Pachnidło: Historia Grasse
Data publikacji: 24 grudnia 2013 A- A A+
Na pierwszy etap swojej podróży przez Francję Grenouille zużył siedem lat, drugi natomiast odbył się w niespełna siedem dni. Nie unikał już ruchliwych gościńców i miast, nie szedł okrężnymi drogami. Miał zapach, miał pieniądze, miał wiarę we własne siły i mało czasu. (…) Szedł dróżką wiodącą od wybrzeża ku północy, pod górę. Po dwóch godzinach stanął na szczycie łagodnego wzniesienia, a przed nim rozpościerała się na wiele mil wszerz i wzdłuż kotlina, jak gdyby kolosalna misa, którą wokół zamykały miękko wznoszące się wzgórza oraz poszarpane łańcuchy górskie i której dno wyścielały świeżo zaorane pola, ogrody i gaje oliwne.


W misie tej panował całkiem swoisty, dziwnie intymny klimat. Chociaż morze znajdowało się tak blisko, że widać je było z wierzchołka wzgórz, nie zaznaczało się tu nic z jego atmosfery, nic ze słono-piaszczystego żywiołu, nic z otwartej przestrzeni, miejsce zdawało się tak ciche i ustronne, jak gdyby od wybrzeża dzieliło je wiele dni drogi. (…) U drugiego końca wielkiej niecki, w odległości jakichś dwu mil leżało albo raczej czepiało się górskiego zbocza miasto. Z dala nie wydawało się bynajmniej imponujące. Nie było tam potężnej katedry, która wystrzelałaby ponad domy, tylko niewielka szpica kościelnej wieży, nie było górujących nad wszystkim warownych umocnień, nie było rzucających się w oczy wspaniałych budowli. Mury tego miasta nie zdawały się zgoła niedostępne, tu i ówdzie domy wyciekały poza ich linię, zwłaszcza w dół, ku równinie, i nadawały miękkiej sylwetce miasta wygląd nieco nieporządny. Odnosiło się wrażenie, że miasto zbyt często było podbijane i znowu wyzwalane, że ma dość i na przyszłość nie pragnie stawiać poważnego oporu intruzom – nie, wcale nie ze słabości, tylko z nonszalancji albo nawet w poczuciu własnej siły. Wyglądało tak, jak gdyby nie musiało wcale się pysznić. Panowało nad wielką, wonną niecką u swoich stóp i to zdawało mu się wystarczać.


Ta zarazem niepozorna i pewna siebie miejscowość zwała się Grasse i od kilku dziesiątków lat była niekwestionowaną stolicą branży substancji aromatycznych, artykułów perfumeryjnych, mydeł i olejków. Giuseppe Baldini wymawiał tę nazwę zawsze z pełnym zachwytu rozmarzeniem. To miasto było Rzymem zapachów, ziemią obiecaną perfumerii, i nie zasługiwał na miano perfumiarza, kto nie zdobył tu ostróg.


Grenouille przez całe popołudnie włóczył się po mieście. (…) Domy stały w niektórych dzielnicach tak gęsto, że na przejścia i schodki zostawał ledwo łokieć wolnej przestrzeni i brodzący w błocie przechodnie musieli się przeciskać jeden obok drugiego. Nawet na placach albo nielicznych szerszych ulicach ledwo mogły zmieścić się obok siebie dwa wozy.


Nogi same zaprowadziły go na Place du Petit Puy, najstarszy plac Grasse. Grenouille zadarł głowę i spojrzał do góry na wznoszącą się tu katedrę Notre-Dame du Puy. To właśnie o niej szeptano, że jest jednym z najcudowniejszych przykładów prowansalskiej architektury epoki romańskiej.


Wtem uwagę Grenouille przykuła rybna woń rozchodząca się po ulicy odchodzącej od katedry. Grenouille zamknął oczy i dał się poprowadzić zmysłowi powonienia. Kiedy je otworzył ujrzał targ rybny przy Place de la Poissonnerie. Aż zamruczał z zadowolenia na widok tylu darów morza! Nawet nie mógł przypuszczać, że wieki później po targu rybnym pozostanie jedynie nazwa, a miejsce straganów zajmą stoliki i parasolki.


Miasto tętniło przedsiębiorczą energią. Podczas swego obchodu Grenouille zauważył nie mniej niż siedem wytwórni mydła, tuzin warsztatów perfumeryjnych i rękawiczniczych, niezliczone małe destylarnie, wytwórnie pomad i delikatesów, a wreszcie ze siedmiu kupców handlujących pachnidłami „en gros”.


Byli to prawdziwi hurtownicy branży perfumeryjnej. Patrząc na ich domy często trudno się było tego domyślić. Fasady od strony ulicy wyglądały po mieszczańsku skromnie. Ale to, co znajdowało się od tyłu, zawartość magazynów i wielkich piwnic, beczułki oliwy, stosy najwykwintniejszych lawendowych mydełek, gąsiory wody kwiatowej, win i alkoholi, bele wonnych skór, worki, pudła i skrzynie przypraw – Grenouille rozpoznawał je po zapachu przez najgrubsze mury – stanowiło bogactwo, jakiego mogli pozazdrościć udzielni władcy.


Wieki później rządy w Grasse niepodzielnie będzie sprawować kilka wytwórni perfum. Obecnie jedną z największych jest Parfumerie Fragonard otwarta w 1926 roku przez francuskiego przedsiębiorcę Eugène’a Fuchsa. Znajduje się w jednym z najstarszych budynków miasta, zbudowanym w 1782 roku. Jej nazwa nawiązuje do Jeana-Honoré Fragonarda, urodzonego w Grasse malarza, którego obrazy uwielbiał między innymi Auguste Renoir.


W części udostępnionych turystom pomieszczeń znajduje się prywatne muzeum perfum, obejmujące aż trzy tysiące lat ich istnienia. Oprócz ksiąg pełnych perfumeryjnych receptur, znajdują się tu kasetki do przechowywania ekstraktów czy emaliowane flakony, w których XVIII- i XIX-wieczne damy przechowywały swoje ulubione zapachy.


Na zapleczu znajduje się fabryka perfum, wypełniona po brzegi różnymi kadziami. Te starsze, wykonane są z miedzi, nowsze – ze stali nierdzewnej.


To właśnie z takich aparatów destylacyjnych, zwanych alembikami, przez wieki korzystano przy produkcji perfum. Kwiaty umieszczano na perforowanych tacach w ich górnej części, dolną zaś wypełniano wodą, którą następnie ogrzewano do temperatury wrzenia. W miarę jak para przechodziła przez rośliny, wiązała składniki zapachowe i przenosiła je do odbieralnika, gdzie mieszanina ulegała skropleniu. Następnie przelewano ją do rozdzielaczy, najczęściej zwykłych buteleczek, w których dochodziło do jej rozwarstwienia. Czekano aż olejki eteryczne wypłyną na powierzchnię wody. A kiedy to następowało, były zbierane, aby wykorzystać je do produkcji perfum.


Jednak Grasse zasłynęło zupełnie innymi technikami pozyskiwania zapachu. Mowa o enfleurage i macerowaniu, które szczyt popularności osiągnęły w 1860 roku. Z tych technik korzystał także Grenouille: Kwiaty dostarczano jak najwcześniej, sypano je koszami na podłogę w warsztacie, dziesiątki tysięcy, w wielkich, ale lekkich jak piórko snopach. Pierwszy czeladnik w ogromnym kotle topił tłuszcz wieprzowy i wołowy na gęstą zupę, do której wrzucał pękami świeże kwiaty, a Grenouille mieszał w kotle długą jak miotła kopyścią. Kwiaty leżały przez sekundę na powierzchni, jak śmiertelnie przerażone oczy, i blakły w momencie, gdy łopata zagarniała je i zanurzała w gorącym tłuszczu. I niemal w tej samej chwili wiotczały i więdły, i śmierć przychodziła najwyraźniej tak szybko, że nie pozostawało im nic innego, tylko oddać ostatnie wonne tchnienie temu właśnie żywiołowi, który je zatapiał, gdyż – Grenouille zauważył ku swemu nieopisanemu zachwytowi – im dłużej mieszał kwiaty w kotle, tym silniej pachniał tłuszcz. Nie, żeby pachniały nadal martwe kwiaty zanurzone w tłuszczu – nie, sam tłuszcz przyswajał sobie woń kwiatów. Tymczasem zupa zanadto gęstniała i trzeba było szybko przecedzić ją przez wielkie sita, uwolnić od wyługowanych zwłok i przygotować na przyjęcie świeżych kwiatów. Potem mieszali i przegarniali dalej, cały dzień, bez przerwy, gdyż praca ta nie cierpiała najmniejszej zwłoki, aż do wieczora, aż wszystkie kwiaty przeszły przez tłuszczową kąpiel. Odpadki – aby nic się nie zmarnowało – zalewano wrzątkiem i za pomocą śrubowej prasy wyżymano do ostatniej kropli. Ale gros zapachu, dusza owego morza kwiatów pozostawała w kotle, zamknięta i zakonserwowana w szarawym, z wolna krzepnącym tłuszczu.

Buteleczki z ekstraktami przechowywane są między innymi w laboratorium tak zwanego Nosa, czyli kreatora perfum. Nos Nosa jest tak czuły, że jest on w stanie zapamiętać i rozróżnić ponad trzy tysiące zapachów. Fachowcom stworzenie nowych perfum zajmuje średnio dwa lata, bo mogą pracować jedynie kilka godzin w tygodniu. Podlegają też wielu innym ograniczeniom: nie mogą palić papierosów, pić alkoholu, a także jeść mocno doprawionych potraw.


Po tym jak zostaną skomponowane, perfumy trafiają na już mniej tradycyjną linię produkcyjną.


A następnie na półki firmowego sklepu.


W sklepach można także znaleźć ręcznie robione, pachnące mydełka.


Drugą najważniejszą wytwórnią perfum w Grasse jest Molinard, założony w 1849 roku.


O jego wysokim statusie może świadczyć choćby to, że w 1891 roku wodę kolońską zakupiła tu królowa Wiktoria. Wnętrza fabryki zostały w 1900 roku zaprojektowane przez Gustave’a Eiffla.


W XIX wieku Grasse było szczególnie modne wśród bogatych Brytyjczyków i Rosjan. Niepozorne miasteczko zachwycało bogactwem zapachów i niezwykłością krajobrazu. Tak jest także dziś.


Lecz nie zawsze ci, którzy przybywali do Grasse, poddawali się jego urokowi. Grenouille patrzył na miasto Grasse bardzo trzeźwo. Nie szukał obiecanej ziemi perfumerii i serce nie zadrżało mu w piersi na widok gniazdka przytulonego do zbocza po drugiej stronie niecki. Przyszedł tu, ponieważ wiedział, że można się tu lepiej niż gdzie indziej nauczyć pewnych technik eksploatacji zapachu. Grenouille chciał zaś przyswoić sobie te techniki, gdyż były mu potrzebne dla jego własnych celów. Chciał stworzyć pachnidło. Najpiękniejsze pachnidło na świecie.


Komentarze
  • 1
    gość 11 lutego 2014 | 22:30:26

    wspaniala zacheta do zwiedzenia Grasse.. juz nie moge doczekac sie podrozy :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję