„Prawo panny Murphy”
Okładka książki „Prawo panny Murphy”
  • Autor: Rhys Bowen
  • Tytuł: Prawo panny Murphy
  • Tytuł oryginału: Murphy’s Law
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Joanna Orłoś-Supeł
  • Liczba stron: 328
  • Rok wydania: 2013
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 110 x 180 mm
  • ISBN: 978-83-7392-412-3
  • Wydawca: Noir Sur Blanc, Oficyna Literacka
  • Miejsce wydania: Warszawa
  • Logo wydawnictwa: Noir Sur Blanc, Oficyna Literacka
Recenzja
Data publikacji: 28 grudnia 2016 A- A A+
– Przyjdzie taki dzień, kiedy przez swoją niewyparzoną gębę znajdziesz się w tarapatach.
Matka wypowiadała to zdanie systematycznie, odkąd zaczęłam mówić. Nie pomyliła się. Jeszcze zanim skończyłam dziesięć lat, cała moja rodzina o mały włos nie została eksmitowana na bruk tylko dlatego, że nie potrafiłam trzymać języka za zębami. A tydzień przed dwudziestymi trzecimi urodzinami uciekłam, ścigana za morderstwo.


Zaczyna się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie nieprzerwanie rośnie. Hitchcockowska zasada konstruowania akcji znalazła odzwierciedlenie w fabule powieści Rhys Bowen. I jest ona tak żywiołowa, jak rudowłosa dziewczyna, która jest jej główną bohaterką. Mieszkająca wraz z ojcem i braćmi w niewielkim domu w irlandzkiej wiosce Ballykillin Molly Murphy pewnego dnia pada ofiarą nachalnych zalotów młodego arystokraty. Zamiary mężczyzny są aż nazbyt jednoznaczne. Z każdą kolejną chwilą Justin Hartley staje się coraz bardziej gwałtowny, napastliwy i zupełnie głuchy na głośno wyrażany sprzeciw dziewczyny. W końcu… pada nieprzytomny na ziemię. Kuchenna posadzka pokrywa się szkarłatem, a w powietrzu szybko zaczyna unosić się metaliczny zapach krwi. Molly jest przerażona – mimo że udało jej się uratować honor, bardzo szybko może stracić życie. Za zabójstwo syna ziemianina grozi jej stryczek. Dziewczyna wie, że żaden sędzia nie uzna jej zachowania za działanie w samoobronie. Wszak służba jest własnością arystokracji i można z nią robić, co się żywnie podoba… Nie namyślając się długo, Molly decyduje się na ucieczkę. Kradnie ojcu wszystkie oszczędności, biegnie na dworzec kolejowy i kupuje bilet na pociąg do Belfastu. Nie ma żadnego planu. Chce jedynie uciec jak najdalej od domu. W końcu trafia na prom płynący do Anglii. I to właśnie w ojczyźnie Szekspira rozpoczyna się jej wielka przygoda. Bo też i tu na skutek pewnego zbiegu okoliczności poznaje Kathleen O’Connor – matkę dwójki dzieci, która jest w trakcie podróży do Nowego Jorku i którą, podobnie jak Molly, także przytłacza bardzo poważny problem. Po wielogodzinnej rozmowie, obie kobiety decydują się zawrzeć nietypowe przymierze: Molly popłynie do Ameryki zamiast Kathleen i podczas podróży przez Atlantyk będzie się opiekować dziećmi pani O’Connor, a po przybyciu do Nowego Jorku przekaże je pod opiekę ich ojca, Seamusa O’Connora. Dla uciekinierki takie rozwiązanie brzmi jak marzenie! Wkrótce wszelkie postanowienia stają się faktem – rudowłosa Irlandka opuszcza Europę na pokładzie statku Majestic, dociera na Ellis Island… i, kiedy Nowy Świat jest już dosłownie na wyciągnięcie ręki, nagle staje się główną podejrzaną w sprawie o kolejne morderstwo!

Rhys Bowen to pseudonim literacki Janet Quin-Harkin. Pisarka urodziła się 24 września 1941 roku w Bath, w Wielkiej Brytanii. Po ukończeniu University of London w 1963 roku, przez lata pracowała dla BBC i Australian TV. Po pióro sięgnęła dopiero w drugiej połowie lat 90. XX wieku. Zadebiutowała w 1997 roku powieścią pt. Evans Above, otwierającą cykl książek z walijskim konstablem w roli głównej. Prawo panny Murphy (2001) to pierwsza powieść z szesnastotomowego już cyklu poświęconego przygodom Molly Murphy. Autorka otrzymała za nią w 2001 roku nagrodę Agatha Award, przyznawaną autorom powieści kryminalnych i sensacyjnych, napisanych według klasycznych metod tworzenia tego rodzaju utworów. I to właśnie seria o przygodach rezolutnej Irlandki przyniosła Rhys Bowen sławę i miano królowej kryminału retro.

Największym atutem Prawa panny Murphy jest tytułowa bohaterka książki – rudowłosa Irlandka o imieniu Molly, która na skutek niefortunnego przebiegu zdarzeń zostaje zmuszona do wyruszenia w świat. I mimo że okoliczności zupełnie jej nie sprzyjają, młoda kobieta bardzo dobrze odnajduje się w nowej sytuacji, co wynika po pierwsze z jej zaradności życiowej, a po drugie – z usposobienia. Molly bowiem z wyjątkową łatwością zjednuje sobie sympatię innych bohaterów książki. Jest błyskotliwa, momentami przebiegła, odważna, temperamentna, ale nade wszystko bezpośrednia i szczera. Jest też bardzo dumna. Ta ostatnia cecha to nie tylko zasługa pobranego wykształcenia, ale także efekt wychowywania się w towarzystwie młodych Hartleyówien. Molly ma nie tylko aspiracje, ale i apetyt na życie. Oczekuje od niego znacznie więcej, niż może otrzymać z racji swego urodzenia, lecz mimo to nie zamierza obniżać poprzeczki. Imponuje determinacją i samozaparciem. Ma też dużo szczęścia. Gdyby nie ono, nie wyszłaby z wielu tarapatów.

Nieoczekiwana znajomość z Kathleen O’Connor uchyla Molly drzwi do Stanów Zjednoczonych. Na te wrota napierało wielu jej rodaków – wielu z nich z sukcesem. W latach 1820-1924 na kontynent amerykański wyemigrowało blisko 4,5 miliona Irlandczyków – w owym czasie byli oni drugą co do wielkości nacją najliczniej emigrującą do Stanów Zjednoczonych. Zasadniczym powodem ich emigracji z kraju była tragiczna klęska głodu spowodowana przede wszystkim zarazą ziemniaczaną. Jednak wśród irlandzkich imigrantów znaleźli się także uchodźcy polityczni oraz religijni, zbiedzy czy też najzwyklejsi poszukiwacze przygód. Nie byli oni przyjaźnie przyjmowani w Nowym Świecie. Irlandczycy, w zdecydowanej większości o wyznaniu rzymskokatolickim, wzbudzali niepokój w protestanckiej Ameryce. Padali ofiarami dyskryminacji przez dekady: uważano ich za biednych, brudnych, niewykształconych wyznawców obcej religii. Paradoksalnie, dopiero wybór w 1960 roku na prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy'ego powoli zaczął ograniczać dotychczas pojawiające się wobec katolików uprzedzenia. Najsilniej obecność imigrantów odczuwali inni mieszkańcy wielkich miast. Nowy Jork czy Chicago z dnia na dzień stały się kosmopolitycznymi metropoliami, na których ulicach częściej można było spotkać cudzoziemca, aniżeli rodzimego Amerykanina. Najbardziej jaskrawo ten problem obrazuje sytuacja mieszkańców miasta Lawrence w stanie Massachusetts – w 1912 roku żyło w nim dwadzieścia pięć różnych narodowości posługujących się czterdziestoma pięcioma różnymi językami i dialektami. W opisywanym w powieści Rhys Bowen Nowym Jorku w 1850 roku aż 26 procent jego populacji stanowili Irlandczycy – było ich tam wówczas więcej niż w ich rodzimym Dublinie. Ich obecność nie mogła pozostać przez Amerykanów niezauważona.

Emigracji z Europy sprzyjał rozwój żeglugi. W pół wieku od założenia pierwszej transatlantyckiej linii żeglugi parowej przez Samuela Cunarda, podobnych istniało już dużo, dużo więcej. Wielkie linie statków parowych, takie jak White Star czy Hamburg-Amerika, bardzo mocno rywalizowały ze sobą o przewozy. Ponadto znacząco poprawiły się warunki, w jakich przebywali na statkach podróżujący do Stanów Zjednoczonych. Coraz częściej podróż z północno-zachodniej Europy do Nowego Świata zajmowała nie dłużej niż 12 dni. Umieralność na statkach spadała. Przykładowo, w 1880 roku na blisko 458 tysięcy emigrantów, którzy wylądowali w Ameryce, jedynie 269 umarło w czasie rejsu. Zdecydowana większość imigrantów trafiała do Stanów Zjednoczonych poprzez nowojorski port, w którym od 1886 roku witała ich Statua Wolności, monument ufundowany przez Francuzów w imię amerykańsko-francuskiej przyjaźni. Dość szybko przestał on jednak przypominać społeczeństwu o dobrych stosunkach dyplomatycznych z krajem Woltera i zaczął symbolizować imigracyjny azyl, a nawet raj, jaki stanowiła Ameryka dla reszty uciemiężonego świata. Procedura rejestracyjna imigrantów była skomplikowana. Nowi przybysze musieli najpierw przejść przez szeregi urzędników w wielkich centrach recepcji w Castle Garden, potem zaś na Ellis Island, gdzie poddawano ich badaniom lekarskim, rejestrowano ich narodowość i nazwiska (często z komiczną niedokładnością), i gdzie musieli udowodnić, że nie mają zamiaru odbierać pracy amerykańskim robotnikom ani obciążać sobą państwa z powodu braku pieniędzy. Te ostatnie dwa warunki były sprzeczne ze sobą, może być zatem zaskakujące, że w czasie roku zazwyczaj 80 procent imigrantów zdołało przejść przez te procedury bez większych trudności. Nowoprzybyli doskonale zdawali sobie sprawę z trudów, jakie ich czekały, a lądowanie w nowojorskim porcie tylko ich w tym przekonaniu utwierdzało. Jednak byli głusi na wszelkie zniewagi. Obserwując Statuę Wolności, oczyma wyobraźni widzieli swoje nowe życie, pełne bogactwa i dostatku, które miała im przynieść praca w tej innej, lepszej, części świata.

Rhys Bowen pokazuje nam pocztówki z tego XIX-wiecznego świata. Prowadząc śledztwo, Molly dość dobrze poznaje imigranckie dzielnice. Krząta się po ulicach, zaglądając do biednych mieszkań robotników, lokalnych spelun pełnych zapijaczonych bywalców, a nawet do domu uciech, do którego nie zwykły zaglądać cnotliwe dziewczęta. Obserwuje otaczający ją świat, ucząc się praw rządzących tym wielkim miastem. Walka o przetrwanie zmusza ją do weryfikacji wielu poglądów. Dojrzała i tak 23-latka, nabiera gorzkiego doświadczenia. Mimo to Molly nie traci pogody ducha – dialogi skrzą się od humoru, niejednokrotnie wzbudzając uśmiech na twarzach czytelników.

Prawo panny Murphy to jedna z najciekawszych serii kryminalnych, której akcja osadzona jest w początkach XX wieku. Bowen fantastycznie oddała ducha epoki, stworzony przez nią świat kipi kolorami, huczy gwarem i pachnie wszystkimi możliwymi zapachami nowojorskiej ulicy. Pisarka ma dużą zdolność splatania losów fikcyjnych postaci z faktami historycznymi, dzięki czemu opisywana przez nią rzeczywistość wydaje się bardzo spójna. Tworzy jedną całość, przez co zyskuje na wiarygodności. Choć z drugiej strony, patrząc na historię imigracji do Stanów Zjednoczonych, skąd pewność, że taka rezolutna Irlandka nie istniała naprawdę?
Komentarze
  • 1
    gość 30 grudnia 2016 | 16:07:13

    Uwielbiam historie,których tłem są czasy dawno minione,więc chociażby z tego powodu przeczytam.Świetna recenzja :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję