Cortona Frances Mayes
Data publikacji: 2 stycznia 2012 A- A A+
Pora arbuza – ulubiona przerwa po południu. Arbuz – chociaż można się z tym nie zgadzać – ma smak najlepszy na świecie, i muszę przyznać że te toskańskie nie ustępują ciepłym od słońca arbuzom Sugar Baby, z pól południowej Georgii, krainy mojego dzieciństwa. Nigdy nie opanowałam sztuki rozpoznawania po odgłosie uderzenia, czy arbuz jest dojrzały. Te grzmotnięcia nic mi nie mówią. Każdy jednak, który tu rozcinam, wydaje się u szczytu dojrzałości – pysznie kruchy, zuchwale słodki.



Za każdym razem lepki sok spływa mi po palcach, które zazwyczaj oblizuję szybko, aby nie uronić ani kropli pysznego nektaru. Patrzę na Eda – zrelaksowany, uśmiecha się zza swojej ćwiartki owocu. Całym sobą emanuje zadowolenie z pobytu we Włoszech. Ed od początku czuł się w Cortonie swojsko. Codziennie po południu jest na „piazza” i oczu nie odrywa od młodego małżeństwa, które usiłuje dojść tam, dokąd idzie, z nowym dzieckiem w wózku. Co parę kroków ludzie ich zatrzymują. Otaczają wózek, pochylają się nad buzią niemowlęcia, cmokają, gruchają, chwalą.
– W następnym wcieleniu – zwierza mi się Ed – chcę tu wrócić jako włoski bobasek.
Już pogrążył się w życiu „piazza”: namiętny ogorzały mężczyzna z rękawami koszuli podwiniętymi, żeby widać było muskuły, kiedy niedbale podpiera podbródek dłonią. A tu z któregoś okna na piętrze dolatują czyste dźwięki fletu koncertu Vivaldiego; a tu przed kamiennym sklepem kwiaciarka i wachlarz jaskrawych kwiatów; a tu człowiek bez szyi wyładowuje z ciężarówki jagnięta, jak worki z mąką zarzuca je sobie na ramiona, a one aż wytrzeszczają oczy. Co kilka minut Ed podnosi wzrok na duży zegar od dawna odmierzający tu czas
.



Podobnie jak i inni kortończycy. Często mieszkańcy wychylają się, trzy osoby z jednego okna, i patrzą, jak jeszcze jeden dzień uchodzi z „piazza”. W szeregach świetnych domów przy głównych ulicach handlowych wszędzie na parterze są sklepy z wyrobami żelaznymi, naczyniami, z konfekcją i spożywcze. W niejednym domu prawdopodobnie tak było zawsze. Przyglądając się fasadom, widzę, ile razy dawni mieszkańcy zmieniali zdanie. Drzwi powinny być tutaj – nie, nie, tutaj; ten łuk powinien być oknem; czy nie lepiej połączyć ten dom z sąsiednim, dobudować jedną nową fasadę do tych trzech średniowiecznych domów teraz, kiedy jest Odrodzenie?



„Centro” Cortony to dwie nierówne „piazza”, połączone krótką ulicą. Żaden miejski projektant nie zaprojektowałby tego w ten sposób, ale to ma swój urok. Na Piazza della Repubblica dominuje ratusz z czternastego wieku. Dwadzieścia cztery stopnie szerokich schodów ratusza stają się widownią. Wieczorem, kiedy wszyscy wychodzą z domów, żeby zjeść „gelato” – świetne miejsce do oglądania wieczornego spektaklu z wysoka. Stąd widać także loggię wznoszącą się o poziom wyżej za „piazza”. Dawniej była targiem rybnym, teraz jest tarasem restauracji, jeszcze jedną grzędą, z której można patrzeć. Wokół tej „piazza” harmonię budynków znakują trzy ulice dobiegające tu od trzech miejskich bram. Życie uliczne szumi i kwitnie. Cud nieobecności samochodów – jakże zdumiewający! – przywraca znaczenie ludziom.



Pewnie dlatego tak wielką przyjemność sprawiają mi spacery po tym kamiennym mieście. Kiedy jestem w „centro” najczęściej najpierw przechodzę z Piazza della Repubblica krótką ulicą na Piazza Signorelli, nazwany tak ku czci jednego ze słynnych kortończyków. Ta „piazza”, trochę dłuższa od tamtej, co sobota (dzień targowy przez cały okrągły rok) jest bardzo rojna. Na jednej z kolumn widnieje dosyć żałosny florencki lew. Z dwóch barów stoliki wystawione są na zewnątrz.



Między innymi naszego ulubionego baru, baru „Sport” stoją na zewnątrz na Piazza Signorelli. Kilku rolników co dzień rano sprzedaje produkty na schodkach dziewiętnastowiecznego „teatro” i co dzień rano, pijąc „espresso”, patrzymy, jak chłopi podnoszą zardzewiałe wagi, żeby zważyć pomidory. Poza „teatro” stoją wokół „piazza” nienaruszone średniowieczne i renesansowe „palazzi”. Aż się prosi o wystawienie tu „Traviaty”.



Na tej „piazza” przede wszystkim rzuca się w oczy wysoki Palazzo Casali, obecnie Muzeum Sztuki Etruskiej. Najsłynniejszym wystawionym w nim eksponatem jest misterny brązowy kandelabr z czwartego wieku przed Chrystusem. (…) Boczną ścianę Palazzo Casali zdobią rodowe herby z wyrzeźbionymi łabędziami, fantastycznymi zwierzętami i gruszkami.



Krótka ulica poniżej pałacu prowadzi do Duomo…



…i do Museo Diocesano, poprzednio Chiesa del Gesù, do którego też nieraz wstępuję. Tam na piętrze jest skarb, „Zwiastowanie” Fra Angelica, bajeczny anioł o włosach neonowopomarańczowych.



I kościół, i muzeum znajdują się na Piazza del Duomo, u którego stóp leży kortoński cmentarz. Otoczone murem miasto zmarłych, usytuowane tuż poniżej miasta żywych, nocą jaśnieje światełkami zniczy płonących na każdym grobie. Patrząc z Piazza del Duomo w dół, trudno sobie nie wyobrażać, że zmarli tam chodzą, odwiedzają się wzajemnie, tak jak ich krewni wyżej, na wzgórzu.



Na Piazza Signorelli tuż na prawo od Palazzo Casali jest Teatro Signorelli, nowy budynek w starym mieście, bo zbudowany w 1859 roku, ale w pseudorenesansowym stylu, ze sklepionym portykiem, akurat dobrą teraz osłoną przed słońcem czy deszczem dla handlarzy warzyw. W tym budynku mieści się teatr operowy prosto z powieści Marqueza: owalny, ze spiętrzoną widownią, małymi lożami, fotelami obitymi czerwonym pluszem i małą sceną.



Główna ulica Via Nationale, ale zwana tutaj Rugapiana, biegnie po równym terenie i też jest tylko dla pieszych (poza porą dostaw do sklepów). Wszystkie inne ulice, zresztą niechętnie, goszczą kierowców, zbyt wąskie, zbyt strome.



Biegnące wyżej z biegnącymi niżej łączą chodniki, „vicoli”. Sama nazwa każdego z tych „vicolo” sprawia, że chcę skręcić, zobaczyć, dokąd prowadzi Vicolo della Notte, nocy, Vicolo dell’Aurora, jutrzenki, i Vicolo della Scala, nie tylko chodnik, długi szereg niskich stopni pod górę.



Jednak ja zazwyczaj idę Rugapiną prosto. Chcę dotrzeć do parku. Z obu stron Via Nationale są kawiarnie i sklepiki. Ich właściciele albo siedzą na krzesłach przed drzwiami, albo szybko piją „espresso” w pobliżu. Z „rosticceria” niosą się apetyczne zapachy piekących się kurcząt, kaczek i królików. Szybko tu podają łazanki na obiad, a przez cały dzień „panzarotti”, co znaczy dosłownie zwijany chleb. Nagle Rugapiana się urywa, a ja przed sobą widzę Piazza Garibaldi. Starzy ludzie nadal nazywają Piazza Garibaldi „carbonaia”, bo tam przywożono węgiel na sprzedaż.



Od strony Piazza Garibaldi wejście do parku osłania kościół San Domenico.



Kątem oka widzę Via Santa Margherita i stojący przy niej kościół San Marco, w której znajduje się mozaika Severiniego.



Jeżeli pójdę tą uliczką pod górę, znajdę się na Drodze Krzyżowej zaprojektowanej przez niego. To szereg kamiennych kapliczek i w nich mozaikowe ślady wędrówki Chrystusa ku Ukrzyżowaniu, Zdjęciu z Krzyża.



Na końcu Drogi (w upalny dzień zawsze czuję się tak, jakbym dźwigała krzyż) jest duży kościół i klasztor Santa Margherita. W kościele sama Margherita spoczywa za szkłem. Zsycha się. Widok jej stóp przyprawia o ciarki, ale kobiety modlą się pewnie na klęczkach przed nią. Margherita była jedną z tych poszczących świętych, których należało bardzo namawiać, żeby się odżywiali bodaj jedną łyżką oliwy dziennie. Wniebogłosy na ulicach spowiadała się z grzechów młodości. W dzisiejszych czasach uznano by ją za chorą psychicznie i anorektyczkę; w tamtych czasach uważano, że ona pragnie się umartwiać jak Chrystus. Podobno nawet Dante w 1289 roku odwiedził ją, żeby porozmawiać o swojej „małoduszności”. Margherita jest tutaj tak czczona, że kiedy matki w parku wołają swoje dzieci, najczęściej słyszy się jej imię.





Nieco wyżej za kościołem zamek Medyceuszy wznosi się na szczycie wzgórza, linia tej części jego rozległych murów pod kątem prostym opada w dół.



Niemal łączy się z murem okalającym miasto. Sam mur zaś poprzecinany jest wieloma bramami. Przejeżdżając obok miejskich bram, lubię w nie zaglądać. Wyglądają zupełnie tak jak na widokówkach sprzedawanych w miasteczku. Brama, wąska uliczka biegną pod górę, „palazzi” z obu stron. Kiedy którąś z tych bram wjeżdżam lub wchodzę, natychmiast mam wrażenie, że jestem wewnątrz – uczucie bezpieczeństwa, jak gdyby nadal wrogie hordy gibelinów, gwelfów czy inne jakieś w dali wymachiwały włóczniami.



Co dzień tędy przechodzimy, zapuszczamy się na szerokie, kamieniami brukowane ulice pomiędzy renesansowymi i jeszcze starszymi domami i na węższe „vicoli”, tajemnicze pasaże dla pieszych, biegnące w wielu miejscach po stromych schodach. Są tam jeszcze widoczne zamurowane „drzwi nieboszczyków” z czternastego wieku. Te upiory drzwi, niezależnych od głównego wejścia, podobno służyły do wynoszenia ofiar epidemii – wynoszenie ich głównymi drzwiami przynosiłoby pecha. (…) Mówi się też, że tych umieszczonych dość wysoko drzwi używano wtedy, gdy z powodu sporów rodowych główne wejście barykadowano. Zastanawiam się: może przez te drzwi w złą pogodę po prostu wchodziło się do domu bezpośrednio z powozu czy z siodła bez konieczności stąpania po błocie – i prawdopodobnie plugastwach brudnej ulicy – albo nawet i przy dobrej pogodzie, chroniąc długie jedwabne spódnice.



W przewodnikach określa się Cortonę: „ponura” i „surowa”. Niesłusznie. Położenie na szczycie wzgórza, pionowe linie murów i masywnych kamiennych budynków nadaje strzelistość tej architekturze. Gdy idę przez „piazza”, myślę, że raptowne kanciaste cienie padają zgodnie z postulatem równoległości Euklidesa. Chcę się wyprostować jak struna – chyba ta doskonała postawa domów przenosi się na mieszkańców. Tutaj ludzie chodzą powoli, trzymają się – chętnie wyraziłabym im podziw – idealnie prosto.



Miasteczka toskańskie na wzgórzach nieraz wydają mi się zamczyskami – rozbudowanymi siedzibami, w których te wąskie uliczki to korytarze, „piazza” to duże salony pełne gości. Miasteczkowe kościoły zachowują jakąś prywatność – uprasowane płótna, koronkowe serwety na ołtarzach i wazony ze szkarłatnymi daliami mogłyby być w kaplicach rodzinnych. A miasteczkowe poszczególne domy to tylko apartamenty w wielkim domu, który rozrasta mi się jak dawniej dom moich dziadków, dom mojej ciotki, domy moich przyjaciółek znane nie gorzej niż linie papilarne własnej dłoni.



A w centrum tego mikroskopijnego świata Bramasole. Nasz dom, z którego mamy przed sobą widok doliny i drogi wiodącej do niej w dół w szpalerze cyprysów, pogodny krajobraz poznaczony dobrze utrzymanymi winnicami i gajami oliwnymi. W dali pacnięcie błękitu, to Jezioro Trazymeńskie.



Falujący krajobraz ze wszystkich stron wygląda pogodnie. Wiejskie domki poutykane w kotlinach mają kolor miodu i przypominają grube bochenki chleba, które stygną po wyjęciu z pieca. Wiem, że jakiś jurajski przewrót gwałtownie wypchnął to wzgórze, ale ono wydaje się zaokrąglone czyjąś łagodną dużą dłonią. W coraz jaśniejszym blasku słońca rozpościera się pastelowe widmo – sprana zieleń banknotu dolarowego, stara śmietana, błękit oczu ślepca. Malarze renesansowi odtwarzali to wiernie. Nigdy nie uważałam artystów, takich jak Perugino, Giotto czy Signorelli, za realistów, ale ich krajobrazy w tle są właśnie tutaj, co odkrywa większość turystów, te ciemne cyprysy są wmalowane, żeby uwydatnić każdą kompozycję, na którą pada wzrok. Teraz wiem, dlaczego czerwony but złotoblond anioła w muzeum w Cortonie tak się żarzy, dlaczego suknia Madonny jest tak soczyście, do głębi ciemnoniebieska. Na tle tych krajobrazów, w tym świetle, wszystko przybiera swoje pierwotne zarysy. Nawet czerwony ręcznik schnący na sznurze nasyca się własną czerwienią.



Sowa przelatuje tuż obok nas i słyszymy trzepot jej skrzydeł, a potem, gdy siada na czarnej akacji, dziwne „huu!”, które uznajemy za powitanie. Wielka Niedźwiedzica ociąga się nad domem, nieomal leje poświatę na dach. Konstelacje wyskakują wyraźne jak na jakiejś gwiezdnej mapie. Kiedy robi się zupełnie ciemno, widzę, że Droga Mleczna biegnie prosto nad dom. Otoczona światłami wielkiego miasta, zapomniałam o gwiazdach. A one przecież są przez cały czas, świecą, roją się, tętnią, spadają. Gapimy się na gwiazdy, aż szyje nas bolą. Droga Mleczna wygląd jak rzucony rozwijający się zwój koronki. Ed, ponieważ lubię szeptać, nachyla się nad moim uchem.
– Jeszcze chcesz do domu – pyta – czy może tu masz dom?





Wszystkie cytaty pochodzą z: Mayes Frances, Pod słońcem Toskanii, Prószyński i S-ka., Warszawa 2007; Mayes Frances, Bella Toskania, Prószyński i S-ka., Warszawa 2009; Mayes Frances, Codzienność w Toskanii, Prószyński i S-ka., Warszawa 2010.


Przeczytaj recenzje książek Frances Mayes na Dzienniku Literackim!
Komentarze
  • 1
    nutta 3 stycznia 2012 | 15:25:06

    Powiew lata poczułam:) Lubiłam cykl toskański. Serdeczności.
    A plany wakacyjne już masz?

  • 2
    Annie 5 stycznia 2012 | 23:48:21

    Niestety, Nutto, jeszcze żadnych. Przede wszystkim dlatego, że nie wiem, kiedy będę mieć wakacje tego roku. Kilka kierunków mam w głowie, ale nie chcę zapeszać (bo bardzo, ale to bardzo bym chciała, aby się ziściły :) A Ty już wiesz, gdzie w te wakacje poniosą Cię nogi? :)

  • 3
    nutta 6 stycznia 2012 | 10:26:54

    Myślę o Francji, ale to jeszcze nie jest pewne:)

  • 4
    Annie 7 stycznia 2012 | 13:45:49

    O, to ten mój Rutkowski mógłby okazać się bardzo pomocny :) Będę trzymać kciuki, aby te wstępne plany się zrealizowały - z przyjemnością obejrzałabym zdjęcia z podróży :)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję