„Dom w Fezie”
Okładka książki „Dom w Fezie”
  • Autor: Suzanna Clarke
  • Tytuł: Dom w Fezie
  • Tytuł oryginału: A House in Fez
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Alicja Oleksy-Sroga
  • Liczba stron: 304
  • Rok wydania: 2012
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 148 x 207 mm
  • ISBN: 978-83-63531-00-3
  • Seria: Kolory Wschodu
  • Wydawca: Lambook, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Kraków
  • Logo wydawnictwa: Lambook, Wydawnictwo
  • Logo serii: Kolory Wschodu
  • Patronat Dziennika Literackiego
Recenzja
Data publikacji: 19 września 2012 A- A A+
Jest czwartym pod względem wielkości miastem marokańskiego królestwa. Swoją funkcję stołeczną utracił wieki temu na rzecz Rabatu, jednak po dziś dzień uznaje się go za najważniejszy ośrodek kulturalno-religijny Maroka. To tu znajduje się jeden z najstarszych uniwersytetów świata, na którym rzekomo studiował papież Sylwester II. Jego medyna została w 1981 roku wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Podobno składa się na nią dziewięć i pół tysiąca ulic i uliczek, z których nie sposób wyplątać się bez pomocy miejscowego przewodnika. Przy wielu z nich znajdują się dziesiątki straganów, które aż uginają się od ciężaru wielokolorowych towarów. Na parterach domów poukrywane są otwarte na ulicę sklepy i warsztaty. W powietrzu unosi się gryzący zapach znad garbarni, który czasem miesza się z ostrym aromatem przypraw wydobywającym się z maleńkich restauracji. W feskiej medynie nieustannie panuje gwar, jednak w kakofonii dźwięków można z łatwością wyróżnić te, unoszące się znad Riadu Zany. Miarowy stukot młotków, szmer papieru ściernego, szelest mioteł, wizg pił i mieszaninę daridży, angielskiego i francuskiego. Tak to jest, kiedy za ścianę wprowadza się para australijskich dziennikarzy!

Choć Maroko dzieli od Europy tylko trzynaście kilometrów Cieśniny Gibraltarskiej, to równie dobrze mogłoby znajdować się na innej planecie. Położone w północno-zachodniej części Afryki i oddzielone od reszty kontynentu bezkresną Saharą, po arabsku nazywane jest Al-Maghreb al-Aqsa, Najdalszym Zachodem. Jest to kraj etnicznej mozaiki, gdzie wzajemnie przenikają się kultury: berberyjska, afrykańska i arabska, a także francuska i hiszpańska, przy czym te ostatnie pojawiły się tutaj stosunkowo niedawno. Pisarz Paul Bowles zwykł mawiać o Maroku, że jest ono miejscem, w którym podróżnicy szukają tajemnicy, i w którym ją znajdują. Muszę przyznać, że miał rację.

Suzanna Clarke swoją tajemnicę odnalazła na feskiej medynie. Po zaledwie drugim pobycie w dawnej stolicy Maroka zdecydowała się na kupienie tu nieruchomości. Ani ona, ani jej mąż nie chcieli porzucać dotychczasowego życia w Australii. Dom w Fezie miał być dla nich tylko odskocznią od codzienności; chwilą wytchnienia od życia na pełnych obrotach. On – Sandy McCutcheon – australijski prezenter radiowy i pisarz. Ona – fotograf, dziennikarka i pisarka, a przy tym niespokojny duch, którego historia życia przypomina zellidż.

Suzanna Clarke urodziła się w 1961 roku w Nowej Zelandii, jednak dorastała w Australii i to ona koniec końców stała się jej domem. Kobieta szybko odnalazła swoje powołanie – już w wieku kilkunastu lat zajęła się fotografowaniem. Swoją pierwszą wystawę miała w Sydney w wieku szesnastu lat. Zaprezentowała wówczas poruszający cykl zdjęć, ukazujący upośledzone dzieci. Po osiągnięciu pełnoletniości wyruszyła w świat – mieszkała w walijskiej komunie, amsterdamskim squacie czy buddyjskim klasztorze w Nepalu. Przez ponad dwadzieścia lat pracowała jako fotoreporterka. W obiektywie swojego aparatu uchwyciła między innymi Wietnam, Indonezję, Timor Wschodni i kilkanaście państw Europy. W 2002 roku po raz pierwszy pojechała do Maroka. Pięć lat później opublikowała Dom w Fezie.

Gdy wspomnieliśmy znajomemu o pomyśle kupna typowego arabskiego riadu w Fezie, skwitował tę wiadomość suchym stwierdzeniem:
– Cóż za okropny, dziewiętnastowieczny pomysł.
Trafił w dziesiątkę. Przez większą część życia fascynowały mnie historie pierwszych europejskich podróżniczek, takich jak Isabelle Eberhardt czy Jane Digby – kobiet, które łamiąc schematy i społeczne konwenanse, ograniczające je wówczas w znacznie większym stopniu niż mnie współcześnie, odnalazły w arabskiej kulturze swoje miejsce i nowe życie. Oczywiście, ich przygody nie tracą swojego romantycznego uroku tylko wówczas, gdy zignoruje się fakt, że Eberhardt, która zwykle przebierała się za mężczyznę, w czasie swych podróży nabawiła się syfilisu, a potem, gdy była już bez grosza i całkiem samotna, utonęła w powodzi wraz ze swoim ostatnim rękopisem.


Podczas gdy Eberhardt utonęła w powodzi w Algierii, Clarke tonie w zalewie feskiej biurokracji. Już sam zakup domu nie należał do najłatwiejszych, jednak przeprowadzenie remontu graniczy tu z cudem. Wymagane są dziesiątki dokumentów: pozwolenia, zezwolenia, zgody. Małżeństwo musi zatrudnić architekta nadzorującego, inżyniera od prac konstrukcyjnych, tłumacza, ekipę budowlaną, elektryków, hydraulików, stolarzy… I bardzo chciałoby to zrobić, jednak nawet jeśli udaje im się znaleźć odpowiedniego fachowca, to ten albo nie pojawia się w pracy, albo coś partaczy. Dodatkowo wąskie uliczki uniemożliwiają wygodny transport materiałów. Wszystko, co potrzebne do remontu, trzeba przewieźć na grzbietach osiołków. Nawet wyszukaną, francuską muszlę klozetową, którą pisarka upolowała podczas zakupów w Ville Nouvelle.

Dom w Fezie to przede wszystkim zapis perypetii dwojga Australijczyków związanych z renowacją ich trzystuletniego riadu. Jednak swoje wspomnienia z placu budowy Clarke przeplata z opowieściami o historii i kulturze Maroka. A robi to tak zapamiętale, że momentami sama przemienia się w lokalnego przewodnika. Nie jest gawędziarzem jak Tahir Shah. Otaczającą ją rzeczywistość opisuje z reporterską precyzją, a w kolejnych akapitach zamyka najbardziej poruszające ją obrazy: dziewczynki niosącej ciasto do piekarza, niewidomego staruszka z pakietami dirhamów w dłoni czy zabytkowych maszrabiji odkrytych przypadkowo w domu sąsiadki. Maroko Clarke aż kipi od emocji, zapachów i barw. Jednak Fez to przede wszystkim ludzie – gościnni, ciepli, serdeczni. Choć temperamentni to pokorni; jakby pogodzeni z własną przemijalnością względem nieprzemijalności świata. A może to lekcja, jaką z pobytu w tym starożytnym mieście wynosi każdy mieszkaniec i każdy podróżnik? Najwyższa pora się o tym przekonać, in sza'a Allah.
Komentarze
  • 1
    Morgiana 3 marca 2013 | 22:29:18

    Piękna książka, zawsze marzyłam o takim domu^^

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję