Za Herbertem spacer po Sienie
Data publikacji: 10 listopada 2013 A- A A+
Widok na Sienę ogranicza się do ciemnych oficyn, kota na parapecie i świeżo wywieszonej galerii bielizny.


Wychodzę na miasto wcześnie, aby przekonać się, czy racę miał Suarez, który napisał, że rankiem Siena pachnie bukszpanem. Niestety. Pachnie ekskrementami samochodów. Szkoda, że nie ma konserwatorów woni. Cóż by to była za przyjemność w Sienie, najbardziej średniowiecznym mieście włoskim, przechadzać się w chmurze Trecenta.


Jeśli kogoś bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświęcić na łażenie według zasady: prosto, potem trzecia na lewo, znów prosto i trzecia w prawo. Systemów jest wiele i wszystkie dobre. Uliczka, którą idę, jest wąska, bystro spada, potem raptownie pnie się w górę. Kamienny przeskok, chwila równowagi i znów ostry spadek. Łażę przeszło pół godziny i jeszcze nie natrafiłem na żaden zabytek.


Siena jest miastem trudnym. Słusznie porównywano ją do tworów przyrody – meduzy albo gwiazdy. Plan ulic nie ma nic wspólnego z „nowoczesną” monotonią i tyranią kąta prostego.


W gęstym cieniu wąskich uliczek via Banchi di Sopra, via di Città, wśród domów o kolorze przydymionej cegły co krok spotyka się pałace. Słowo to, kojarzące się zwykle z gipsowymi girlandami, kolumienkami i kamiennymi bąbelkami, mało ma wspólnego z sieneńską architekturą cywilną. Domy seniorów, surowe i bez ozdób, robią wrażenie fortec w środku miasta i bez żadnych komentarzy historycznych pozwalają się domyślić, czym była społeczna pozycja potężnych rodzin – Salimbeni, Piccolomini, Saracini. „Taki budynek był nie tylko arcydziełem, ale także siedzibą i schronieniem stronników, i nawet dzisiaj, w powodzi obojętnych i bezimiennych tłumów, wznosi się ten niezwyciężony pałac, pełen pogardy i arystokratycznej dumy, tak że wokół niego nie zauważa się nic i naprawdę nic nie ma”. Mowa o najstarszym, zbudowanym na początku XII wieku pałacu Tolomei, którego kamienny surowy sześcian od siedmiu wieków emanuje niezmąconą powagą i siłą.


W gęstym cieniu wąskich uliczek kryją się także kościoły.


Niektóre sprawiają wrażenie wstydliwych. Nie chcą być zauważone. Chiesa di Santa Maria delle Nevi milczy przy via dei Montanini, umykając spojrzeniom turystów.


Bazylika świętego Franciszka łapie ostatnie promienie sierpniowego słońca.


Słońce rzuca długie cienie. Zachód ceglanym domom dodaje ognia. Na głównej ulicy, via di Città, odbywa się codzienny obrządek – „passeggiata”. Jeśli powiem, że jest to spacer, nie wyjaśnię nic. W każdym włoskim mieście jest taka ulica, którą pod wieczór zapełnia tłum mieszkańców, przechadzających się godzinę lub dwie, tam i z powrotem, po niewielkiej przestrzeni. Przypomina to próbę statystów w monstrualnej operze. Starsi demonstrują swoją żywotność i weryfikują dyplomy: „Buonasera, dottore”; „Buonasera, avvocato”. Dziewczęta i chłopcy chodzą osobno. Porozumiewają się tylko oczami, stąd oczy stają się duże, czarne i wyraziste; deklamują sonety miłosne, miotają płomienie, skarżą się, przeklinają.


Przez rozgrzany plac przemykam się na cienistą stronę via del Capitano, potem na cienistą stronę via Stalloreggi. Upał jest nieznośny i ja, który przed chwilą unosiłem się na skrzydłach estetycznej ekstazy, mam ochotę przeklinać muzea, zabytki i słońce.


Siedzę teraz na kamiennej ławeczce przy murze szpitala Santa Maria della Scala, naprzeciw katedry. Wokół mnie ludzie, którzy przyszli odwiedzić swoich krewnych, dzielą się wieściami o stanie ich zdrowia. Nerwowe gesty i wzbudzające czułość wielkie butle herbaty z sokiem, zatkane gałgankiem. Z szeroko otwartej bramy szpitala wieje zapachem lizolu wprost w twarz Il Duomo.


Katedra stoi na najwyżej położonym placu. Jest jak wzniesiony w górę biało-czarny herb miasta i jak śpiew, który wzlatuje i spada kaskadą rzeźb, lazurowych łuków i złotych gwiazd. Po lewej stronie piękna wieża – oparta o powietrze włócznia anioła. Nie należy ulegać terrorowi przewodników, lecz spojrzeć na tę jedną z najpiękniejszych budowli na świecie odrobinę krytycznie. Po oszołomieniu i pierwszym zachwycie oczywiście. Tej przyjemności nie należy sobie nigdy odmawiać, zresztą twórcy fasady, a wśród nich Giovanni Pisano, zrobili wszystko, aby utrzymać nas w stanie estetycznej febry. Wielu historyków sztuki twierdzi, że katedra sieneńska jest najlepszą budowlą gotycką Italii. Ale Francuzi, z przekąsem i źle ukrywanym zgorszeniem, mówią, że ich styl – gotyk – jest na Półwyspie Apenińskim właściwie romańszczyzną, w której zastosowano sklepienie krzyżowo-żebrowe. Trzy portale wieńczą pełne łuki, a tympanony bez rzeźb są w istocie romańskie. Walka między kołem a trójkątem jest nie rozstrzygnięta i ogromna rozeta, „o, omega, ócz jego promień fioletowy”, w gęstwinie szczegółów dekoracyjnych brzmi jak potężny głos gongu na tle piszczałek, fletów i dzwonków. (…) Rację ma Pierre du Colombier, gdy proponuje przyłożyć rękę do oczu i przełamać Il Duomo na dwie połowy, wzdłuż gzymsu biegnącego nad tympanonami. Istotnie, obie części, górna i dolna, nie bardzo harmonizują ze sobą. To tak jakby na spokojną romańską podstawę nałożono skomplikowaną i zagmatwaną część, gwałtem łącząc architekturę z relikwiarzem. Na obronę sieneńskiego Il Duomo można przytoczyć wiele argumentów. Najistotniejszy jest fakt, że fasada powstała w ciągu wieków i dziewiętnastowieczni odnawiacze usilnie pracowali nad pomniejszeniem arcydzieła. Nie zmienia to w niczym wrażenia ogromnego zaskoczenia dla kogoś, kto wyrobił sobie smak gotyku w zetknięciu z katedrami Île-de-France. Recepcje w kulturze nie odbywają się na szczęście trybem fotograficznych odbitek.


Wychodzę z katedry na rozgrzany i oślepiający plac. Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę, dotykając kamieni sprzed kilku wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem kopii. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt już nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia.


Plac po lewej stronie katedry nazwano imieniem Jacopo della Quercia. Jest to właściwie nie skończona część katedry, której stropem jest niebo. Budowę tej części zaczęto w 1339 roku, bo potężna katedra wydawała się nie dość wielka i wspaniała, więc chciano, aby w powiększonej budowli „nasz Pan Jezus Chrystus i Jego Najświętsza Matka, i dwór niebieski byli czczeni i błogosławieni, a także, aby samorząd miejski był wiecznie podziwiany”. Piękny obraz mistycyzmu, ożenionego z ambicją rajców. Gigantyczny plan nie został wykonany, przeszkodziła temu czarna zaraza, a także błędy konstrukcji. Mury, cienkie jak listki platyny, budował złotnik Lando di Pietro z właściwą swemu zawodowi lekkością, tak że poważnie zarysowały się i groziły zawaleniem. Zaproszono (o hańbo!) ekspertów z wrogiej Florencji (katedra sieneńska była pomyślana jako polemika z florenckim Duomo). Jeden z raportów rzeczoznawców zawiera wyrok bezwzględny: rysujące się mury należy zburzyć. Ale sieneńczycy nie uczynili tego. Nie ze względu na zamiłowanie do ruin. Trudno także przypuszczać, aby przez siedem wieków łudzono się, że roboty będzie można zacząć na nowo. Po prostu trudno rozstać się z marzeniem.


Plac ratuszowy (jeśli tak można postponować siedzibę rządu), zwany Il Campo, ma kształt organiczny – przypomina wklęsłą stronę muszli. Jest to na pewno jeden z najpiękniejszych placów na świecie, niepodobny do żadnego innego i dlatego trudny do opisania. Otaczają go półkolem pałace i domy, a czerwień starych cegieł ma kolor zbladłej purpury. Ratusz składa się z trzech doskonale zharmonizowanych brył, przy czym część środkowa jest o piętro wyższa. Jest surowy i sprawiałby wrażenie twierdzy, gdyby nie bardzo muzyczny rytm gotyckich okien z dwiema białymi kolumienkami. Wieża jest wysoka, biała na szczycie jak kwiat, tak że wokół niej niebo nabiega błękitną krwią. Kiedy słońce jest za ratuszem na Piazza del Mercato, po Il Campo przesuwa się ogromny cień jak wskazówka zegara. Wieżę nazywa się poufale Mangia, od imienia średniowiecznego dzwonnika, którego potem zastąpił dzwonnik mechaniczny. Z jej szczytu można popatrzeć na miasto okiem jaskółki i historyka.


W czasach arystokratycznych możne rody szukały koligacji z mistycznymi bohaterami, potem gust ten przejęły demokratyczne miasta, wymyślając sobie znakomitych założycieli. Bujna wyobraźnia kazała sieneńczykom wywodzić się od Seniusza, jednego z synów Remusa, który miał się tu schronić przed gniewem swego stryja, założyciela Rzymu. Tej legendzie zawdzięcza Siena symbol – wilczycę. Sztandar miejski, bolzana, jest czarno-biały, przy czym te kolory heraldyczne utrafiły w samo sedno wybuchowego temperamentu sieneńczyków i ich pełnego sprzeczności charakteru.


W najwyższym punkcie Il Campo znajduje się Fonte Gaia. Zaprojektowana i wykonana na początku XV wieku przez Jacopa della Quercia, Fontanna Radości dziś najwięcej uciechy sprawia sieneńskim gołębiom.


W Polsce myślałem, że dawni mistrzowie dalecy byli od rzeczywistości i pejzaż malowali jak dekorację do opery. Tymczasem przedstawiali oni najprawdziwszy krajobraz, tyle że syntetyczny, to znaczy podobny do wielu toskańskich widoków, ale przez to chyba jeszcze prawdziwszy. Jest to pejzaż w ruchu, szmaragdowe, trójkątnie ścięte zbocze przechodzi ostro do góry, nagle urywa się i z boku niespodziewanie jak zając wyskakuje łagodny pagórek, zawadzający o stok pokryty krzakami winorośli; na prawo gaj oliwkowy, drzewa srebrne i powykręcane, jakby szalała tam burza; po lewej stronie nieruchome, ciemne pióra cyprysów.


Jeśli w Sienie może być coś brzydkiego, to chyba tylko Piazza Matteotti, nieforemny, rażąco nowoczesny w tym dostojnie średniowiecznym mieście, anonimowy jak okalające go banki, duży hotel ze stajnią samochodów, i wielka kawiarnia pod kolorową markizą. Wszedłem, bo właśnie tam śpiewano.


Czuję się oszukany przez Sienę. Nadąsany, odwracam się do niej plecami. Znowu idę przed siebie, skręcając to w prawo, to w lewo. W końcu zachodzę na plac Salimbeniego.


Wciąż zagniewany idę dalej. Schodząc ostro spadającą via Fontebranda, wkraczam do starej rzemieślniczej dzielnicy garbarzy.Niedaleko bramy Fontebranda znajduje się źródło o tej samej nazwie. Ponieważ woda w suchej Sienie, która nie jest miastem fontann tak jak Rym, była bardzo cenna, urządzono tam basen do prania i loggię, gdzie kobiety sieneńskie od dziewięciu wieków wymieniają wiadomości o sąsiadach. Tutaj Katarzyna Benincasa chodziła z dzbankiem po wodę. Potem została świętą.


Wodę stąd czerpała też jej służka, błogosławiona Sabina Petrilli.


To jest mój ostatni wieczór w Sienie. Idę na Il Campo wrzucić parę lirów do sadzawki Fontegaia, choć, prawdę mówiąc, nie ma wiele nadziei, abym tu wrócił. Potem mówię (bo do kogo mam mówić) do Palazzo Pubblico i do wieży Mangia – „addio. Auguri Siena, tanti auguri”. Żegnaj. Najlepszego Sieno, wszystkiego najlepszego.



Wszystkie cytaty pochodzą z: Herbert Zbigniew, Barbarzyńca w ogrodzie, Zeszyty Literackie, Warszawa 2004.

Plan miasta pochodzi z zasobów portalu www.ilpalio.org.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję