„Tysiąc dni w Toskanii”
Okładka książki „Tysiąc dni w Toskanii”
  • Autor: Marlena de Blasi
  • Tytuł: Tysiąc dni w Toskanii
  • Tytuł oryginału: A Thousand Days in Tuscany
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Agnieszka Kuc
  • Liczba stron: 368
  • Rok wydania: 2009
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • ISBN: 978-83-08-04400-1
  • Wydawca: WL, Wydawnictwo Literackie
  • Miejsce wydania: Kraków
  • Logo wydawnictwa: WL, Wydawnictwo Literackie
Recenzja
Data publikacji: 9 września 2011 A- A A+
I nadszedł ten dzień. Muszę się pokajać. Po raz pierwszy bowiem przystępuję do pisania recenzji z głową posypaną popiołem. To dlatego, że chcę napisać parę słów o książce, która mi się spodobała, a której autorkę jeszcze kilkanaście miesięcy temu odsądzałam od czci i wiary. Moje pierwsze spotkanie z Marleną de Blasi było dramatyczne. Jej Tysiąc dni w Wenecji okazało się literackim koszmarem – przepełnioną afektacją książką, w której raziła posunięta do granic absurdu pretensjonalność głównej bohaterki. Zarzekałam się, że trylogii nie skończę, jednak na przestrzeni kolejnych miesięcy do moich rąk trafiły dwie książki kucharskie de Blasi. Kupiła mnie nimi. Na tyle, że postanowiłam jej autobiografii dać jeszcze jedną szansę. I oto jestem – po lekturze Tysiąca dni w Toskanii, Tysiąca dni w Orvieto oraz podróży literackiej śladami pisarki.

Po tysiącu dni spędzonych w Wenecji, Marlena i Fernando opuszczają miasto na wodzie. Skromne mieszkanie zamieniają na równie skromny dom w jednym z najpiękniejszych zakątków Italii. Małżonkowie zamieszkują w San Casciano dei Bagni – małej miejscowości w Toskanii, liczącej zaledwie dwustu mieszkańców. Ich nowym domem staje się odrestaurowana stodoła, należąca do rodu Luccich. Nie ma tu telefonu, centralnego ogrzewania, prądu, a czas w Toskanii płynie znacznie wolniej i spokojniej niż w gwarnej Wenecji. Marlena początkowo wyjątkowo boleśnie odczuwa tę różnicę. Tęskni za Wenecją, swoją zmanierowaną królową.

Nadal nie do końca rozumiem, d l a c z e g o ją opuściliśmy, odrzucając jej książęcy przepych, świetność i chwałę, by osiąść na tej wysuszonej ziemi i zacząć wszystko od nowa. Wiem jednak, że tym razem to będzie początek czegoś całkiem innego. Oboje zostawiliśmy za sobą wszystko. Nie mamy ani własnego domu, ani pracy, a nasze pojęcie o przyszłym życiu jest dość mgliste.

Marlena de Blasi jest pierwszą autorką „toskanianów”, która wyjechała do Toskanii nie dla regionu, nie dla domu, ale dla mężczyzny. Jednak ta piękna kraina szybko zaczyna ją olśniewać – przede wszystkim wielowiekową tradycją i prostym, bliskim naturze życiem. Amerykanka prędko przekonuje się, że odpowiada jej miejscowa poetyka. Wspólne winobranie, zbieranie kasztanów czy tłoczenie oliwy z oliwek. W Tysiącu dni w Toskanii, drugim tomie autobiograficznej trylogii poświęconej losom Marleny de Blasi we Włoszech, odnalazłam to, czego brakowało mi w jej pierwszej książce, a mianowicie słoneczną Italię. Powieść jest pełna zapachów i smaków. Włochy nie są tu jedynie tłem opowiadanej historii, a jej pełnoprawnym bohaterem. To Marlena de Blasi jest na drugim planie. I pewnie dlatego mniej tu afektacji i sentymentalności. I pewnie dlatego akurat ta książka tak przypadła mi do gustu.

Pisarka ze swadą opowiada o życiu na toskańskiej prowincji. Jest spostrzegawcza i ciekawa ludzi, a te dwie cechy prowokują ją do wściubiania nosa wszędzie tam, gdzie tylko ma ochotę. Ma dar zjednywania sobie innych, chce wszystkiego wypróbować na sobie, a dzięki zdobywanej sympatii – zazwyczaj ma po temu możliwości. To dlatego już pierwszego dnia smaży na zapleczu miejscowego baru słoneczne kwiaty cukinii. Poluje na trufle, smakuje kasztany, a z dnia na dzień coraz mocniej wtapia się w lokalną społeczność, która przyjmuje ją z niezwykłą serdecznością. Marlena zaczyna wieść szczęśliwe życie, w którym znaczącą rolę oprócz ukochanego męża zaczynają odgrywać dwie nowo poznane osoby – Florì i Barlozzo. To oni są jej przewodnikami po San Casciano dei Bagni i to dzięki nim przeprowadzka z Wenecji nie jest dla Marleny i Fernanda tak dotkliwa.

Pisarka poświęca w książce wiele miejsca swoim nowym przyjaciołom. Barwnie opisuje także spór, którego nieoczekiwanie staje się świadkiem – podział członków lokalnej społeczności na i progressisti (postępowców) i i tradizionalisti (tradycjonalistów, stojących na straży dawnych obyczajów i upatrujących postępu w powrocie do przeszłości). Opisywany z perspektywy San Casciano dei Bagni spór w gruncie rzeczy nie jest charakterystyczny jedynie dla Toskanii. Ten problem dotyczy wielu innych regionów Włoch. Młodzi ludzie upatrują postępu w ucieczce i porzucają wielopokoleniowe domy, w których dotychczas zamieszkiwali, na rzecz różowo-żółtych bloków w centrach miast. Marmurowe zlewy, na rzecz zlewozmywaków ze stali nierdzewnej. Ciężką pracę na roli, na rzecz spokojniejszego bytowania. U sufitów zawieszają wielkie sztuczne żyrandole zamiast surowych, ręcznie kutych żelaznych latarni, w które przed stu laty dziadek Biagiottiego zaopatrywał wszystkie okoliczne domy. „I progressisti”, którzy pozostali na wsi i nadal uprawiają cudze pola, pragną porzucić swoje wolne od czynszu, zimne przez osiem miesięcy w roku domostwa o grubych ścianach. Niegdyś zamieszkiwały w nich trzy albo nawet cztery pokolenia – wszystkie utrzymujące się z pracy na rzecz innych. Mało kto bowiem wie, że jeszcze niedawno praca pańszczyźniana była we Włoszech krępującą codziennością. De Blasi opowiada o skutkach tego systemu dla dzisiejszych wyborów młodych mieszkańców toskańskich wsi. Jednak sama głosi peany na cześć dawniejszego, trudniejszego życia, które sama na wzór Toskańczyków stara się prowadzić. Takiego, w którym dostatek oznacza trzy worki kasztanów zamiast dwóch. Takiego, w którym rzeczy najprostsze są kwintesencją pełni szczęścia.
Komentarze
  • 1
    nutta 9 września 2011 | 22:56:17

    Aniu, jestem ciekawa tej podróży literackiej.
    Książka "Tysiąc dni w Toskanii" bardzo mi się podobała, kolejna o Orvieto nieco mniej.

  • 2
    Annie 10 września 2011 | 18:24:33

    Mi również z wszystkich trzech ta książka najbardziej przypadła do gustu. Czytało się ją wyśmienicie, choć fabularnie o wiele więcej w życiu Marleny działo się w Orvieto i Wenecji. Tym niemniej, to właśnie ten sielski, niepozorny tom sprawił mi najwięcej radości. Co zaś się tyczy podróży literackiej, już za parę minut będę mogła zaprosić Cię, Nutto, do oglądania - właśnie nanoszę ostatnie poprawki do tekstu :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję