Śladami "Wypadku na ulicy Starowiślnej"
Data publikacji: 29 października 2008 A- A A+
- Słucham panią? - wyblakły, zmęczony mężczyzna (…) podniósł wzrok znad papierów i spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
(…) - Zbieram materiały dotyczące mojego pradziadka, który pracował tu ponad sto lat temu – zaczęłam niepewnie, obserwując jego minę. (…) – Mieszkał na ulicy Kolejowej 19, ale nie mam zielonego pojęcia, gdzie ta ulica jest – przyznałam ze wstydem. – A wydawało mi się, że znam Kraków.
- Gdzie mieszkał? – Kapitan popatrzył na mnie zdumiony i jednocześnie rozbawiony. – Na Kolejowej?!
- Nie rozumiem…
- Ależ pani jest w tej chwili dokładnie w miejscu zamieszkania pani pradziadka! Kto wie, czy nawet nie w jego pokoju? (…) Ulica Kolejowa to po prostu dawna nazwa dzisiejszej Westerplatte, czyli tej, na której się właśnie znajdujemy




- …A numer 19 to numer tego budynku.
(…) Jeszcze raz obejrzałam sobie imponujący gmach z surowej czerwonej cegły, przypominający raczej warowny zamek niż strażnicę.




To tu, z jednego z tych wysokich okien, wyglądał kiedyś mój pradziadek na ulicę, przy której teraz stałam. Kogo wtedy widział? Może jakąś podobną do mnie kobietę?



[Kapitan] Jeszcze przez chwilę opowiadał mi historię strażnicy, wybudowanej w 1877 roku, ale nie chciałam zabierać mu już więcej czasu. Poszłam dalej.



Dochodzę do skrzyżowania ulicy Kolejowej ze Starowiślną i przystaję zdziwiona. Jest budynek straży pożarnej, jest poczta, a jednak ulica wygląda zupełnie inaczej…

W miejscu, gdzie powinien stać Pałac Prasy, czyli dzisiejsza siedziba „Dziennika Polskiego” jest pusty trójkątny placyk. No tak, teraz wszystko jasne: ta część Wielopola, zwana „Psią Górką”, gdzie dawniej znajdował się cmentarz dla innowierców, zostanie zabudowana dopiero w 1920 roku. Teraz więc ma prawo być pusta.




Po chwili znów znalazłam się na ulicy, gdzieś w okolicach Małego Rynku…



…Nieprzyjemny zapach rozpłynął się już w powietrzu, które nabrało teraz ciepłego, bursztynowego koloru, upiększającego szczegóły starych kamienic. Popołudniowe słońce, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, wydobywa z ich fasad różne odcienie bieli, różowości i ciepłej, perłowej szarości. Gdzieniegdzie błyska kolorowa zasłonka w oknie lub doniczka z kwitnącą pelargonią.



Na Rynek można wejść od każdej strony i z każdej niemal ulicy, dla mnie jednak istnieje tylko jedno przejście i staram się zawsze z niego korzystać. Może to śmieszne, ale mam wtedy wrażenie, że wchodzę w zupełnie inny świat, niemal namacalnie czuję, jak znika nagle gwar za moimi plecami i otacza mnie niezwykła cisza. Nie trwa to długo, zaledwie kilkanaście sekund, lecz jestem przekonana, że w tym jedynym miejscu w Krakowie, w zaułku między kościołem Mariackim i św. Barbary zatrzymał się czas, jakby więziony w jakiejś niewidzialnej kapsule. Wejście do tego miejsca otwiera z Małego Rynku łukowate przejście w domu Nad Bramką.



Mijam po lewej manierystyczną, ozdobioną dekoracją rzeźbiarską elewację kaplicy imienia Jezus, gdzie mieściła się kostnica kościoła św. Barbary i dochodzę do narożnika Ogrójca. (…) Za tym narożnikiem pryska czar, tam kończy się moja strefa ciszy. Tłumy turystów, jakby tylko czekały na swoją kolej, rzucają się w stronę wejścia dla zwiedzających w kościele Mariackim. Ci, którzy już zwiedzili bazylikę, lub dopiero mają zamiar się tam udać, robią zdjęcia, nawołują się we wszystkich językach, albo zmęczeni obsiadają wokół małą fontannę. (…) Opuszczam to miejsce tak szybko, jak to tylko możliwe.



Tadeusz stał już w umówionym miejscu, pod pomnikiem Mickiewicza, czyli po prostu pod Adasiem.



- Chodź, zapraszam cię na kawę – nie czekając na moją reakcję, objął mnie delikatnie ramieniem i lekko pchnął naprzód. – Pozwól tylko, że najpierw zaglądniemy do księgarni na Brackiej, dawno tam nie byłem.



W Centrum Taniej Książki jak zwykle było tłumnie, chociaż większość tytułów była tania tylko z nazwy. Tadeusz kupił jakąś książkę, ja przejrzałam kilka i po piętnastu minutach (…) wyszliśmy na zalany słońcem Rynek. Wprawdzie nie było już takiego upału, jak w południe, ale nadal ciężko było oddychać. Zanosiło się chyba na burzę. Turyści snuli się niemrawo, wachlując przewodnikami lub gazetami i rozglądali się za najmniejszym choćby skrawkiem cienia. Nawet gołębie chowały się przed upałem. (…) Mój Boże, jakiż piękny i kolorowy musiał być ten Rynek krakowski w 1900 roku.



Ktoś zapytał nas, jak dojść do dworca kolejowego, ktoś inny poprosił, żeby mu zrobić zdjęcie na tle Sukiennic. Sprzedawca dziwnych stworków z gąbki, prowadzonych na druciku i podskakujących przy tym śmiesznie, gwizdał przeraźliwie jakimś gwizdkiem umieszczonym na języku. Czułam, że zaczyna mnie boleć głowa. Czym prędzej wróciliśmy do domu.



Niemniej jednak, tak piękna pogoda sprzyjała spacerom. Nazajutrz, kiedy miałam jeszcze trochę czasu do umówionego spotkania z Tadeuszem, wysiadłam z tramwaju przy ulicy Rakowickiej i stamtąd ruszyłam pieszo w kierunku cmentarza. Od dziecka lubiłam tę trasę. Szerokie chodniki pokryte były zawsze o tej porze roku grubą warstwą liści we wszystkich złotych kolorach jesieni. Liście te, nie wiadomo dlaczego nie zamiatane przez dozorców, szeleściły przyjemnie pod nogami, wydzielając przy tym charakterystyczny gorzko-cierpki, orzechowy zapach. Przez gałęzie starych drzew przedzierało się słońce, rzucając prążkowany cień na drogę i wyławiając, rozrzucone gęsto, błyszczące brązowe kasztany.



Najpierw zauważyłam samochód Tadeusza, srebrnego volkswagena golfa, zaparkowanego przed bramą, a chwilę później jego samego czekającego przy straganie z kwiatami. (…) Pociągnęłam go za sobą do bramy wejściowej.



Nielicznymi o tej porze odwiedzającymi były starsze kobiety w czerni, które krzątały się między grobami, pochylając się i prostując, jakby odprawiały jakieś tajemnicze misterium. (…) Przechodziliśmy cicho, przystając tylko od czasu do czasu przed jakimś zniszczonym…



…starym nagrobkiem z ledwie czytelnym napisem.



Skręciliśmy z głównej alejki w bok. Mijane przez nas grobowce nie były już tak zadbane, jak te przy głównej alei.



Za pordzewiałymi i pogiętymi drzwiczkami niektórych z nich widać było ciemne wnętrza wypełnione gruzem i pajęczynami. Inne ziały czarnymi dziurami między popękanymi pokruszonymi płytami.



Z daleka zobaczyłam charakterystyczną sylwetkę siedzącego na ławce chłopca.
- Patrz, to grób Kantora – zwróciłam jego uwagę. – To znak, że jesteśmy już blisko pradziadka. Przez jakiś czas zdarzało mi się krążyć w tym miejscu i błądzić, gdy złodzieje złomu ukradli chłopca z brązu. Od kiedy jednak postawiono tu jego replikę, wszystko wróciło do normy.




Słońce przygrzewało jeszcze dość mocno, to był wyjątkowo ciepły koniec października. Cmentarz w tym świetle wyglądał jak urokliwy stary park, z dywanem pożółkłych liści i uwijającymi się wśród gałęzi drzew ptakami, które zostawały na zimę. Nawet mijane przez nas groby nie sprawiały przygnębiającego wrażenia.



Ruszyliśmy z Tadeuszem w kierunku wyjścia.
- Gdzie teraz? – zapytał, delikatnie ujmując mnie pod rękę.
- A gdzie byś chciał? – odparłam z uśmiechem. I westchnęłam – Jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia…
- Dobrze, to sam zdecyduję dokąd pójdziemy – powiedział, lecz zanim obrócił się, zdołałam dostrzec figlarny błysk w jego oku. – Ale to, gdzie Cię zabiorę, pozostanie już naszą słodką tajemnicą…


Wszystkie cytaty pochodzą z: Olejniczak Lucyna, Wypadek na ulicy Starowiślnej, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2007.
Komentarze
  • 1
    prowincjonalnanauczycielka 29 października 2008 | 20:24:35

    Świetna robota:)

  • 2
    Annie 30 października 2008 | 10:45:15

    Dziękuję :) Muszę przyznać, że gdyby nie Twoja recenzja, zupełnie bym o tej książce nie wiedziała. Dlatego tym większą mam nadzieję, że udało mi się choć odrobinę przybliżyć Ci stolicę Małopolski :) Pozdrawiam gorąco!

  • 3
    nutta 30 października 2008 | 12:07:22

    Podróżowałam wirtualnie z Tobą:) Piękne zdjęcia.

  • 4
    Annie 30 października 2008 | 13:26:23

    Dziękuję Nutto :) Na wycieczkę niewirtualną też zapraszam, tym bardziej, że już szlaki wydeptane i drogę znam :D

  • 5
    prowincjonalnanauczycielka 31 października 2008 | 8:14:38

    Annie,
    ja bardzo lubię Kraków i gdy już w nim jestem staram się wszędzie chodzic pieszo, by sie nałykać miasta:) Terz jednak mam nieco do Małopolski daleko, no i trzy koty, a to trochę utrudnia podróżowanie:)
    Pozdrawiam z Warmii:)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję