„Luka”
Okładka książki „Luka”
  • Autor: Marzena Broda
  • Tytuł: Luka
  • Język oryginału: polski
  • Liczba stron: 128
  • Rok wydania: 2005
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 130 x 195 mm
  • ISBN: 83-7301-759-3
  • Seria: Salamandra
  • Wydawca: Rebis, Dom Wydawniczy Sp. z o.o.
  • Miejsce wydania: Poznań
  • Logo wydawnictwa: Rebis, Dom Wydawniczy Sp. z o.o.
Recenzja
Data publikacji: 1 stycznia 2010 A- A A+
Przeczytana przeze mnie w ubiegłym roku powieść Marzeny Brody sprzed sześciu lat, Nie dotykać Normana Hammera, była obok Przeproś Aleksandra Kościowa, moim zeszłorocznym odkryciem literackim, jeśli chodzi o współczesną polską prozę. Gęsta, mocna, sugestywna dała mi nadzieję, że polska literatura również może być niepokojąca. Nic więc dziwnego, że po Luce obiecywałam sobie wiele. Wydana w rok po Nie dotykać…, rodziła nadzieję, że będzie się obcowało z jeszcze dojrzalszą i jeszcze bardziej przejmującą prozą. Jednak w Luce nie odnalazłam niemal niczego z tego, co wcześniej tak mnie zauroczyło w pisarstwie Marzeny Brody. Powieść okazała się zwyczajnie kiepską.

Głównym bohaterem powieści Marzeny Brody jest Bernard. Amerykanin, z wykształcenia – znawca literatury rosyjskiej, prywatnie – romantyk, który bezskutecznie poszukuje kobiety swojego życia. Pewnego dnia, w zwyczajnych jak na tak nadzwyczajne spotkanie okolicznościach, poznaje Lukę. Pokonując nieśmiałość, nieporadnie zaprasza ją na kolację, a ona ku jego zaskoczeniu – przyjmuje je. W ten sposób rozpoczyna się romans zamężnej kobiety i mężczyzny, który śnił o miłości wszechogarniającej i totalnej.

Miłość Bernarda jest absolutna. Żyje tylko dzięki Luce i dla Luki. To ona wyznacza ramy jego egzystencji. Ona także napełnia ją treścią. Bernard istnieje dzięki Luce. Czuje, że nie mógłby się zdefiniować inaczej, jak przez pryzmat znajomości z tą kobietą. Spotykając się z nią, spotyka się z samym sobą – poznaje się, doświadcza samego siebie, uświadamia sobie, kim jest naprawdę. Myśl o utracie Luki jest dla niego nie do zniesienia. Kocha ją całym sobą, lecz nie boi się, że ona mogłaby przestać go kochać. To, co przeraża go najbardziej, to myśl, że mogłaby na swojej drodze nie spotkać nikogo, kto kochałby ją bardziej od niego. Moknąc w deszczu, wzywa Boga, aby mu ją oddał. Bez niej bowiem jego życie nie ma najmniejszego sensu.

Ratunku przed bólem szuka w przyrodzie. Przytulony do drzewa, Bernard przywołuje w strugach deszczu wspomnienia o ukochanej kobiecie. Podobnie jak Norman, ucieka w głąb siebie. Tylko tam może jeszcze spotkać Lukę. Tylko tam jego niemożliwa miłość jest jeszcze możliwa. Tylko tam Luka jeszcze istnieje.

Zawarta w Luce historia rozgrywa się na granicy jawy i snu, w z każdą chwilą coraz bardziej nieobecniejącym Bernardzie. Marzena Broda zdecydowała się jednak umiejscowić ją w amerykańskich realiach, które, zważywszy na częste odwoływanie się pisarki do nazw różnych miejsc, wydają się dla niej bardzo ważne. Jednak podczas, gdy ten zabieg znajdował uzasadnienie w Nie dotykać Normana Hammera, gdyż była to powieść drogi, która nawiązywała do amerykańskich tradycji literackich, tak w przypadku Luki jest całkowicie bezzasadny. Historia miłości Luki i Bernarda jest uniwersalna – mogła rozegrać się gdziekolwiek i dotyczyć kogokolwiek. Podkreślanie „amerykańskości” powieści daje jedynie poczucie śmieszności i sztuczności. Nie współgra z opowieścią. Brzmi absurdalnie.

Marzena Broda często w wywiadach podkreśla, że przede wszystkim jest poetką. Jej powieści charakteryzują się pięknym, zmysłowym językiem i intrygującymi metaforami. Każde słowo, każdy znak interpunkcyjny ma w nich swoje miejsce. Dla pisarki bardziej ponętny od fabuły jest język – liryczny i sentymentalny – i to jemu poświęca ona całą swoją uwagę. Jednak poezja ubogaca prozę tylko wtedy, kiedy traktuje się ją podobnie jak szafran w kuchni – serwuje jednie w niewielkich ilościach. Luka została napisana przepięknym językiem. Lecz w tym labiryncie sentymentalnych monologów wewnętrznych i pełnych pasji wyznań miłosnych, zagubił się szkielet powieści. Tak, jakby historia była dodatkiem do słów, a nie słowa zdobiły historię.

Na pewno warto poznać pisarstwo Marzeny Brody. Zdecydowanie wyróżnia się ono z zalewu nowej literatury. Może niekoniecznie Lukę, ale Nie dotykać Normana Hammera na pewno. Moim zdaniem to jeden z ważniejszych tekstów współczesnej polskiej kultury.
Komentarze
  • 1
    Mariah 9 stycznia 2010 | 22:37:33

    A jednak :(
    Ja to czego nie znalazłam w "Luce" (czyli pięknego poetyckiego języka) znalazłam w powieści "Hohaj" Elisabeth Rynell i jeśli jej jeszcze nie czytałaś (a nie kojarzę recenzji z bloga), to serdecznie polecam :)

  • 2
    Annie 11 stycznia 2010 | 22:21:22

    Niestety, Mariah, niestety :( Dlatego bardzo dziękuję Ci za podpowiedź. Nie czytałam i chętnie tę zaległość nadrobię :) Moc pozdrowień!

  • 3
    a ja uwielbiam książki i poezj 24 marca 2010 | 16:51:53

    do ,,Luki" zaglądam bardzo często. Dla mnie jest to rodzaj przewodnika po moich własnych uczuciach i bardzo chciałbym poznać osobiście tę autorkę. Kasia

  • 4
    agata wolnick 1 czerwca 2010 | 19:45:35

    Nie dotykać Normana Hammera jest fantastyczną książka. Żaden tam smieć, jakich teraz wiele w księgarniach, ale Luka też jest bardzo dobra, taka przejmująca.

  • 5
    L. 13 sierpnia 2010 | 11:45:39

    Bardzo powierzchowna i subiektywna recenzja na bardzo niskim poziomie.

  • 6
    Annie 14 sierpnia 2010 | 14:01:49

    L., a przychylna autorce recenzja "Nie dotykać..." już bardzo powierzchowna i na bardzo niskim poziomie nie jest? ;) Tak czy siak, dziękuję za zainteresowanie. A przy okazji polecam lekturę słownikowej definicji recenzji. Gwarantuję, że słowo subiektywny się w niej pojawi ;)

    Pozdrawiam!

  • 7
    adam 25 stycznia 2011 | 22:22:59

    Może L. zabolało, że o książce napisałaś po prostu profesjonalnie. W Polsce o rzeczach nietuzinkowych, oryginalnych zazwyczaj pisze się źle. To już norma. Najlepiej jest wpisać się w schemat, a Broda w schemat się nie wpisuje, podobnie jak autorka recenzji. Annie, czytam od czasu do czasu twoje omówienia i uważam, że są konkretne, dobre, odpowiedzialne. Nie wciskasz kitu...

  • 8
    Annie 5 lutego 2011 | 23:32:27

    Adamie, w tym miejscu mogę powiedzieć tylko jedno - dziękuję. I za miłe słowa, i za to, że od czasu do czasu tu jesteś :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję