„Noc profesora Andersena”
Okładka książki „Noc profesora Andersena”
  • Autor: Dag Solstad
  • Tytuł: Noc profesora Andersena
  • Tytuł oryginału: Professor Andersens natt
  • Język oryginału: norweski
  • Przekład: Dorota Polska
  • Liczba stron: 112
  • Rok wydania: 2010
  • Oprawa: twarda
  • Wymiary: 145 x 210 mm
  • ISBN: 978-83-62122-12-7
  • Seria: Kontynenty
  • Wydawca: Smak Słowa, Agencja Wydawnicza
  • Miejsce wydania: Sopot
  • Logo wydawnictwa: Smak Słowa, Agencja Wydawnicza
  • Logo serii: Kontynenty
  • Patronat Dziennika Literackiego
Recenzja
Data publikacji: 4 kwietnia 2011 A- A A+
Była Wigilia i profesor Andersen miał choinkę w salonie. Przyglądał się jej intensywnie. – te dwa niepozorne zdania otwierają Noc profesora Andersena (1996), powieść uznawaną za jedną z najlepszych w twórczości Daga Solstada. Sytuująca się w nurcie egzystencjalno-psychologicznym pisarstwa Norwega (podobnie jak Patynozielone! z 1969 roku), podejmuje problematykę tożsamości człowieka we współczesnym świecie. Ale jak podejmuje! Wcale nie jasno i klarownie. W literaturze tego typu jasne początki są tylko sztuczką, małą złośliwością, wymierzoną przeciwko wielbicielom układu a + b = c, zaserwowaną czytelnikom bez ostrzeżenia, że wkraczają na teren, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a warunki dyktuje sam pisarz.*

Zdeklarowany ateista spędza samotnie Wigilię w swoim mieszkaniu w Oslo. Obserwując przez okno budynek naprzeciwko, staje się przypadkowym świadkiem morderstwa: na jego oczach młoda, nieznana mu kobieta zostaje uduszona przez obcego mężczyznę. Profesor Andersen w pierwszym odruchu sięga po telefon, żeby zadzwonić na policję. Z powodów, których nie do końca sobie uświadamia, czuje jednak, że nie może tego zrobić i odkłada słuchawkę. Zamiast zgłosić zajście, zaczyna potajemnie obserwować mordercę. Zaczyna poznawać rytm jego życia, będąc przekonanym, że jak tylko zaspokoi swoją ciekawość, powiadomi o wszystkim odpowiednie służby. Wtem drogi świadka i mordercy przecinają się, a ich spotkanie przybiera nieprzewidziany obrót…

Pål Andersen ma pięćdziesiąt pięć lat. Jest profesorem literatury na Uniwersytecie w Oslo. Choć nie doświadczył dramaturgii Ibsena w jakiś przełomowy sposób, poświęcił mu swoje akademickie badania, bo uznawał jego wielkość za fakt, z którym nawet nie myślał polemizować. Wybrał Ibsena, ponieważ dla kogoś, kto chciał zrobić karierę w Norwegii, było to oczywiście rozsądne posunięcie. Zachował się jak karierowicz, choć w swojej własnej ocenie, nie stał się nim, a jeśli już to jedynie postąpił na jego modłę. Z non-konformisty przedzierzgnął się w konformistę, jednak w swojej ocenie pozostał tym, kim był, czyli człowiekiem idącym pod prąd (choć jako taki powinien był poświęcić się badaniom nad ukochaną poezją XX wieku, ale jakoś nie przyszło mu to do głowy). Równocześnie, z czego zdaje sobie sprawę, jest człowiekiem, który zatracił umiejętność dogłębnego przeżywania świata. Choć mówi, iż uwielbia dwudziestowieczną poezję, wstrząs, jaki wywołuje w nim twórczość literacka nie jest obezwładniający. Nie wszechogarnia go i nie paraliżuje, jak to jeszcze nie tak dawno czynił z ludźmi, którzy żyli na początku ubiegłego czy pod koniec XIX wieku. Tylko sto lat dzieli nas od tego wstrząsu, który w biegu dziejów uchodził za elementarny warunek życia według wyższych wartości, a my już go nie możemy pochwycić. Tak blisko, a jednak poza naszym zasięgiem. To przeszłość. Czy odgrodzono nas od jednej z najpierwotniejszych i najważniejszych potencjalnych cech ludzkich, która, jak udokumentowano, leżała w naturze człowieka przez co najmniej dwa i pół tysiąca lat? W takim razie wyłania się nowy typ człowieka, a ja, czy tego chcę, czy nie, jestem jego reprezentantem – podobnie jak moi studenci, którzy nawet nie mają o tym pojęcia.

Andersen zdecydowanie nie żałuje, bo wierzy, że istnienie takiego wstrząsu to iluzja. Nigdy go nie było i nigdy nie będzie. Sztuka wstrząsa ludźmi jedynie na mocy swej aktualności, nie ma jednak mocy poruszania najskrytszego wnętrza człowieka. Solstad odziera więc sztukę z jej wyjątkowości. Pozbywa również człowieka złudzeń, co do samego siebie. Zauważa, że choć człowiek jest istotą historyczną, to współcześni ludzie ukierunkowani są na przyszłość i są niezainteresowani przeszłością. Nie interesuje ich zwłaszcza historią swojej własnej rodziny. Ich oświecona świadomość nie sięga dalej niż dwa pokolenia wstecz, potem robi się ciemno. Nowy człowiek żyje, lecz żyje w nieświadomości. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele się w nim zmieniło. Choć gdyby wiedział, nie przyjmowałby tego do wiadomości, w sposób fundamentalny nie identyfikując się z tym, kim faktycznie jest i uznając kreślony przez Solstada portret za niesprawiedliwy (choć w mojej ocenie uprawniony i boleśnie trafny).

W Nocy profesora Andersena powraca też temat charakterystyczny dla prozy Solstada – problem przemijającej młodości i nieprzemijającego poczucia permanentnego bycia młodym. Tu ponownie możemy zaobserwować, jak społeczeństwo wtłacza jednostkę w określoną formę. Pål Andersen, podobnie jak Geir Brevik, bohater Patynozielonych!, ma problem z własną tożsamością. Nie był młody w tym sensie, że czuł, iż soki życiowe grożą mu rozerwaniem żył. Nie był szczególnie wytrzymały, nie tryskał niespożytą energią, jak często wyobrażają sobie młodzież starsi – jako rodzaj normy, jacy powinni być młodzi ludzie, co musi też znaleźć odbicie w ich postępowaniu. Ale mimo to czuł się młodzieńczo. Tak jak i inni przedstawiciele norweskiej klasy średniej średnio-starszego pokolenia. Wydają się dopasowani, doskonale wpisani w otaczającą ich rzeczywistość, jednak to tylko pozory. Bunt wobec świata, chęć zamanifestowania własnej odmienności, wyraża się u nich na wiele sposobów – jednak profesor Andersen wybiera chyba najniebezpieczniejszy z nich. Ulegając fascynacji mordercą, uzależnia się od obserwowanego. To, co miało przywrócić zburzony porządek (a więc obserwacja mająca na celu doprowadzenie do ukarania mordercy), destabilizuje świat samego akademika. Profesor nie wie już, kim jest. Nie wie też, jakie jest jego miejsce w świecie. To, co dawało oparcie, staje się dwuznaczne. Wszystko jest ambiwalentne. Wszystko może okazać się iluzją. A morderstwo? Czy wydarzyło się naprawdę? A jeśli tak, to na kim tak naprawdę zostało dokonane? Intrygujące studium psychologiczne. Polecam (ale tylko miłośnikom ambitnej literatury)!


* Polska D., „Przedmowa”, w: Solstad D., Noc profesora Andersena, Smak Słowa, Sopot 2010, s. 5.
Komentarze
  • 1
    nutta 6 kwietnia 2011 | 21:29:53

    Czytałam też negatywne recenzje. Pewnie trzeba głębiej wejść w temat.

  • 2
    Annie 13 kwietnia 2011 | 21:47:08

    Rzekłabym, że jeśli chodzi o Solstada łatwiej znaleźć negatywną recenzję, niż taką, która zachęci do lektury. A ta, choć trudna, jest naprawdę inspirująca. Myślę, że to jeden z tych pisarzy, po których trzeba samemu sięgnąć, żeby dopiero sobie wyrobić zdanie. Akurat w tym przypadku, jak nigdy, nie zdawałabym się na opinię nawet tych, którzy mają pokrewny gust literacki ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję