„W piaskownicy światów. Epos wrocławski”
Okładka książki „W piaskownicy światów. Epos wrocławski”
  • Autor: Stanisław Karolewski
  • Tytuł: W piaskownicy światów. Epos wrocławski
  • Język oryginału: polski
  • Liczba stron: 200
  • Rok wydania: 2009
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 135 x 200 mm
  • ISBN: 978-83-9293-52-0-
  • Wydawca: Szarlatan, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Wrocław
  • Logo wydawnictwa: Szarlatan, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 29 grudnia 2009 A- A A+
Fiodor Dostojewski w Łagodnej pisał: Zdarza się, że ktoś pogrążony w głębokim śnie nagle odmyka oczy, nawet na chwilę unosi głowę i rozgląda się po pokoju, i zaraz potem, straciwszy świadomość, znowu kładzie głowę na poduszce i zasypia, nic nie pamiętając. Gdyby jednak nie położył głowy na poduszce i nie zasnął, lecz sięgnął po pióro, aby opisać, co widział, powstałaby powieść taka, jak W piaskownicy światów. Byłoby bowiem wręcz nieprawdopodobne, aby zobaczywszy to, co zobaczył, w takim momencie ponownie zamknął oczy i pozwolił zobaczonemu światu odejść w zapomnienie, nie próbując go uprzednio uchwycić w słowa. Zamknięte w klatce z papieru obrazy złożyły się na debiut, który składa się na nadzwyczajną opowieść o zwyczajnych ludziach.

Głównym bohaterem, a zarazem narratorem W piaskownicy światów, jest Michał – młody Wrocławianin, który żyje z tłumaczenia polskiej kultury obcokrajowcom. Mieszka w niewielkim mieszkaniu na poddaszu jednej z kamienic z Juliette – piękną Czeszką. Pewnego dnia mężczyzna spotyka Alicję, swoją dawną miłość. To nieoczekiwane spotkanie rozbudza w nim ogrom wspomnień. Wędrując po mrocznych, deszczowych ulicach Wrocławia, Michał zaczyna lepić ze strzępków myśli, odnajdywanych w zakamarkach pamięci, wielką opowieść. O kobietach jego życia, ukochanym mieście i o nim samym. Jednak trudno wierzyć w jej prawdziwość – czy Michał rzeczywiście opowiada o swojej przeszłości, czy może majaczy, spowity oparami alkoholu po kolejnej libacji? Może to tylko sen? Czy jednak śniący nie śni, leżąc w śpiączce? Albo w śnie somnambulicznym? A może jest rezydentem domu dla obłąkanych, który swoimi kolorowymi wymysłami zamalowuje tamtejsze ściany? Ciągnące się kilometrami, wzdłuż wszystkich pięter, wypełniające przestrzeń między pokojami i korytarzami, rozpierające się w gabinecie zabiegowym i w separatce, wrzynające pomiędzy pacjentów i personel – białe ściany

Tak, jak nie wiadomo, czy historia Michała jest rzeczywiście opowiadana, tak nie wiadomo, czy Wrocław Karolewskiego istnieje naprawdę. Mroczny, mglisty, skąpany w strugach deszczu sprawia wrażenie nierzeczywistego. Jest oniryczny, magiczny i… zaklęty. Zaklęte są w nim niestworzone historie, które ożywają, kiedy tylko usłyszą stukot obcasów Michała, wędrującego po jego uliczkach. A te kryją czarodziejskie kamienice, diabelskie targowisko czy dom figur woskowych, w którym na balu tańczy Małgorzata z Myszkinem, gdyż jej Mistrzowi nie udało się wyplątać z labiryntu wrocławskich dróg. Bramy starych kamienic pochłaniają wędrowców. Więżą ich w swoich otchłaniach. Ukontentowane, mlaszczą, ze smakiem skrzypiąc żelaznymi furtami. Dźwięcznie skrzypią również drzwi, prowadzące do miejsc, które kryją wiele cudowności. Do miejsc z rodzaju tych, które na dobrą sprawę powinny istnieć raczej w literaturze niż w życiu, po przekroczeniu progu których czujmy, że właśnie przestały działać na nas zwykłe fizyczne prawa. O ile odczuwamy jeszcze siłę grawitacji, to nie jesteśmy już pewni, czy nie zaatakuje nas latająca książka, a czas – malutki i śmieszny w tym miejscu – przestaje nas obchodzić.

Stanisław Karolewski, za pośrednictwem swojego bohatera, zaprasza czytelników do najdroższego mu we Wrocławiu miejsca. Do swojego antykwariatu, do Szarlatana. To jego cmentarz zapomnianych książek, zwany literackim labiryntem fauna. A może sierocińcem tekstów, które czekają na ukochanie? Na swojego pana? Choć tak naprawdę to słowa mają władzę nad człowiekiem, nie odwrotnie. Nawet pisarz nie jest w stanie utrzymać ich w ryzach. To za nimi kryją się historie. Za historiami zaś przypominający ziarnka piasku ludzie. Dziesiątki, setki, tysiące mieszkańców Wrocławia to dziesiątki, setki, tysiące drobin kwarcu, zdających się odrębnym, skończonym światem, rządzącym się swoimi prawami i mającym własną historię, czekającą opowiedzenia.

Karolewski zdaje się wyrażać pogardę dla logiki i zdrowego rozsądku. Jest głosicielem kultu wyobraźni. Niczym surrealiści zaprasza do innego, swojego własnego, wewnętrznego świata. Nie ukazuje istniejącej rzeczywistości, lecz nakazuje odkrywanie nowej i zwrócenie się w kierunku snów i stanów podświadomości. Jego powieść to miękkie zegary Salvadora Dalego, wielobarwne prace Joana Miró, akty marionet Georgio de Chirico czy obrazy Davida Lyncha. To historia, której częściami są absurdalny humor, nastrój dusznego horroru oraz osobliwe postaci, bezustannie tropiące dziwność istnienia w zaczarowanym Wrocławiu…
Komentarze
  • 1
    Wok 4 stycznia 2010 | 21:24:03

    Świetna książka. Trzyma wysoki poziom, wciąga i zostaje w pamięci.

  • 2
    ONA 11 stycznia 2010 | 15:50:16

    Polecam. Zachłysnęłam się....

  • 3
    Annie 11 stycznia 2010 | 22:19:25

    Cieszę się, słysząc, że powieść zjednała sobie serca czytelników. To naprawdę wartościowa proza :)

  • 4
    Mariah 18 stycznia 2010 | 19:11:04

    Świetna recenzja, napisana naprawdę pięknym językiem! Czyżby to wpływ prozy Karolewskiego? :)
    A ja koniec końców nie napisałam do niego maila, zajęłam się robotą i zupełnie wyleciało mi to z głowy. Zresztą, pewnie i ta nie miałabym teraz czasu na przeczytanie tej książki.

  • 5
    (jajecznica!) 28 marca 2010 | 0:28:48

    Senny i surrealistyczny Wrocław. jak dla mnie bardzo osobista opowieść....jak najbardziej polecam....

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję