„Wszystkie szczęśliwe rodziny”
Okładka książki „Wszystkie szczęśliwe rodziny”
  • Autor: Carlos Fuentes
  • Tytuł: Wszystkie szczęśliwe rodziny
  • Tytuł oryginału: Todas las familias felices
  • Język oryginału: hiszpański
  • Liczba stron: 416
  • Rok wydania: 2007
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 125 x 200 mm
  • ISBN: 978-83-247-0530-6
  • Seria: Lemur
  • Wydawca: Świat Książki
  • Miejsce wydania: Warszawa
  • Logo wydawnictwa: Świat Książki
Recenzja
Data publikacji: 24 czerwca 2008 A- A A+
Najnowsze dzieło Carlosa Fuentesa zadziwia. Niczym kameleon, na przestrzeni ponad czterystu stron zmienia się, przybierając różne barwy i powołując do życia różne rzeczywistości. Jednak każdy z tych wielu czasów, każda z odmiennych epok, współistnieje ze sobą i łączy się w jedną, spójną całość. Szesnaście opowiadań przemienia się w jedną powieść; w historię wszystkich szczęśliwych rodzin opowiadaną w rytm meksykańskiego bolera…

Carlos Fuentes, wybitny pisarz, eseista, publicysta, były dyplomata (ambasador Meksyku we Francji) urodził się w 1928 roku w Panamie. Obywatel świata, lecz przed wszystkim zachodniej hemisfery. Dorastał w Ekwadorze, Brazylii, Urugwaju. Mieszkał w Waszyngtonie, Santiago, Buenos Aires. Choć utożsamiany z Meksykiem, w swojej prozie ujmuje wyjątkowość całego regionu, a miłość do Ciudad de México okrasza sentymentem do Chile czy Nikaragui. Jego miłość do miasta Meksyk wyczuwa się od pierwszych kart książki, jednak ma ona specyficzny charakter – surowy, momentami odrażający, nieco patologiczny. Meksyk. Makesick City. Fuentesa intryguje brzydota miasta, jego fizyczna i moralna degrengolada. Jego współczesny opis zawiera w treści pieśni chórów meksykańskiej ulicy, które dzielą powieść na pomniejsze rozdziały. To tu opowiada o przemocy, przerażającym ubóstwie, bestialstwie i brzydocie. W opowiadaniach zaś, pisarz zawiera ciepłe wspomnienia o mieście, które od lat przechowuje w pamięci. Prowadzi bohaterów w miejsca niegdyś mu bliskie, a każda wizyta w tych uświęconych reliktach przeszłości, staje się pretekstem do snucia opowieści o dawnym Meksyku i jego mieszkańcach:

Był to ostatni zryw lat czterdziestych, albowiem już wkrótce potem miasto rozrosło się do tak gigantycznych rozmiarów, że próby zgrupowania się pod sztandarem kultury i zyskania osobowości dzięki awangardowym inicjatywom straciły jakiekolwiek szanse powodzenia. Na kulturalnym horyzoncie majaczyła już Zona Rosa, skrzyżowanie St. Germain des Prés z Greenwich Village, dzielnica, której centrum stanowiła Café Tyrol, ochrzczona tak przez uwodzicielsko drapieżnego malarza José Luisa Cuevasa, lokal, gdzie każdego wieczoru zjawiały się takie sławy jak przebywający w Meksyku od 1960 roku kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez.

Dla Fuentesa ostoją meksykańskości jest rodzina, ale nie ta najbliższa składająca się z rodziców i ich dzieci, ale całe rody – ciotki, wujkowie, kuzyni… Wszyscy krewni. To oni gromadzą doświadczenia jednostek i przechowują pamięć o tradycji, a te, zebrane razem, budują tożsamość młodego Meksykanina. To rodzina jest także nośnikiem, na którym zapisujemy się my sami. To ona przechowuje nasze istnienie.

Mojej rodzinie nie przeszkadza zapomnienie. Nie przeszkadza jej, że za pół wieku nie zostanie po niej nawet ślad. Mnie przeszkadza. Bardzo przeszkadza. Co mam robić? Kto zachowa mnie w pamięci? Jak mam zarysować tę ścianę?

Funtes podejmuje w swojej książce wiele tematów, jednak do dwóch z nich odnosi się uderzająco często. Pierwszy to miłość rozpatrywana w niemal wszystkich możliwych aspektach i formach. Drugi to przemijanie.

Pisarz snuje rozważania na temat utraconej młodości, a pamięć o niej zamyka w spojrzeniach swoich bohaterów. To one zachowują obrazy z przeszłości, minione piękno i młode odbicie. Bohaterowie Fuentesa, podobnie jak on sam, godzą się ze starością. Akceptują ją i spokojnie rozliczają się z własną historią. Bez goryczy, bez żalu. Jego bohaterowie są paniami i panami has been, relikwiami przeszłości. Ostatnimi Meksykanami zasiadającymi do kolacji w sukniach balowych i smokingach.

Proza Fuentesa to czysta potencja. Pustka płynna jak powietrze, lotna jak ocean. Niewidzialne zwierciadło. Opowieść, która wciąż zaczyna się od początku i którą za każdym razem można odczytywać w inny sposób. Kluczem do niej jesteśmy my sami. Nasze potrzeby, pragnienia, problemy. Fuentes daje nam pewne ramy, które wypełniamy własną treścią. Daje nam też niesamowite uczucie odprężenia, kiedy pozwala wsłuchać się w brzmienie wypowiadanych przezeń słów.

Jest mistrzem metafor. Składa słowa w misterne konstrukcje, które intrygują i zachwycają. Co kilka stron odnajdywałam prawdziwe perełki, w których zaczytywałam się i do których wracałam wielokrotnie podczas lektury. To zdania, które odurzają swoją melodią. Które są piękne tylko przez to, że właśnie są.

Już od dłuższego czasu wyjątkowe osobowości roztapiały się w siarczanej magmie miasta, kolejne grupy ulegały rozpadowi i człowiekowi spragnionemu odmiany nie pozostawało nic innego, jak tylko szukać w tym wielkim stogu błyszczącej igły ekscentryczności.

Fuentes nadaje specyficzną melodię nie tylko słowom, ale całym zdaniom. Przełamuje klasyczną formę powieści, eksperymentuje z tworzywem jakim jest litera czy wyraz. Zarzuca znaki przestankowe, tworzy neologizmy, miesza hiszpański z angielskim. To wszystko przydaje tekstowi zupełnie nowy rytm. Dodaje pewnej muzyczności, która stanowi o jego unikalności. Frapuje. Niemniej jednak, i tak najbardziej urzekły mnie opowiadania proste w konstrukcji, lecz niezwykle bogate w treści. Trzy teksty: Kochankowie, The gay divorcee i Uciążliwy brat.

Bohaterowie Fuentesa są niejednoznaczni. Bardzo ciężko jest zrozumieć ich motywacje, zachowania, czasem pragnienia. Trudność w ich odbiorze wzrasta, kiedy dodatkowo weźmie się pod uwagę przewrotną rzeczywistość w jakiej funkcjonują i jej specyficznie meksykański kontekst. Tłumaczka Fuentesa, Barbara Jaroszuk, podkreśla, że powieść wymaga wzmożonego wysiłku ze strony czytelnika. I faktycznie, była dla mnie trudna i wymagała ode mnie o wiele więcej, niż inne, również latynoamerykańskie, teksty. Fuentes z nieładu słów ułożył spójną opowieść o meksykańskich rodzinach, która stanowi prawdziwe wyzwanie intelektualne. Cieszę się, że je podjęłam, ale równocześnie przeczuwam, że prędko go nie powtórzę. Wszechobecny turpizm wykończył mnie emocjonalnie. Fuentes przeprowadził mnie przez świat, o którym wiedziałam, że istnieje, ale który dopiero po tym spotkaniu uzmysłowił mi swoją potęgę i siłę. Rzeczywistość, kolejny już raz, okazała się straszniejsza niż wykreowana w mojej świadomości fikcja.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję