„Między nami nowojorczykami”
Okładka książki „Między nami nowojorczykami”
  • Autor: Cathleen Schine
  • Tytuł: Między nami nowojorczykami
  • Tytuł oryginału: The New Yorkers
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Michał Juszkiewicz
  • Liczba stron: 352
  • Rok wydania: 2011
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • ISBN: 978-83-7648-641-3
  • Wydawca: Prószyński i S-ka, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Warszawa
  • Logo wydawnictwa: Prószyński i S-ka, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 22 marca 2011 A- A A+
Jej Trzy kobiety z Westport całkowicie mnie urzekły. Delikatnym urokiem, plastycznym językiem i figlarnością, dzięki której opowiadana historia była radosna i ciepła. Nowa powieść Cathleen Schine jest jednak zupełnie inna. Dużo mniej wysublimowana. To zaledwie przeciętna historia o Nowojorczykach i ich czworonogach.

Ulica opisana w niniejszej opowieści była przed laty moją ulicą. Nowojorski kwartał, w którym się ona znajduje, nigdy nie cieszył się zbytnią popularnością. Nie było tam żadnych rezydencji, wąskich zabytkowych elewacji ani tabliczek upamiętniających znakomite nazwiska dawnych mieszkańców. Nie było tam nawet szczególnie ładnie. Domy mieszkalne, chociaż stare, pod względem architektonicznym zdawały się nijakie. To dlatego kolejnym mieszkańcom zaułka było łatwo kupić je za psie pieniądze. A kiedy już się wprowadzali, z pozostałymi lokatorami przeważnie żyli jak pies z kotem. Na jednym sąsiedzie wieszali psy, drugiego lubili jak psy dziada w ciasnej ulicy i rzadko robili coś razem. Do momentu aż jedna z lokatorek, delikatna jak francuski piesek Doris, nie rozpoczęła kampanii mającej na celu pozbycie się wszystkich czworonogów z ulicy. Raz na zawsze…

Kiedy ma się psa, to życie biegnie własnym, całkiem odrębnym rytmem. Wychodząc od tej obserwacji, Cathleen Schine napisała powieść, w której właściwie zrelacjonowała kilka miesięcy z życia pewnej grupy nowojorczyków. Ludzi wywodzących się z różnych warstw społecznych, bogatych w różne doświadczenia życiowe, lecz podobnie oczekujących od życia czegoś więcej. Rozczarowanych teraźniejszością, lecz wciąż mających nadzieję na lepsze jutro. Motorem zmian w ich życiu okazują się psy. Czworonogi łączą ze sobą ludzi cichych i walczących o akceptację, czasem samotników, a czasem ekscentryków; starych i młodych, mężczyzn i kobiety; wszystkich tych, którzy spragnieni są miłości: Jody, właścicielka białego pitbulla imieniem Beatrycze, poznaje na spacerze ze swoją pupilką Everetta, właściciela nie tyle psa, co urzekającego uśmiechu. Everett docenia urok życia rozwodnika dopiero wtedy, gdy się zakochuje – w Serwusie, szczeniaku należącym do Polly. Polly wynajmuje mieszkanie na spółkę ze swoim bratem George’em, który szuka w życiu nie miłości, ale własnej drogi, a tym, kto mu ją pokaże, będzie właśnie szczeniak jego siostry. To zaledwie kilka przykładów z całego ciągu zdarzeń, których milczącymi inspiratorami były nowojorskie psy. Recenzent „Library Journal” napisał, że Schine gromadzi w tej książce ludzkie radości i smutki, komedie i dramaty, początki i końce, a jej lektura niechybnie przyniesie radość wszystkim czytelnikom. Nie da się ukryć – powieść czyta się przyjemnie, bo jest i ciepła, i pogoda. Jednak co z tego, skoro już na samym początku historia z potencjałem przemienia się w żenujące love story?

Nieskomplikowana fabularnie, napisana nieszczególnym językiem i w zasadzie dość prymitywna. Z dorosłymi bohaterami o mentalności dzieci, którzy są wbrew zapewnieniom mało wrażliwi i bardzo powierzchowni. Daleko im do romantyków z prawdziwego zdarzenia. Ich portrety psychologiczne są miałkie. Pisarka nie stroni od stereotypów - stara panna jest starą panną, stary kawaler starym kawalerem, a gej gejem. Za fasadami utartych schematów nie kryją się prawdziwi ludzie.

Ta pustka psychologiczna przeraża, bo przecież powieść Schine to powieść psychologiczno-obyczajowa (sic!). Skoro w kluczowej dla niej warstwie nie ma niczego wartościowego, to trudno też doszukiwać się głębszych treści w samej fabule. A ta jest mało nowatorska i przewidywalna, zaś jej zakończenie - absolutnie kuriozalne. Pisarka w ostatnich akapitach robi i z czytelników, i ze swoich bohaterów idiotów. Na myśl o sposobie zamknięcia wątku Doris do tej pory ogarnia mnie pusty śmiech.

Może to zbyt surowa recenzja, ale naprawdę oczekiwałam po Schine czegoś więcej. Tymczasem spod pióra Amerykanki wyszła bardzo przeciętna książka. Pisarka opublikowała ją w 2007 roku, na trzy lata przed powstaniem wspomnianych już Trzech kobiet z Westport. Chronologicznie więc jest powieścią wcześniejszą i jako taka ma prawo być… słabsza. Zastanawia mnie jednak, czy Trzy kobiety z Westport to wypadek przy pracy, czy dowód na rozwój warsztatu pisarki. Odpowiedzi na to pytanie udzieli pewnie dopiero kolejna jej książka.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję