„Zaginiony symbol”
Okładka książki „Zaginiony symbol”
  • Autor: Dan Brown
  • Tytuł: Zaginiony symbol
  • Tytuł oryginału: The Lost Symbol
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Zbigniew Kościuk
  • Liczba stron: 624
  • Rok wydania: 2010
  • Oprawa: twarda w obwolucie
  • Wymiary: 145 x 205 mm
  • ISBN: 978-83-7659-031-8
  • Wydawca: Sonia Draga, Wydawnictwo
  • Miejsce wydania: Katowice
  • Logo wydawnictwa: Sonia Draga, Wydawnictwo
Recenzja
Data publikacji: 2 lutego 2010 A- A A+
Najbardziej oczekiwana powieść mijającego roku rozczarowuje. Człowiek tak bardzo chciałby się do czegoś przyczepić, a nie ma do czego. Intrygująca, trzymająca w napięciu fabuła, mistrzowsko poprowadzona akcja… Po sześciu latach milczenia Dan Brown powraca. Jak było do przewidzenia, z sukcesem.

Robert Langdon, wykładowca Harvardu, historyk i badacz symboli, przybywa do Waszyngtonu, gdzie na prośbę swego wieloletniego przyjaciela i mentora, Petera Solomona, ma wygłosić wykład w zastępstwie za nieobecnego prelegenta. Jednak kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że na wieczór wcale nie zaplanowano żadnego odczytu. Sala, w której miała odbyć się uroczystość, zionie pustką. Skonfundowany Langdon nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Tymczasem pośrodku Rotundy zostaje odnalezione makabryczne znalezisko - ucięta dłoń, udekorowana masońskim pierścieniem, z kilkoma wytatuowanymi symbolami na opuszkach palców. Jego przesłanie jest dla Langdona oczywiste – to zaproszenie do dawno zaginionego świata skrywającego ezoteryczną mądrość. Kiedy okazuje się, że Peter Solomon, filantrop i prominentny członek loży masońskiej, został porwany, Harvardczyk wie, że istnieje tylko jeden sposób, by ocalić przyjaciela: przyjąć tajemnicze zaproszenie i udać się tam, gdzie zaprowadzą go zaszyfrowane wskazówki.

Zaginiony symbol bez wątpienia zapisze się w annałach historii światowej literatury: 6,5 miliona egzemplarzy w pierwszym nakładzie (największym w dziejach anglojęzycznej literatury), 1 milion sprzedany już pierwszego dnia po premierze, 4,6 miliona książek sprzedanych w tydzień. Nie ma na świecie drugiej, tak chętnie kupowanej książki. Piąta powieść Dana Browna okazała się wydawniczym hitem. A zarazem najgorszym koszmarem światowej krytyki.

Niemerytoryczna, absurdalna, naiwna, nieprawdopodobna… Nie tyle powieść o zagadkowej piramidzie, co piramidalna bzdura. Podstawowy zarzut stawiany Brownowi przez krytyków dotyczy często stosowanych przezeń przeinaczeń faktów. W Zaginionym symbolu pisarz rzeczywiście często mija się z prawdą. Nie jest nawet ahistoryczny - stwarza wielobarwny kolaż z różnorakich ciekawostek i teorii spiskowych. Czy ma do tego prawo? A i owszem. Literatura, jeśli nie jest literaturą faktu, nie ma opisywać otaczającej nas rzeczywistości. Może dowolnie modelować ją, przekształcać i tworzyć.

Zresztą sam Dan Brown nigdy nie uzurpował sobie prawa do tytułu kronikarza XXI wieku. W niedawno opublikowanym w Polsce wywiadzie ("Newsweek", 5/2010, s. 72-76 - przyp.) ustosunkował się do stawianych mu zarzutów: Fundamentalne pytanie brzmi: czy ja piszę literaturę faktu lub opracowania historyczne? Moje powieści to czysta fikcja, thrillery z silnym tłem faktograficznym, którego używam w taki sposób, jaki potrzebny mi jest do budowania napięcia. Dlatego, zamiast wchodzić w spór z przeciwnikami pisarza, opierającymi swą krytykę wyłącznie na tym zarzucie, powiem krótko: trzeba wiedzieć, co się czyta, zanim samemu zacznie się opowiadać bzdury.

Dan Brown w gruncie rzeczy wcale nie jest pisarzem. To sprawny rzemieślnik, który perfekcyjnie opanował umiejętność pisania porywających thrillerów. Pisałam o tym w recenzji Aniołów i demonów, napiszę raz jeszcze - w przypadku jego książek nie ma mowy o prozie, a o jedynie pisarstwie. Lekkim, intrygującym, sensacyjnym. Amerykanin chętnie korzysta ze sprawdzonych sposobów na przyciągnięcie uwagi czytelnika. Język, jakim się posługuje, jest łatwy i przystępny, rozdziały krótkie, a ich zakończenia niedopowiedziane. Oprócz quasi-akademickich, paranaukowych dygresji, brak tu obszernych objętościowo opisów świata przedstawionego czy monologów wewnętrznych postaci. Akcja toczy się równolegle - obserwujemy ją z kilku perspektyw: profesora Langdona, Katherine Solomon, Mal'akha czy dyrektora Biura Bezpieczeństwa CIA, Inoue Sato. Bohaterowie, choć po raz pierwszy goszczący na kartach książek Browna, sprawiają wrażenie dobrze czytelnikowi znanych - Langdonowi jak zwykle towarzyszy piękna, inteligentna, spokrewniona z zaginionym mężczyzną pani naukowiec, oboje ściga przypominający Sylasa psychopata. Podobieństw do Aniołów i demonów oraz do Kodu Leonardo da Vinci jest więcej - podobna oś fabularna, podobne wykorzystanie przestrzeni miejskiej, podobny sposób interpretacji dzieł sztuki i architektury dla wyjaśniania sekretów. Doskonała rzemieślnicza robota zaowocowała powstaniem doskonałej czytanki dla mas. Że niby nieco wtórnej? Pozwólcie zatem, że zapytam: czy rzeczywiście oczekiwaliście po Brownie czegoś innego? Ja nie.

Owszem, Zaginiony symbol nie jest nowym Kodem… - nie szokuje, nie wprawia w osłupienie czy zachwyt swoim nowatorstwem. Powodów, dla których tak się dzieje, należy jednak moim zdaniem upatrywać poza samą książką. Już choćby w tym, że od czasu spopularyzowania gatunku, jaki powieść sobą reprezentuje, minęło wiele lat, a Dan Brown znalazł przez ten czas wielu naśladowców. Sam zresztą we wspomnianym wcześniej wywiadzie przyznaje: Uważam, że to moja najlepsza powieść, byłem więc jej pewien jako pisarz. Bałem się jednak, że ludzie stracili zainteresowanie dla tego typu historii, że po sukcesie "Kodu" rynek został nimi zalany i już się przejadły. Może ta występująca u niektórych niestrawność Zaginionym symbolem ma źródło właśnie w niezbyt zróżnicowanej czytelniczej diecie? Inna rzecz, że w przygotowywaniu sensacyjno-spiskowych koktajli, Dan Brown pozostaje najlepszy.

Zaginiony symbol to powieść o symbiozie nauki i religii. Tak ją określił autor i w gruncie rzeczy te sześć wyrazów najtrafniej oddaje jej charakter. Brown nawiązuje w niej do dwóch zagadnień - noetyki i amerykańskiego rozdziału w historii masonów.

Noetyka to nauka, która próbuje zmierzyć to, co pozornie niemierzalne - myśli i ludzką duszę. Tak przynajmniej opowiada o niej Katherine Solomon, siostra przyjaciela Roberta Langdona. Badaczka pragnie wykazać za pomocą fizycznych przyrządów, że ludzka dusza ma pewną gramaturę. Dowiedzenie istnienia materialnego wymiaru ludzkiej duszy dałoby jej szansę na udowodnienie jej nieśmiertelności. Co więcej, być może pozwoliłoby jej również wykazać, że myśli ludzi, jako byty, mogą oddziaływać na otaczającą je rzeczywistość. To między innymi właśnie dzięki noetyce symbioza nauki i religii jest w ogóle możliwa. A, że tak naprawdę jest ona dość nieprawdopodobna, to nieważne. Brzmi wystarczająco intrygująco by zaciekawić.

Zaciekawia również portret Waszyngtonu, jaki na potrzeby Zaginionego symbolu kreśli amerykański prozaik - miasta ufundowanego na tradycjach wolnomularskich i przez wieki ściśle z masonerią związanego. Brown przełamuje wizerunek amerykańskiej stolicy jako miejsca pełnego agentów i biurokratów. Ukazuje nowe, dotychczas szerzej nieznane oblicze Kapitolu. Zwraca uwagę na genezę powstania budowli, na zdobiącą ją Apoteozę Waszyngtona Brumidiego czy istniejący pod nią labirynt sekretnych pomieszczeń i korytarzy. Jednak Brown oprowadza swoich czytelników nie tylko po miejscach pełnych masońskiej symboliki. Pokazuje im Instytut Smithsoniański (SMSC), Cathedral College, Katedrę św. Piotra i Pawła czy wnętrza waszyngtońskich bibliotek. Udowadnia Amerykanom, że fascynujące, pełne niesamowitej historii miejsca mają oni na wyciągnięcie ręki.

Zaginiony symbol, podobnie jak wcześniejsze powieści Dana Browna, jest fabularnie bardzo filmowy. To, że jego ekranizacja powstanie, było więcej niż pewne. Zaskoczyła mnie informacja, ujawniona przez samego autora, że prace nad filmem już się rozpoczęły i że obraz ma mieć swoją premierę za trzy lata. Co ciekawe, na przełomie 2011 i 2012 roku ma się ukazać kolejna powieść Amerykanina. Druga, z zapowiadanych dwunastu, poświęconych przygodom harvardzkiego wykładowcy. Jeśli tak, to za niedługo o Danu Brownie znowu będzie głośno. I bardzo, ale to bardzo dobrze.

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję