„Tysiąc dni w Orvieto”
Okładka książki „Tysiąc dni w Orvieto”
  • Autor: Marlena de Blasi
  • Tytuł: Tysiąc dni w Orvieto
  • Tytuł oryginału: The Lady in the Palazzo: at Home in Umbria
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
  • Liczba stron: 408
  • Rok wydania: 2010
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • ISBN: 978-83-08-04416-2
  • Wydawca: WL, Wydawnictwo Literackie
  • Miejsce wydania: Kraków
  • Logo wydawnictwa: WL, Wydawnictwo Literackie
Recenzja
Data publikacji: 10 września 2011 A- A A+
Po lekturze tej książki wiem jedno. Nigdy nie kupię sobie domu we Włoszech. I to wcale nie dlatego, że nie chciałabym mieszkać pod słońcem Italii. Wszystko bowiem wskazuje na to, że życie we Włoszech naprawdę rządzi się innymi prawami i to takimi, które dla i stranieri bez względu na ich starania pozostaną nieznane. Przekonała się o tym Marlena de Blasi – jej poszukiwania wymarzonego domu okazały się drogą przez mękę. Zresztą opisane w książce miesiące były dla niej niezwykle trudne. Już dawno w życiu pisarki nie pojawiły się aż takie problemy.

Tysiąc dni w Orvieto (2007) to jak dotąd ostatni tom autobiograficznej trylogii Marleny de Blasi. Jak dotąd, bo choć od napisania książki upłynęło wiele lat, a pisarka nadal mieszka w Palazzo Ubaldini, to, jak sama podkreśla, nie wyzbyła się swojej nomadzkiej natury. Jednak Orvieto, malownicze średniowieczne miasteczko na południowo-zachodnich obrzeżach Umbrii, swoim niezaprzeczalnym pięknem zatrzymało ją na dłużej. A być może to perypetie związane z zakupem domu wyzuły ją z resztek energii i chęci do podróżowania? Tysiąc dni w Orvieto to jedyny w swoim rodzaju zapis trudności, jakie musi przejść we Włoszech każdy, kto zdecyduje się na kupno i remont domu. Jednak kiedy Marlena i Fernando po raz pierwszy zobaczyli mieszkanie w Palazzo Ubaldini nawet nie przypuszczali, że tę miłość do niegdysiejszej sali balowej okupią olbrzymim trudem i cierpieniem. W teorii wszystko było proste. Ubaldini mają apartament na sprzedaż. Marlena i Fernando mają pieniądze. Szybko okazało się, że jest jednak pewien szkopuł.

– Ile kosztuje dom? – pytam. – Nadal nie rozumiem, czy jest na sprzedaż, czy do wynajęcia.
– Mam wrażenie, że jedno i drugie. Dom jest na sprzedaż, po części. I jest też do wynajęcia. Po części.
Może jestem świadkiem jakiejś umbryjskiej gry. (…) Cisza przeciąga się niemiłosiernie, a gdy Samuele zapala następnego gitane’a, dochodzę do wniosku, że wymyśla następny element transakcji. Pod koniec drugiego papierosa rozpoczyna opowieść o „una bega familiare”, rodowej batalii między dwoma odłamami dziedziczącej rodziny. Apartament stoi pusty od trzynastu lat. Matrona, która zajmowała lokal aż do śmierci w wieku stu siedmiu lat, zapisała „palazzo” obu liniom, klanowi neapolitańskiemu i rzymskiemu. Rzymianie są skłonni sprzedać nieruchomość, neapolitańczycy zaś woleliby ją wynająć. Ani jedni, ani druz nie ustąpili od trzynastu lat.
– Zatem którą część kupujemy, a którą wynajmujemy? I skoro należy przeprowadzić remont, kto za to zapłaci?
(…) Nasz pośrednik proponuje bardzo szczegółową umowę, która w archaicznych słowach potwierdzi, że choć nie jesteśmy właścicielami nieruchomości, prawnie należy ona do nas i do naszych spadkobierców. Samuele zamyśla się ponownie. Nie, nie, lepiej napisać, że jesteśmy właścicielami, w rzeczy samej, ale zgodnie z aktem notarialnym nieruchomość na najbliższe sto lat pozostanie własnością wojującej rodziny. (…)
– Ile kosztuje mieszkanie?
– To jest do ustalenia – odpowiada.
Mam ochotę gryźć palce, ale się pohamowuję i pytam:
– Czy przewiduje pan, że rodzina założy hipotekę?
– Jaką znowu hipotekę? Nie będzie żadnej hipoteki. „Per se”. Powiedzmy, że wypiszą państwo czek na „tot”, który zapoczątkuje długie i szczęśliwe relacje między państwem a rodziną właścicieli. Rodzinami. I od tamtej pory aż do śmierci będą państwo raz w miesiącu wypisywali czek.


Procedura kupna/wynajmu Plazzo Ubaldini zakrawa o paranoję. Na miejscu Marleny zdezerterowałabym z biura Samuele, zanim ten zdążyłby zapalić pierwszego papierosa. A to dopiero pierwsza z wielu podobnych transakcji, jakie przyjdzie sympatycznemu małżeństwu jeszcze zawrzeć.

Marlena jest więc zajęta remontem sali balowej (wcześniej zaś oczekiwaniem na remont), przygotowywaniem wycieczek dla anglojęzycznych turystów i pisaniem kolejnej książki, na którą niecierpliwie czeka jej wydawca. Wydaje się jej, że jej życie nareszcie toczy się tak, jak powinno. Jednak szybko okazuje się, że to tylko cisza przed burzą. Wydawca wycofuje się z obietnicy wydania książki, turyści anulują rezerwacje, a ziąb Orvietańczyków sprawia, że Marlena po raz pierwszy od swojego przyjazdu do Włoch zaczyna boleśnie odczuwać różnice kulturowe, osamotnienie i brak przynależności. Jej życie staje się dolce e salata, słodkie i słone, a nawet, co tu dużo mówić, zwyczajnie gorzkie.

Receptą na troski Marleny okazują się nowe przyjaźnie. Do życia amerykańsko-włoskiego małżeństwa z impetem wkraczają nowe postacie. Są pasterze, Luca i Orfeo, jest bezwstydna Tilde, Miranda od Biustu czy marchese Edgardo d’Onofrio – orvietański ekscentryk, który w historii miasta zapisał się tym, że w wieku szesnastu lat spalił cały brzoskwiniowy sad. Samotny skrzypek gra Brahmsa, właściciel enoteki wbiega po schodach z butelkami wina, a miejscowe kucharki w fartuszkach i butach Scholla krzątają się po swoich kuchniach, przygotowując od lat te same posiłki. W europejskich kręgach artystycznych, muzycznych i kulinarnych to miasto jest znane jako „La Divina”, Boska. W Orvieto na każdym kroku czają się wspaniałości. A szczęście czai się tuż za rogiem.
Komentarze
  • 1
    nutta 10 września 2011 | 19:52:20

    Ta irytacja związana ze wszystkimi sprawami dotyczącymi wynajmu, poznawania ludzi udziela się też i czytelnikowi - takie odniosłam wrażenie. A dokąd teraz powiodą drogi Marlenę i Fernanda?

  • 2
    Annie 10 września 2011 | 20:01:14

    Oj, zdecydowanie - gdybym to ja była na jej miejscu, skończyłoby się na rękoczynach. Przedstawiciele rodu, wykonawca robót... Wszystkich ich wysłałabym do Dantejskiego piekła ;)

    Co zaś się tyczy planów na przyszłość, pisarka co nieco zdradziła w rozmowie, którą z nią przeprowadziłam swego czasu, dlatego też w tym miejscu przytoczę odpowiedni fragment: "Nasz aktualny plan, który zawsze może zostać zmodyfikowany, zakłada, że opuścimy Orvieto, któregoś miesiąca w 2012 roku. Być może zachowamy nasz apartament, a tylko część swojego czasu będziemy spędzać w innych miejscach. Być może zdecydujemy się na bardziej radykalny krok. Czuję, że będziemy kierować się na północ. Północe Włochy, Francja, Szwajcaria. Polska."

    A zatem czekamy :)

  • 3
    nutta 10 września 2011 | 22:20:14

    Myślę, że jednak zostaną we Włoszech. Może Dolomity? Okolice jeziora Garda? Może gdzieś przy granicy. Zobaczymy.

  • 4
    Annie 10 września 2011 | 22:51:28

    A może Liguria? Zawsze też mogą wrócić do Wenecji, chociaż pisarka raczej nie lubi dwa razy wchodzić do tej samej rzeki ;) Włochy byłyby naturalnym wyborem, ale zastanawia mnie, czy nie będą chcieli zrobić kroku dalej i zamieszkać gdzieś poza Italią. Tak czy inaczej, jestem szalenie ciekawa jej dalszych losów i z niecierpliwością będę wyczekiwać wieści (i książki na miarę "Tysiąca dni w Toskanii" ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję