„Historia Alejandra Mayty”
Okładka książki „Historia Alejandra Mayty”
  • Autor: Mario Vargas Llosa
  • Tytuł: Historia Alejandra Mayty
  • Tytuł oryginału: Historia de Mayta
  • Język oryginału: hiszpański
  • Przekład: Ewa Zaleska
  • Liczba stron: 328
  • Rok wydania: 2011
  • Oprawa: twarda
  • Wymiary: 140 x 205 mm
  • ISBN: 978-83-240-1426-2
  • Wydawca: Znak, Społeczny Instytut Wydawniczy Sp. z o.o.
  • Miejsce wydania: Kraków
  • Logo wydawnictwa: Znak, Społeczny Instytut Wydawniczy Sp. z o.o.
Recenzja
Data publikacji: 28 czerwca 2011 A- A A+
Nie minęła jeszcze godzina od porannych wydarzeń, gdy do Jaujy wjechał autobus wiozący kompanię żandarmerii z Huancayo pod dowództwem porucznika Silvy i kaprala Litumy. Nowe dochodzenie peruwiańskiego duetu w stylu Holmesa i Watsona? Nic bardziej mylnego. Najsłynniejsi peruwiańscy śledczy są w najnowszej powieści Mario Vargasa Llosy zaledwie trzecioplanowymi postaciami. Tą najważniejszą jest bowiem tajemniczy Alejandro Mayta. Rewolucjonista, marzyciel, niedoszły bohater.

Wygłodniałe psy biegają po ulicach Limy, a w smętnych barach i „metach” oraz małych domowych laboratoriach kwitnie handel narkotykami. Nadchodzi jednak taki dzień, kiedy wszystko się zmienia – młodziutki Mayta zostaje komunistą. Chce poprawić świat. Kilkadziesiąt lat później peruwiański pisarz chce napisać o nim książkę. Nie ma to być biografia, a jedynie opowieść inspirowana życiem Alejandra Mayty. Dlaczego akurat Mayta? Nawet autor nie do końca wie, dlaczego zaintrygował go ten właśnie komunista. Są inni, sławniejsi od niego. Na przykład poeta Javier Heraud albo ludzie z Ruchu Radykalnej Lewicy, albo z Puente, z Lobatón, tacy, o których zawsze się mówi. Dlaczego właśnie Mayta? Jego przecież nikt nie pamięta. Rzeczywiście, dlaczego? Czy dlatego, że jego przypadek był pierwszym z całej serii przypadków, które wyznaczyły pewną epokę? Czy dlatego, że był najbardziej niedorzeczny? Czy dlatego, że był najtragiczniejszy? Czy też po prostu dlatego, że jego postać i jego historia mają w sobie coś nieodparcie wzruszającego, coś, co mimo swych konsekwencji moralnych i politycznych jest jak zdjęcie rentgenowskie peruwiańskiego nieszczęścia.

Pisarz rozpoczyna więc dziennikarskie dochodzenie, aby dowiedzieć się, jak najwięcej o Maycie. Odszukuje bliskich mu ludzi, po czym nakłania ich do wspomnień. Chce, aby wszystkie te głosy złożyły się na jedną historię. Tajemniczy autor (sam Mario Vargas Llosa?) podejmuje się trudu odtworzenia przeszłości Mayty, choć ma świadomość tego, że wszystkie historie, jakie już słyszał i jakie jeszcze usłyszy, są opowieściami złożonymi z prawdy i kłamstwa. Czytelnik musi więc sam wszcząć śledztwo, jeśli rzeczywiście chce się dowiedzieć, kim tak naprawdę był Alejandro Mayta.

Historia Alejandra Mayty to jedna z najbardziej przewrotnych powieści w dorobku Mario Vargasa Llosy. Prozaik opublikował ją w 1984 roku. Krytyka literacka sytuuje ją w postmodernistycznym nurcie twórczości Noblisty, a jej charakter doskonale oddaje wyrwane zeń zdanie, które może także posłużyć za najtrafniejszy komentarz do treści powieści. Życie w Peru nieoczekiwanie stało się szalenie literackie, choć tak niewielu Peruwiańczyków potrafi czytać – oto cały Llosa! Po raz kolejny, inspirujący i absolutnie bezbłędny.

We wspomnieniach swojej ciotki, doñi Josefy Arrisueño, Alejandro Mayta zapisał się jako romantyczny idealista. Już w dzieciństwie wykazywał rewolucyjny temperament. Potrafił na znak solidarności z biednymi głodzić się przez wiele tygodni. Był bardzo pobożny – miał zadatki na kapłana. Jednak zamiast katolicyzmu wybrał marksizm. Poznał socjalizm, leninizm, stalinizm. Jego mentorem stał się Lew Dawidowicz Trocki. W latach 50. XX wieku inspirowali go Fidel Castro i Che Guevara. Marzył o rewolucji i często te marzenia przepłacał więzieniem. Szukał swojego miejsca, zmieniał partie jak rękawiczki. Tą ostatnią, do której przynależał w kluczowym dla jego życia momencie, była Robotnicza Partia Rewolucyjna (Trockistowska).

Ze wspomnień różnych ludzi, bliżej lub dalej związanych na przestrzeni lat z Maytą, nie wyłania się jedna postać. Każdy pamięta go inaczej. Każdy stwarza sobie na swoje potrzeby jego własny mit. Jego sylwetka osnuta jest nimbem tajemnicy, powleczona kurzem, lecz pisarz-narrator, niezrażony, niezłomnie przedziera się przez kolejne warstwy mgły. Jego wytrwałość zostaje nagrodzona. Pisarzowi udaje się dojść do prawdy. Jednak im tajemniczy prozaik jest jej bliżej, tym bardziej oddala się od niej czytelnik. Skonfundowany, nie wie, gdzie kończą się fakty, a zaczyna kłamstwo. Pewne nawet nie jest to, czy Peruwiańczyk o imieniu i nazwisku Alejandro Mayta kiedykolwiek istniał.

Kiedy idę już spać, dobiega mnie rytmiczny dźwięk. Nie, to nie nocne ptaki, lecz obudzone wiatrem wody jeziora Paca uderzają o taras zajazdu. Ta delikatna muzyka i przepiękne, rozgwieżdżone niebo zdają się mówić, że to spokojny kraj zamieszkany przez zgodnych i szczęśliwych ludzi. Kłamią, tak samo jak powieści.

Llosa nie należy do tych pisarzy, którzy ślepo wielbią swój kraj. Po raz kolejny odziera z poetyckości swoją ojczyznę. Wierzy, że odpowiednio postawiona diagnoza to pierwszy krok do wyleczenia. Przypomina w tym pisarza-narratora Historii…, który pisze swoją książkę o Maycie pełen wiary w to, że dzięki temu, że dokładnie pozna przeszłość, zrozumie, dlaczego na przestrzeni lat tak a nie inaczej zmieniło się Peru.

Przyzwyczaiłem się też przez ostatnie lata do tego, że obok bezpańskich psów widzę bezdomne dzieci, bezdomnych starców, bezdomne kobiety z zapałem grzebiących w odpadkach i szukających czegoś do zjedzenia, do sprzedania albo do nałożenia na siebie. To widowisko nędzy, dawniej ograniczone tylko do slumsów, potem do centrum, teraz stało się udziałem całego miasta, nawet takich jego części willowych i uprzywilejowanych, jak Miraflores, Barranco, San Isidro. Kto mieszka w Limie, musi się przyzwyczaić do nędzy i brudu albo zwariować, albo się zabić.

Llosa zwraca uwagę na trawiące Peru problemy, lecz nie zapomina także o pięknie swojego kraju. To niezmordowany bard Peru. Ale tylko tego prawdziwego – indiańskiego, niezeuropeizowanego. Podobnym do niego piewcą na kartach książki staje się młodziutki chorąży Vallejos. To właśnie on, ucząc na nowo Maytę jego własnego kraju, zabiera niemłodego już rewolucjonistę w Andy. Bo prawdziwe Peru jest w górach, nie na wybrzeżu. Wśród Indian, kondorów i andyjskich szczytów, a nie tutaj w Limie, mieście leniwym, zapatrzonym w cudzoziemców, nieperuwiańskim.

To, co wspólne dla historii Peru i historii Mayty, to trudna polityczna przeszłość, a zapis politycznych zwrotów tego ostatniego doskonale obrazuje kondycję peruwiańskiego systemu partyjnego. Partie polityczne niemal od początku swojego istnienia były na tyle słabe i nieudolne, że najczęściej traciły władzę na rzecz armii i prominentnych dowódców wojskowych. Przed 1900 rokiem Peru miało tylko trzech cywilnych prezydentów, a pierwszy w historii kraju cywilny rząd Manuela Pardo powstał dopiero w 1872 roku. Autorytaryzm rządów wojskowych ułatwił sukces socjalistom. W czasie represyjnych rządów Augusta B. Legui narodziła się pierwsza nowoczesna partia peruwiańska – Amerykański Ludowy Sojusz Rewolucyjny (Alianza Popular Revolucionaria Americana, w skrócie APRA). Założył ją przebywający na uchodźstwie w Meksyku lewicowy działacz Victor Raul Haya de la Torre. W latach 30. XX wieku konflikt między APRA i armią tak się zaostrzył, że na długo stał się główną osią życia politycznego Peru. Apryści toczyli walki z oddziałami wojska, a wojskowi, kiedy tylko mogli, brali na zwolennikach partii (zazwyczaj bardzo krwawy) odwet. W latach 40. drugim priorytetem APRA, obok działalności partyzanckiej, stało się werbowanie młodszych oficerów. To dlatego lewicowe sympatie chorążego Vallejosa nie powinny dziwić – w tamtym czasie było to niepożądane, ale dość powszechne.

Llosa przedstawia więc czytelnikom dziwne losy nietypowego trockisty, a opowiadaną historię ubiera w piękny język i zamyka w modernistycznej formie. Kolejne plany czasowe przenikają się niepostrzeżenie, podobnie jak rozmowy toczone z różnymi ludźmi w różnych okolicznościach i różnych czasach. Lecz mimo to powieść czyta się z łatwością. To wyborna, wielowątkowa i wielopoziomowa proza. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na poły autobiograficzna. Ale to już wie sam Llosa (jak i to, kim tak naprawdę jest Mayta ;)
Komentarze
  • 1
    mary 28 czerwca 2011 | 21:44:53

    Llosa to mistrz. Tyle. :)

  • 2
    Annie 28 czerwca 2011 | 21:49:41

    Krótko i na temat. I po co ja się tak rozpisywałam? :P

  • 3
    mary 28 czerwca 2011 | 22:53:00

    oj no jak to po co?? zebym mogla tak skomentowac :D
    Nie no, tak serio, nie przeczytalam jeszcze tej ksiazki wiec nie moge siłą rzeczy nic dodac czy ując, ale samo to ze piszesz o wielkopoziomowosci i wielu watkach... to juz jest znak ze Llosa z wprawy nie wyszedł. Mam sporo zaległosci bo w sumie to przczytalam dopiero jego 2-3 ksiazki..:)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję