem lat wygnania. W 1979 roku przyłączył się do rewolucji w Nikaragui, jednak mimo jej zwycięstwa musiał emigrować do Europy. Z miłości do niemieckiej literatury, a zwłaszcza do Novalisa i Friedricha Hölderlina, za nowe miejsce zamieszkania obrał sobie Hamburg. W 1998 roku przeniósł się do Hiszpanii i osiadł w Austurii. To właśnie tu żyje i tworzy. Podobnie jak wielu Chilijczyków, których daleko za ocean rzucił wiatr historii.

W dwunastu opowiadaniach zamieszczonych w Lampie Aladyna miłośnicy Sepúlvedy odnajdą wielu różnorodnych bohaterów. Weterana błąkającego się po Patagonii z wiernym Cachupínem przy nodze, duńskiego marynarza odbywającego czterdziestodniowy okres żałoby po miłości, najsłynniejszą parę patagońskich kochanków – Mauricia i Josefinę Moreno da Silva. Niektórych poznajemy po raz pierwszy, z innymi witamy się po raz wtóry. W Patagonii, w Hamburgu, w Aleksandrii. Rio tańczy, a Z aż kipi od namiętności. Z, czyli Hotel Z z cementowym krokodylem zainstalowanym w fontannie i lustrem w drewnianej ramie ozdobionej wizerunkami wielbłądów pędzących pośród samotnych klonów. To właśnie tu podejmuje się decyzje, co począć z tym cholernym przywiązaniem, jakim jest życie.

Pierwsze porywy serca, niegasnące namiętności, żal, smutek, zagrożenie, dewastacja człowieka pod rządami junty. Poplątane losy Chilijczyków-emigrantów rozsianych po świecie. U Sepúlvedy żart miesza się z tragizmem, realizm z fantazją, miłość z polityką. Jednak nic nie jest wytworem jego wyobraźni. Pisarz czerpie z doświadczeń swoich i swoich rodaków. Sepúlveda żyje ze swoimi duchami, jednak akceptuje je. I wciąż przywołuje. Nie tylko w treści opowiadań, ale również w poprzedzających je dedykacjach. A one same, u innych najczęściej nawet niezauważane, przemieniane są przez Chilijczyka w osobne historie. To w tę o bracie Sepúlvedy, zamordowanym przez policję z Quito, to w tę o trzech chilijskich poetach, z których jeden został zamordowany, drugi popełnił samobójstwo, a trzeci umarł ze smutku czy wreszcie w tę o przyjaciołach pisarza z Asturii, którzy przywrócili mu grunt pod stopami. Te drobne formy są szalenie intymne. Podobnie jak opowiadania są skrajnie autobiograficzne. Dla Sepúlvedy autobiografizm to sposób na oddanie hołdu ludziom dlań najważniejszym – swoim przyjaciołom i bohaterom. To właśnie ich, a nie siebie, Chilijczyk chce ocalić od niepamięci. Daje temu wyraz w Biesiadzie z umarłymi poetami – w rozmowie kilkorga mężczyzn, którzy wspominają swoich dawnych kompanów: – Taki był Hugo, taki był „Dziki” – mówi któryś z nich. – Nie. Taki jest „Dziki”. Dopóki przywołujemy naszych zmarłych i opowiadamy ich historie, póty nie umierają.

Niektóre z opowiadań Sepúlvedy to obszerne fabularnie teksty. Inne zaś to maleńkie historie, mieszczące się na nieco ponad stronie. Pisarz różnicuje je pod względem objętości, ale też i formy. Mamy tu innymi zagadkę kryminalną, opowieść niesamowitą, melodramat, wspomnienie, balladę łotrzykowską czy bajkę filozoficzną. Każdą z nich Sepúlveda opowiada ze swadą. Choć czas mija nieubłaganie, on trzyma wysoką formę. A ja wciąż wyobrażam sobie, że zasiada, tak jak zwykł zasiadać, w zaśnieżonym Hamburgu przy rozpalonym kominku, by ze zmęczonym akcentem gaju namorzynów gawędzić, dzielić wygrane, sączyć rum i sprawdzać niepojęte rachunki, jakie zaciąga życie.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję