„Brukselska misja”
Okładka książki „Brukselska misja”
  • Autor: Tobiasz W. Lipny
  • Tytuł: Brukselska misja
  • Liczba stron: 192
  • Rok wydania: 2008
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • ISBN: 978-83-7414-390-5
  • Wydawca: W.A.B., Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Warszawa
  • Logo wydawnictwa: W.A.B., Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 20 czerwca 2008 A- A A+
Podróż do domu minęła mi szybciej, niż się tego spodziewałem. Wuj Antoni dalej zajmował moje myśli, zwłaszcza, że facet, który siedział naprzeciwko mnie w przedziale, trochę mi go przypominał. Przez całą drogę czytał z zainteresowaniem jakąś książkę. Na okładce widniał fragment obrazu przedstawiającego dwie identyczne, przytulone do siebie młode kobiety, których fryzury i bielizna przywodziły na myśl późnie lata dwudzieste. Jako że tytuł powieści brzmiał „Kurlandzki trop”, przez parę minut spekulowałem bez powodzenia na temat ich możliwego związku z Kurlandią.

Podobnie ja, również bez powodzenia, studiowałam okładkę Brukselskiej misji. Muszę przyznać, że trochę mnie zdumiała – dotychczas na pierwszym planie była sztuka, zaś piękne kobiety pojawiały się, owszem, ale dopiero w treści powieści. Tym razem jest nieco inaczej. Od progu wita nas intrygująca brunetka o pełnych, malinowych ustach, zaś po jej prawej stronie, w cieniu, skryta jest sylwetka eleganckiego mężczyzny w garniturze. Ta zmieniona szata graficzna stanowi poniekąd zapowiedź zmiany także w samym gatunku powieści. Brukselska misja czerpie z motywów powieści sensacyjno-szpiegowskiej, a tak eksponowane w poprzednich tomach cyklu zagadki historyczno-kryminalne, właściwie tu nie występują. Motorem działań Karola nie są poszukiwania zaginionych skarbów sztuki, ale śmierć wuja Antoniego i konsekwencje z niej wynikające. Młody Bandura staje się mimowolnie pionkiem w rękach agentów międzynarodowych grup wywiadowczych i, zaabsorbowany walką o przeżycie, nie ma czasu na rozwiązywanie zagadek przeszłości.

Mam wrażenie, że powieść, pomimo tak sensacyjnej fabuły, jest mniej intensywna niż poprzednie tomy trylogii. Wcześniej, autor prowadził równolegle niejako dwa wątki: pierwszy – zorientowany wokół tajemnicy (czy to Madonny z konwalią, czy też kolekcji z Mitawy) oraz drugi – opowiadający o przygodach Karola, a wynikających z rozgrzebywania przez niego sekretów przeszłości. Powieści napakowane były zatem podwójną dawką zdarzeń i emocji, tymi z wtedy i z teraz. W Brukselskiej misji, w związku ze osadzeniem fabuły powieści wokół życiorysu wuja Dębickiego, siłą rzeczy tego nie ma. Owszem, biografia Antoniego kryje wiele tajemnic, niemniej jednak Karol nie prowadzi w ich sprawie żadnego dochodzenia, a o tym co robił jego wuj dowiaduje się dość często przypadkowo, od osób trzecich.

Mam też wrażenie, że Karol w tym wszystkim znowu zrobił się bardzo bierny. Podczas gdy w Kurlandzkim tropie kipiał energią i chęcią uczestniczenia we wszystkim, co możliwe, tu przyjmuje niemal ze spokojem wszystkie wydarzenia, które go spotykają. I bliżej mu do pogubionego Karola z Barocco, niż intrygującego akademika z Kurlandzkiego tropu. Właściwie sam siebie trafnie ocenił kiedy kontemplował Adama i Ewę Cranacha: Odegraliśmy scenę, odgrywaną na tym obrazie i odgrywaną o każdej godzinie na każdej długości i szerokości geograficznej. Przez wyrafinowaną, swobodną, zdążającą prosto do swego tajemniczego celu Ewę i trochę zagubionego, pewnie w sumie uczciwego chwieja, który aż się prosi, by go oszukać i wykorzystać. I zawsze potem płaci.

Zdecydowanie bardziej interesującym bohaterem tej powieści jest sama sztuka, która w Brukselskiej misji jest obecna, ale żyje niejako obok opisywanych wydarzeń. Miłość Karola do architektury zaowocowała przepysznym opisem Rue Molière, zaś zamiłowanie do malarstwa – emocjonalnymi opisami, chociażby, eksponatów brukselskich muzeów. Sztuka staje się w powieści podmiotem, faktycznym bohaterem, który dopomina się o swoje, przynależne mu skądinąd, miejsce. Jej obecność jest tym cenniejsza, że wyśmienicie ociepla brutalność świata, w którym przyszło obracać się Karolowi. Przytulność sztuki kontrastuje z bezwzględnością agentów i terrorystów, niosąc ukojenie i przydając pisarstwu Lipnego tak charakterystyczny dla niego styl.

Tajemniczy współpasażer Karola czytał Kurlandzki trop w pociągu, jednak mi powieści tzw. podróżne, kojarzą się z pustymi historiami, których poznanie nie wymaga od czytelnika żadnej uwagi i skupienia. A powieści z tej trylogii kryminalnej, choć krótkie, pełne są tylu smaczków i aluzji, że zamiast lektury przerywanej trzeszczącymi odgłosami z megafonów, polecałabym ich czytanie w domowym zaciszu. Dlatego, że są przewrotne i inteligentne (zwłaszcza dzięki postaci profesora Bandury i jego ciętemu językowi). A także dlatego, że pisane są cudnym, erudycyjnym (ale nie trudnym) językiem. Powieści czyta się z prawdziwą przyjemnością, gdyż pełne są smakowitych słów i wyrażeń, które dziś, traktowane jako przeżytki polszczyzny, wypadły z użycia. Jednak język Lipnego nie jest w tej jego ekskluzywności nadęty i napuszony. W sumie, w trakcie lektury, przyszło mi na myśl, że styl pisarza stanowi przykład wpływu kultury wysokiej na kulturę ludową (w tym przypadku masową). Lipny pokazuje, że powieść sensacyjno-kryminalna, utożsamiana dziś często z rozrywką na niewysokim poziomie (między innymi właśnie z powodu ograniczonego słownika jej twórców) może być czymś więcej i stanowić prozę naprawdę wysokiej jakości.

Podsumowując, Tobiasz W. Lipny kupił mnie Kurlandzkim tropem, który, moim zdaniem, jest najlepszą powieścią całej trylogii. Brukselską misję czytałam z przyjemnością, choć wynikała ona bardziej z przywiązania do bohaterów i mojej ciekawości co do ich dalszych losów, aniżeli zachwytu podobnego do tego, jaki towarzyszył mi podczas lektury poprzedniego tomu. O kupieniu mnie zadecydował też jeden fakt, który moja spostrzegawczość może dość późno zauważyła, bo dopiero przy Brukselskiej misji, ale który nie pozostał bez echa dla mojej sympatii do głównego bohatera, a mianowicie to, że Karol związany jest z miastem, w którym się urodziłam, w którym żyję i które kocham całym sercem – z Krakowem (no, chyba, że gdzieś jeszcze są stajnie w Konarach i skądś indziej do Brukseli jest 1,300 km ;) Słowem, póki co… Baj, baj, ou ou sewen! Ale… Hołp tu si ju sun :)
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję