„Dom Juliusów”
Okładka książki „Dom Juliusów”
  • Autor: Charlaine Harris
  • Tytuł: Dom Juliusów
  • Tytuł oryginału: The Julius House
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Martyna Plisenko
  • Liczba stron: 288
  • Rok wydania: 2014
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 130 x 200 mm
  • ISBN: 978-83-7674-281-6
  • Wydawca: Replika, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Zakrzewo
  • Logo wydawnictwa: Replika, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 12 lipca 2015 A- A A+
Recenzent „Kirkus Reviews” napisał, że Dom Juliusów to z pewnością najdziwniejsza z przygód Roe. Traktuję to jako eufemizm i kulturalne określenie najsłabszej jak dotąd powieści Charlaine Harris z cyklu opowiadającego o przygodach bibliotekarki z Lawrenceton. Po doskonałych trzech częściach serii, amerykańska pisarka zaliczyła wpadkę. Wypadek przy pracy, spadek formy, a może po prostu brak pomysłu? Trudno orzec. Skutki są jednak opłakane.

Aurora Teagarden kwitnie. Odkąd w jej życie wkroczył bogaty biznesmen Martin Bartell, Roe wreszcie czuje się spełniona. Ba, wręcz czuje się najszczęśliwszą kobietą na świecie! W końcu po latach staropanieństwa wychodzi za mąż i to za wymarzonego faceta! Menadżer Pan-Am Agra ma czterdzieści pięć lat, dwudziestotrzyletniego syna oraz ujmujące brązowe oczy. Para szykuje się do ślubu, a młoda bibliotekarka rzuca się w wir przedweselnych przygotowań. Dopieszcza menu, poprawia suknię ślubną, dobiera dodatki. Jednak w swoim napiętym grafiku musi znaleźć także czas na remont i urządzanie domu. Roe otrzymuje bowiem w prezencie od ukochanego rezydencję Juliusów. Budynek, który od lat fascynuje Aurorę, ma być nowym domem państwa Bartellów.

Powiedzieć, że byłam tym zaskoczona, to niedopowiedzenie; byłam wręcz oszołomiona. (…) Dom Juliusów leżał na obrzeżach Lawrenceton, pośród otwartych pól, zwykle obsadzonych bawełną. (…) Juliusowie mieszkali w nim przez kilka miesięcy sześć lat temu. Wyremontowali go. T.C. Julius dodał mieszkanie nad garażem dla matki pani Julius. Swoją córkę zapisali do miejscowej szkoły średniej. Potem zniknęli. Bez śladu. Pozostał po nich jedynie nakryty do śniadania stół.

Mimo upływu czasu, tajemnica zniknięcia Juliusów wciąż intryguje mieszkańców Lawrenceton. Zbrodnia w afekcie? Ucieczka przed prawem? A może porwanie przez kosmitów? Momentami niedorzeczne spekulacje nawet po latach rozpalają wyobraźnię sąsiadów zaginionej rodziny. Głowa Aurory także goreje. Co się stało z T.C., Hope i Charity? Zagadka nie daje dziewczynie spokoju. To dlatego mimo gorączki przedślubnych przygotowań, Roe zamierza dowiedzieć się, jak najwięcej o okolicznościach zaginięcia Juliusów. Jednak przypadkowo odkrywa tajemnicę w swoim najbliższym otoczeniu. Podczas szykowania ślubnego prezentu dla swojego wybranka, nieoczekiwanie zderza się z niejasną przeszłością Martina. A jakby tego było mało, do mieszkania nad garażem wprowadza się dziwne małżeństwo Youngbloodów, którzy mają dbać o bezpieczeństwo Aurory. Co jej grozi, że musi mieć ochronę? Martin nabiera wody w usta, a Roe zaczyna bić się z myślami. Dziewczyna zaczyna zastanawiać się czy pewno wie, kim jest człowiek, za którego wychodzi? I czy na pewno chce zostać jego żoną? Rozwój wypadków sprawia jednak, że przestaje mieć w tych sprawach cokolwiek do powiedzenia.

Dom Juliusów (1995) to czwarty tom cyklu, którego główną bohaterką jest Aurora Teagarden – sympatyczna bibliotekarka z niewielkiego Lawrenceton w stanie Georgia. Niektórzy mieszkańcy miasteczka uważają ją za nową Calamity Jane, ponieważ śmierć ciągnie się za nią jak jakiś paskudny zapach. Ta trzydziestoletnia pasjonatka kryminałów od kilku lat przyciąga bowiem do siebie zbrodnie. Mimo młodego wieku Roe już wielokrotnie była świadkiem morderstw. Niejednokrotnie sama znalazła się w niebezpieczeństwie. A mimo to wciąż pakuje się w nowe kłopoty. Tajemnice przyciągają ją jak magnes.

Aurora dała się poznać jako osoba inteligentna i błyskotliwa, cechująca się przenikliwością. Spostrzegawcza, momentami nawet wścibska, a mimo to bardzo lubiana. Łatwo nawiązująca kontakt z ludźmi, ceniona za poczucie humoru i zdrowy rozsądek. Tymczasem na kartach Domu Juliusów pojawia się bohaterka Auroropodobna. Bez wyrazu, bez ikry, bez dowcipu. A do tego totalnie bezmyślna. W czwartym tomie serii Roe jest zaledwie cieniem samej siebie. Z pasją oddaje się jedynie zakupowi firanek. To dlatego Dom Juliusów to nie wciągający kryminał z wątkiem romansowym, a pamiętnik zakupoholiczki z elementami DIY.

Zaczęłam objaśniać, pokój po pokoju, poczynione przez siebie plany i pokazywać im próbki farby, tapet i wykładzin, które pogrupowałam w składanym folderze. W częściach przyporządkowanych każdemu pomieszczeniu były także listy koniecznych napraw lub zmian, a na przedzie przykleiłam taśmą wykaz spraw, które miałam jeszcze do zrobienia, zanim wyjedziemy w podróż poślubną. Na tej liście znajdowały się takie rzeczy, jak:
„Zamówić dostarczanie gazet.
Zamówić nowe naklejki adresowe.
Nowa karta biblioteczna.
Pudła z książkami w domu.
Nową kuchenkę przywiozą w poniedziałek przed południem.” I tak bez końca
.

Charlaine Harris potraktowała intrygę kryminalną po macoszemu i zupełnie zmarnowała potencjał zagadki zaginięcia rodziny Juliusów. Ten wątek jest zaledwie dodatkiem do opowieści o trudach związku Aurory i Martina. Dziewczyna bardziej opowiada o chęci rozwikłania tajemnicy niż faktycznie ją rozwiązuje. Owszem, odbywa kilka rozmów z ludźmi, którzy znali Juliusów, próbuje też węszyć po okolicy, ale gdyby nie przypadek, jej działania nigdy nie przyniosłyby żadnych rezultatów. To rozczarowujące, zważywszy na to, że to śledztwo miało być najważniejszym i najbardziej osobistym dochodzeniem w życiu dziewczyny.

Nowi bohaterowie składają się nie z komórek a z mikrotajemnic. W efekcie i Bartell, i Youngbloodowie są dwunożnymi enigmami, które zupełnie nie wpisują się w świat przedstawiony powieści. Rażą swoją innością, nie zjednują sympatii, czasami wręcz irytują. Mierzi także struktura książki. Z uwagi na mnogość wątków, fabuła przypomina chaotyczny patchwork, a nie rozmyślnie uporządkowaną konstrukcję. Odbija się to na dynamice i jakości powieści. Dom Juliusów to grafomański wybryk, a nie dzieło doświadczonej skądinąd pisarki. Lekturę książki skończyłam bez żalu. I bez apetytu na kolejny tom cyklu, co jak do tej pory w przypadku Aurory nigdy mi się nie zdarzyło. Szkoda, bo wiele obiecywałam sobie po tej znajomości.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję