„Smak dżemu i masła orzechowego”
Okładka książki „Smak dżemu i masła orzechowego”
  • Autor: Lauren Liebenberg
  • Tytuł: Smak dżemu i masła orzechowego
  • Tytuł oryginału: The Voluptuous Delights of Peanut Butter and Jam
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Małgorzata Trzebiatowska
  • Liczba stron: 192
  • Rok wydania: 2009
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 145 x 205 mm
  • ISBN: 978-83-928234-5-2
  • Seria: Z przyprawami
  • Wydawca: Smak Słowa, Agencja Wydawnicza
  • Miejsce wydania: Sopot
  • Logo wydawnictwa: Smak Słowa, Agencja Wydawnicza
  • Logo serii: Z przyprawami
  • Patronat Dziennika Literackiego
Recenzja
Data publikacji: 3 grudnia 2009 A- A A+
Rodezja, 1978 rok. Nyree i Cia O\'Callohan mieszkają na dalekiej farmie. Dorastają pod opieką dziadka-heretyka, samotnie prowadzącej gospodarstwo matki oraz wiecznie nieobecnego ojca, który walczy z miejscowymi terrorystami, Terrami. Ich świat to świat Afs, czarnych Afrykanów. Składają się na niego hołdy składane amadlozi, duchom przodków; targi o labola, cenę za pannę młodą, czy też obiady z sadza, tradycyjnego posiłku z kukurydzy. Choć żyją w bundu, na dalekich obszarach, otoczone bushveld, dzikimi terenami, pielęgnują w sobie pamięć o afrykanerskich osiągnięciach – uczą się historii kolonizacji Rodezji, podjadając w międzyczasie soet koekies, słodkie ciasteczka. Jednak pewnego dnia na ich pogrążonej w nieruchomym spokoju farmie pojawia się kuzyn Ronin. Ladaco, bękart, osierocony wnuk nieżyjącego już od wielu lat brata dziadka dziewczynek. Nagle idylliczna atmosfera znika, a nad niebem nad farmą Nyree i Cii zaczynają się zbierać czarne chmury. Początkowo drobne akty przemocy Ronina zaczynają nabierać na sile, lecz nikt nie zauważa zbliżającego się nieszczęścia…

Smak dżemu i masła orzechowego (2008) to debiutancka powieść Lauren Liebenberg – urodzonej w Rodezji afrykańskiej pisarki, która podobnie jak bohaterowie jej powieści opuściła swoją ojczyznę po wyborach z 1980 roku. To właśnie wtedy władzę w kraju przejęła organizacja kierowana przez Roberta Mugabe, a na mapie świata w miejsce kolonii stworzonej przez Cecila Rhodesa powstało nowe państwo – Zimbabwe. Jednak Liebenberg nie opowiada wyłącznie o skutkach działań podejmowanych przez ZANU-PF, Front Patriotyczny, ale również dzięki umiejscowieniu akcji swojej powieści w 1978 roku o tym, co było wcześniej – o buntach i krwawych rewolucjach, o UDI Iana Smitha, która doprowadziła do eskalacji nienawiści miejscowej ludności do białych władców Rodezji. Sytuacja polityczna postkolonialnej Afryki jest dla fabuły Smaku dżemu… niezwykle ważna. Dopiero zrozumienie jej pozwala czytelnikowi właściwie zinterpretować słowa, myśli i zachowania bohaterów książki.

Ojciec dziewczynek, Sean O’Callohan, jest partyzantem. Walczy z Terrami, terrorystami wywodzącymi się z rdzennej ludności, którzy dążą do przywrócenia Afryki czarnym Afrykanom. Liebenberg opowiada o bojownikach o czarną Afrykę, o Afrykanerach, o wciąż mających wpływ na Czarny Ląd Brytyjczykach. Każda z tych grup reprezentuje inne interesy i każda z nich ma w powieści miejsce na opowiedzenie własnej historii. Choć najciekawszą moim zdaniem opowiada dziadek dziewczynek, senior rodu, który przybliżając im historię Rodezji, nierzadko w niewybredny sposób komentuje walkę pionierów o przetrwanie w afrykańskiej dziczy i działalność Rhodesa.

Zresztą język, jakim posługuje się Patrick O’Callohan, generalnie jest raczej soczysty. Jego uwagi są celne, a pikantne metafory tylko pogłębiają wrażenie trafności jego sądów. Dziadek, będący u progu swego życia, podobnie jak dziewczynki widzi i czuje znacznie więcej. Jest jednym z nielicznych, którzy poznają się na Roninie. Widzą w nim złego, niebezpiecznego człowieka. On także rozumie, że tak wielbiona przez wielu przyroda, wcale nie jest przyjacielem ludzi. Zapachy i smaki Afryki, choć egzotyczne i piękne, nie niosą dobra. Natura nie jest niczym innym, jak synonimem wrogości i zła. Męczy, przynosi rozdrażnienie, sprawia ból. Uwodzi, aby zniszczyć człowieka.

Na zewnątrz zachodzi proces rozkładu, lecz jest to cudowny rodzaj rozkładu. Dekadencki. Powietrze jest ciężkie i pachnące, ale wypełnione delikatnym słodko-mdlącym aromatem – aromatem zgnilizny jak mówi „Oupa”. Wydaje się zmiękczać światło, spowijając mgłą zbyt żywe kolory w ogrodzie.
- Cholernie obsceniczne – mawia o tym „Oupa”, potrząsając głową. – Jak paryski burdel.


Lauren Liebenberg przemienia bezkresne afrykańskie przestrzenie w miejsce szalenie klaustrofobiczne. Przyroda nie dość, że dusi i przytłacza, to jest również osobliwie obrzydliwa. Rozkładające się liście paproci, oślizgłe stworzenia podziemnego świata, natrętne owady, fermentujące wnętrzności owoców mango… Rodezja umiera nie tylko jako byt polityczny, ale jako żywy organizm. Butwieje, psuje się, cuchnie. Staje się gasnącym krajem dla gasnących ludzi.

Równie wroga jak natura jest również magia opisywana przez Liebenberg na kartach jej książki. Jej nośnikiem bywa niemal wszystko: przyroda, kulty afrykańskie, wiara katolicka czy też baśnie i bajki Enid Blyton oraz braci Grimm. Sękate pnie zamieszkują małe wróżki, które żywią się zapachem kwiatów i które, gdy stąpają po ziemi, pozostawiają za sobą dywan z muchomorów i białych cieni. Są wróżki ziemskie i wróż powietrzne, a także wodne, mieszkające w jeziorach, rzekach, stawach, źródłach, studniach, fontannach, a nawet kroplach deszczu i łzach. Są skrzaty i chochliki oraz mały goblin, zwany Boon, który strzeże dzieci przed złymi snami, a za każdym razem, gdy ktoś mówi, że nie wierzy we wróżki, jedna z nich umiera. Ale nie wszystkie wróżki są dobre. Są też złe wróżki. Czerpią siłę z ciemnej strony księżyca. Jak Water Fay. Mieszka ona na zarośniętych trzciną brzegach samotnych stawów. Wabi cię swoimi pieśniami i oczyma, które są jak fragmenty duszy ziemi. Pieści cię i pociąga w dół, w swoje wodne objęcia. I tam spoczniesz na zawsze, twe oczy nie będą widziały chwastów zapychających ci usta.

Magiczny jest także język – egzotycznie brzmiące słowa niosą tajemnicę. W każdym z nich unoszą się duchy przeszłości. Różne dialekty – rodezyjski, Zulu, afrykanerski czy Bantu – mieszają się z szumem falujących skrzydeł skrzydlatych mrówek, stąpaniem złotych kulistych pajączków i obfitym afrykańskim deszczem. Magiczne są sylwetki małych bohaterek – zwłaszcza Cii, siedmioletniej siostry Nyree, narratorki książki.

Smak dżemu i masła orzechowego to mroczna, niepokojąca, ale zachwycająca powieść. Pełna intensywnych emocji i zapadających w pamięć bohaterów. Tytułowe kanapki z dżemem i masłem orzechowym są ostatnim śladem szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa dziewczynek. Jedzone po latach, słodkie i niepozorne, gorzko przypominają, że radosne są tylko chwile…
Komentarze
  • 1
    mary 6 grudnia 2009 | 11:10:57

    ta seria coraz bardziej mnie kusi..

  • 2
    Annie 6 grudnia 2009 | 23:45:31

    A będzie kusić jeszcze bardziej, bo kolejne pozycje tej serii zapowiadają się co najmniej tak samo apetyczne ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję