„Moje Indie”
Okładka książki „Moje Indie”
  • Autor: Jarosław Kret
  • Tytuł: Moje Indie
  • Język oryginału: polski
  • Liczba stron: 336
  • Rok wydania: 2009
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 145 x 205 mm
  • ISBN: 978-83-247-1802-3
  • Wydawca: Świat Książki, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Warszawa
  • Logo wydawnictwa: Świat Książki, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 27 grudnia 2009 A- A A+
Azja nie jest kontynentem, który by mnie w jakikolwiek sposób pociągał. Zdecydowanie bliższa jest mi zachodnia hemisfera i to teksty opowiadające o życiu po drugiej stronie Atlantyku pochłaniam najchętniej. To właśnie tam są moje Indie, te quasi-Indie Kolumba. O tych prawdziwych wiem niewiele, bo i wiedza na ich temat nie była mi do tej pory szczególnie potrzebna. Jednak Aravind Adiga i Preethi Nair rozbudzili we mnie apetyt na Bharat. Postanowiłam więc go poznać, a za przewodnika po tej krainie obrałam sobie Jarosława Kreta.

Moje Indie to książka szczególna – ni to reportaż, ni to powieść podróżnicza, ni to pamiętnik. Napisana lekko, z humorem i swadą, stanowi zbiór reminiscencji Jarosława Kreta z jego wielokrotnych podróży do Azji. Bo to tak naprawdę zapis spełniania marzeń podróżnika, w którym dzieli się on z czytelnikiem poznanymi zapachami, smakami, doznaniami, które wywiózł z ukochanego kraju. Tego, który przemierzył wzdłuż i wszerz, zauroczony jego pięknem i historią. Do którego trafił przez przypadek.

Nie chciałem lecieć do Indii. Jest przecież na świecie tyle innych pięknych miejsc do zobaczenia… A tam tłum, ciasnota, znów pewnie ta bieda. Czego tam szukać? Trafiłem do Indii przez przypadek. I najchętniej nigdy bym już stamtąd nie wyjeżdżał.

Jarosław Kret, niczym pan na włościach, oprowadza czytelników po wszystkich wspaniałościach Indii: zapoznaje nas z rodziną z Delhi, ukazując, jak wygląda jej życie na co dzień; zabiera nas na wycieczkę do Tadź Mahal, świątyni miłości; częstuje bhangiem, narkotycznym napojem podczas święta Holi... Chce, abyśmy poznali każdy zakamarek Indii: kuchnię, kulturę, historię, tutejsze tradycje i zwyczaje. Nie jest bezkrytyczny, nie jest też europocentryczny. Wie, jak opowiadać.

Choć autor znany jest powszechnie jako „pan od pogody”, żeby nie rzec „pogodynek”, mało kto wie, że Jarosław Kret jest nie tylko prezenterem, ale nade wszystko dziennikarzem i fotoreporterem. Studiował egiptologię, a także archeologię śródziemnomorską, afrykanistykę i kulturoznawstwo. Na szklanym ekranie zadebiutował na początku lat 90. Prowadził autorski program telewizyjny „Klub Podróżników\", nakręcił ponad 20 filmów dokumentalnych i reportaży w Azji, Afryce, Ameryce Południowej i Europie. Przez trzy lata pracował jako redaktor i fotoreporter w „National Geographic Polska”. Od 2002 jest prezenterem pogody w TVP, a obecnie również gospodarzem programu „Planet według Kreta”. Moje Indie to kolejna jego książka.

Dwa jej fragmenty zwróciły moją szczególną uwagę. Pierwszy dotyczył zupełnie nieznanego mi wcześniej indyjskiego wątku w XX-wiecznej historii Polski. W latach 1942-43, za zgodą i z pomocą maharadźy Dźama Saheba Digwidźajsinhdźi\'ego, zostało ewakuowanych do Indii blisko tysiąc polskich dzieci; sierot po wysiedlonych do ZSRR Polakach zgromadzonych przy armii generała Władysława Andersa. Rada Książąt Indyjskich za pośrednictwem konsula RP w Mumbaju, Eugeniusza Banasińskiego, zorganizowała dwie ekspedycje ratunkowe PCK z lekami i żywnością dla Polaków zesłanych na południe ZSRR, oraz rozpoczęła budowę osiedla dla tysiąca dzieci i ich opiekunów w wiosce Balaćadi obok Dźamnagaru, stolicy księstwa Nawanagar. Dwunastego marca 1942 roku z Aszchabadu do Indii wyruszył pierwszy transport około dwustu polskich sierot. Do końca roku kolejne transporty morskie i lądowe dowiozły do Balaćadi około tysiąca polskich dzieci. Kolejne cztery lata tysiąc polskich uśmiechów rozświetlało Balaćadi i okolicę. (…) W 1945 roku rozpoczął się powolny proces szukania rodzin zastępczych oraz rozsyłania dzieci i sierot do Anglii, Kanady, USA, Nowej Zelandii i Australii. Rok później nowe władze w ludowej ojczyźnie, która spod jednej okupacji dostała się pod drugą, upomniały się o „porwane przez Brytyjczyków” polskie dzieci z Balaćadi. (…) W 1946 roku, w obliczu przymusowej deportacji do Polski ponad dwustu sierot, które pozostawały jeszcze w ośrodku Balaćadi, komendant obozu ksiądz Franciszek Pluta, brytyjski oficer Geoffrey Clarke i oczywiście maharadźa Dźam Saheb Digwidźajsinhdźi dokonali formalnej zbiorowej adopcji sierot, by spokojnie szukać dla nich rodzin zastępczych. Ciekawe? To mało powiedziane.

Równie intrygujący okazał się dla mnie rozdział poświęcony Buthanowi; himalajskiemu królestwu, które było mi znane dotychczas jedynie z nazwy. Zdjęcia dopełniające ten krótki reportaż są jednymi z najpiękniejszych w całej książce. Tak naprawdę musiała wyglądać Shangri-La Hiltona.

Podsumowując, lektura Moich Indii, wypełnionych ciekawostkami i fotografiami, okazała się wyjątkową przyjemnością. Zwłaszcza teraz, kiedy mróz szczypie w nos, podmuch ciepłego indyjskiego wiatru dostarczył mi wiele radości. Właśnie takich opowieści chciałabym słuchać, siedząc przy rozpalonym kominku. Niewolnych od powtórzeń, opowiadanych prostym językiem, zwyczajnych, bo to nie kwiecisty styl autora ma być bohaterem wieczoru, a miejsca dotychczas dotykane jedynie palcem wodzącym po mapie…
Komentarze
  • 1
    mary 29 grudnia 2009 | 18:19:41

    też to mam, bo mnie wręcz przeciwnie, bardzo ciągnie w stronę Azji, natomiast usunełabym pana Kreta z okładki.. ;)

  • 2
    Annie 29 grudnia 2009 | 21:24:42

    No wiesz, tak wycinać Autora? ;) A kogo byś chciała w zamian? ;))

  • 3
    mary 29 grudnia 2009 | 21:40:55

    wystarczyłby mi ten widoczek w tle ;)

  • 4
    Orianka 30 grudnia 2009 | 0:41:42

    He he :) Ja chyba też zostawiłabym widoczek...Choć na pewno obecność "pięknego Pana z TV" wpłynęła na popularność książki ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję