„Lunatyk”
Okładka książki „Lunatyk”
  • Autor: Jonathan Barnes
  • Tytuł: Lunatyk
  • Tytuł oryginału: The Somnambulist
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Lesław Haliński
  • Liczba stron: 312
  • Rok wydania: 2009
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Wymiary: 140 x 205 mm
  • ISBN: 978-83-60159-67-5
  • Wydawca: Vesper, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Poznań
  • Logo wydawnictwa: Vesper, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 10 lipca 2010 A- A A+
Jonathanów Barnesów jest dwóch. Ten pierwszy to brytyjski filozof, a zarazem brat Juliana – autora Arthura & George’a. Ten drugi to londyński prozaik, którego debiutancka powieść nie tak dawno ukazała się w Polsce. I ten drugi wcale nie pozostaje w cieniu sławniejszego imiennika. Jego Lunatyk jest rewelacyjny. Po przeczytaniu recenzji będziecie myśleć podobnie ;)

Należy się wam ostrzeżenie. Niniejsza książka nie posiada żadnej wartości literackiej. Składa się na nią stek bzdur obliczonych na tani efekt, fabuła jest zagmatwana i niewiarygodna, postaci nie przekonują, a marny i monotonny styl, pełen zbędnych udziwnień, nazwać trzeba żałosnym. Wątpię zatem głęboko, czy uwierzycie w zawarte tu treści. Nie można mnie jednak obarczać całą winą za wszelkie usterki tej publikacji. Nie bez powodu przedstawiam wam bowiem tę zaiste sensacyjną i mało prawdopodobną historię. Wszystko to wydarzyło się naprawdę.

Londyn, pierwsze lata XX wieku. Ekscentryczny iluzjonista i detektyw-amator Edward Moon próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw.

Zacznijmy od Cyrila Honeymana. Honeyman był brzuchatym kurduplem, nieustannie się pocił i chodził z rozedrganymi szczękami. Umrze już za kilka stron. Nie przywiązujcie się do niego, proszę. Nie mam zamiaru dokładniej go opisywać – to niegodny uwagi statysta, to nieboszczyk in spe.

Cyril Honeyman ginie, spadając z wysokiej wieży. Dlaczego mężczyzna znalazł się w opuszczonym budynku? I kto go z niego wyrzucił? Moona nie interesują odpowiedzi na te pytania. Iluzjonista jest zajęty innym śledztwem, które chce rozwiązać przed inspektorem Merryweatherem.

Inspektor Merryweather był to tęgi i ogorzały właściciel ekstrawagancko pokaźnych bokobrodów, nadto mężczyzna cudownie jowialny, który wyglądem i sposobem bycia nieodparcie kojarzył się z Dickensowskim Duchem Wigilijnej Przeszłości.

Jednak Londyn, który zamieszkuje Edward Moon, wcale nie przypomina tego z kart powieści Dickensa. Jest brudny, śmierdzący i odrażający. Ot, dokładnie taki, jak ze Szkarłatnego płatka i białego Michela Fabera. Tytułowy szkarłat barwi chodniki Londynu, a Moon szuka jakichkolwiek śladów, które pozwoliłyby mu wytropić mordercę. Jednak zamiast do zabójcy, wiodą go one do spiskowców, którzy zmierzają do zniszczenia stolicy Imperium. W asyście niemego olbrzyma, zwanego Lunatykiem, pana Cribba – człowieka, dla którego czas płynie wstecz – oraz osobliwych dziewcząt pani Puggsley – miejscowej stręczycielki, detektyw-iluzjonista rusza więc na spotkanie z przeznaczeniem.

Ten samochwał, ten szarlatan, ten dziwkarz – taki to człowiek jest bohaterem naszej opowieści. Nasza epoka nie należy wszelako do heroicznych i niczego lepszego niż Moon zaoferować nam niestety nie może.

To właśnie tak z grubsza wygląda fabuła debiutanckiej powieści Jonathana Barnesa. Powieści, która, jak sądziłam, będzie kryminałem, a która okazała się mistrzowskim połączeniem powieści wiktoriańskiej, kryminału, thrillera, horroru i fantastyki. Jonathan Barnes to kompilacja stylów Charlesa Dickensa, Susanny Clarke (!) i Clive’a Barkera. Pełna literackich aluzji do twórczości Conan Doyle’a, Conrada i innych klasycznych autorów.

Świat przedstawiony w powieści zaludniają osobliwi bohaterowie. Dziwaczną postacią jest już sam Edward Moon. Podstarzały iluzjonista, niegdyś uznany detektyw-amator, dziś relikt przeszłości, który pragnie przed śmiercią rozwiązać jeszcze jedną spektakularną sprawę.

Zabójstwo Cyrila Honeymana było sześćdziesiątą trzecią sprawą kryminalną, którą wziął na siebie Edward Moon. Po raz dziewiętnasty w śledztwie wspierał go Lunatyk, a po raz trzydziesty czwarty jego udział w dochodzeniu został zatwierdzony przez Merryweathera i Scotland Yard.

Asystent Moona, choć znany inspektorowi od lat, za każdym razem, kiedy go spotyka, wzbudza w nim niepokój. Lunatyk to niemy, bezwłosy, uzależniony od mleka gigant, który, aby porozumieć się ze światem, pisze słowa kredą na małych tabliczkach. Pal sześć jednak, gdy bohater od samego początku sam siebie definiuje słowem „ekscentryczny”. U Barnesa nikt nie jest tym, na kogo wygląda. I agenci tajnych służb, i kucharka, a nawet prostytutka. Postaci są przerysowane, groteskowe, wręcz surrealistyczne. Miasto – kloaczne. Opisy – częstokroć odrażające. Świat Barnesa to wypadkowa obrazów z takich filmów, jak Głowa do wycierania, Gabinet doktora Caligari i Pies andaluzyjski. Nic dodać, nic ująć.

Tyle o atmosferze. Czas na zabiegi narratorskie. O wielu pisarzach mówi się, że bawią się i grają z czytelnikiem. Barnes zwyczajnie z nich szydzi. Co i rusz naigrawa się z czytających. Momentami bywa wręcz niepoprawny. Ale… chapeau bas, bo jest w tym po prostu rozkoszny.

Dlatego też Lunatyk to nie tylko świetnie napisana, inteligentna i tchnąca specyficznie angielskim humorem wiktoriańska powieść, ale nade wszystko książka, która wprowadza zupełnie, ale to zupełnie nową jakość do szeroko pojętej kryminalnej literatury. W 2008 roku Jonathan Barnes wydał niebezpośrednią kontynuację Lunatyka, The Domino Men. Wiem jedno – MUSZĘ ją mieć ;)
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję