Śladami Marleny de Blasi. San Casciano dei Bagni i Orvieto
Data publikacji: 10 września 2011 A- A A+
– „Ce l’abbiamo fatta, Chou-Chou. Zrobiliśmy to – mówi, nazywając mnie wymyślonym przez siebie imieniem. Ręce zaciska na kierownicy starego bmw, łokcie ma lekko uniesione, zupełnie jakby to były skrzydełka, a barki nieco pochylone do przodu. Przepełnia go radość wyrażona suchym, porozumiewawczym śmiechem.
– Rzeczywiście. Zrobiliśmy – celowo akcentuję końcówkę „my”, zabarwiając ją odrobiną sarkazmu. Następnie odwracam wzrok i spoglądam przez okna samochodu.




Wczoraj Wenecja…



…a dziś – San Casciano dei Bagni. Niezbadane są wyroki losu.



Oto nasz nowy dom. Ostatnia z miejscowości usytuowanych na wzgórzach stanowiących południowe krańce Toskanii, w miejscu, gdzie region ten łączy się z Lacjum i Umbrią. San Casciano leży „precisamente”, dokładnie 582 metry powyżej poziomu morza. Zbudowane zostało na grzbiecie wzniesienia, które oddziela doliny dwóch rzek: Pagli i Chiany. (…) Jest równie stare jak sama Etruria, a możliwe, że jego początki sięgają jeszcze dalej.



Jednak ja nie potrafię przestać tęsknić za Wenecją. Mówię sobie: spójrz na ten toskański krajobraz – przecież to marzenie wielu ludzi. W Wenecji nie rosną cyprysy ani drzewa oliwne, ani winorośl, nie ma też owiec, łąk, łanów pszenicy, słoneczników czy choćby jednego poletka obsianego makiem. (…) Nasze nowe miejsce, z jego dwustu mieszkańcami, do których teraz zaliczamy się także i my, jest z pewnością dobre. Oni, miasteczko i my – osadzeni na kawałku starożytnej ziemi, na styku Toskanii, Umbrii i Lacjum.



Tutaj, tą samą drogą, którą chodzę, zrywając koper włoski, maszerowały legiony rzymskie. Przecież to starożytna Via Cassia, obecnie Strada Statale Numero 2.



Na łuku drogi biegnącej przez wyżej położoną część „piazza” mieści się warzywniak Sergia. (…) Cztery kroki dalej, idąc pod górę w stronę kościoła i wieży magistrackiej, znajdujemy „gastronomię”, gdzie kupujemy mąkę i sól morską, butelkę piwa do przygotowania panierki oraz olej arachidowy do smażenia. (…) Naprzeciwko „gastronomii” mieści się „enoteca”, sklep winny, gdzie kupujmy wino Vernaccia i „oliwę turystyczną”, jak będzie o niej mówił Barlozzo. (…) Potem rzeźnik, jubiler, „un’antichità”, sklep z antykami, a także dwa sklepiki spożywcze, nie większe od garderoby, zamykające listę miejsc, w których można dokonać zakupów w „centro storico”.



Od czasu naszej pierwszej wizyty w barze „Centrale”, zaraz po przyjeździe do San Casciano, uważaliśmy to miejsce za coś w rodzaju dodatkowego pokoju, a ostatnimi czasy nawet myślimy o nim jak o drugim domu. (…) Zaczynam rozumieć, dlaczego niektórzy Włosi utrzymują, że dobry bar w sąsiedztwie znaczy więcej niż dzielnica, w której się mieszka. Ich zdaniem, lepiej mieć nawet trochę gorsze mieszkanie pod warunkiem, że tuż obok mieści się świetny bar. Niektórzy posuwają się wręcz do twierdzenia, że bar jest teraz tym, czym kiedyś był kościół parafialny – miejscem, gdzie można odpocząć i znaleźć pocieszenie.



Podobne ukojenie daje także toskańska natura. Tutaj wszystko wygląda inaczej. Winogrona są napęczniałe i ciemne, a krzewy winorośli aż prężą się w pełnym słońcu.



Zawsze kiedy trzymam w dłoni maleńką oliwkę, przychodzi mi na myśl Atena. Bo to ona sprawiła, współzawodnicząc z Posejdonem o pierwszeństwo, że ze skały Akropolu wyrosło drzewko oliwne, które stało się symbolem cywilizacji i kultury. Jego owoc jest niepodobny do innych. Miąższ oliwki, jak mawiała bogini, ma smak gorzki niczym nienawiść i jest go tak niewiele jak prawdziwej miłości. Trzeba wielkiego wysiłku, by można było z niego utoczyć zaledwie kilka kropel złocistozielonkawej krwi.



Jednak potrzeba jeszcze większego wysiłku, aby ponownie ruszyć w podróż w poszukiwaniu nowego domu. Po dwóch latach pobytu opuszczamy naszą maleńką miejscowość u stóp Monte Amiata.



Mijamy boczne drogi z San Casciano do Fabro i wjeżdżamy na autostradę, którą pokonujemy trzydzieści sześć kilometrów do zjazdu na Orvieto. Trasa nie jest zbyt długa, a jednak docieramy do zupełnie innego świata. Z sennej toskańskiej wioski otoczonej zagrodami dla owiec trafiamy na wielką, kamienną wyspę, powstałą w wyniku prehistorycznych wstrząsów. Miejsce przypomina palankin, powoli sunący przez bursztynowe mgły. Przez ostatnie tygodnie wielokrotnie wjeżdżaliśmy na to wzgórze, więc powinnam przywyknąć do jego niebywałego piękna. Nie przywykłam. Tego wieczoru nie odjeżdżamy z powrotem. Dzisiaj przybyliśmy, żeby tutaj zamieszkać.



„Tabac”, sklepik spożywczy, zakład jubilerski, pizzeria z daniami na wynos oraz trattoria składają się na parter „palazzo” pod trzydziestką czwórką.
– Budynek nazywa się Palazzo Ubaldini – informuje nas Nicola. – Wybudowano go jako letni dom dla średniowiecznej rzymskiej arystokratycznej rodziny.




Nie mówimy ani słowa, tylko stoimy i obserwujemy popołudniową scenę przy Via del Duomo. Ludzie wchodzą do małej kapliczki i wychodzą z niej, dwa metry od Palazzo Ubaldini. Drzwi świątyni stoją otworem i na ulicę wydobywa się z niej lekka woń kadzidła, mieszając się z zapachami espresso oraz wina z maleńkiego baru w sąsiedztwie.



Orvietanie zbierają produkty na kolację, wędrują z torbami warzyw, owiniętymi wokół nadgarstków, i z pudłami z cukierni, które trzymają za papierowe wstążki. Niektórzy odpoczywają na ławce, powtarzają plotki i słuchają nowin z całego dnia albo stoją w barze i sączą „prosecco” z wysokich kieliszków. Jak się będzie mieszkało w takim gwarze po opuszczeniu sennej kryjówki na wzgórzu?



Czy uda nam się włączyć w rytm życia Orvietan? Spacerować wzdłuż Corso Cavour…



…ucztować w La Grotta…



…zasiadać na kamiennych ławkach na Piazza della Repubblica i u stóp kościoła św. Andrzeja, aby porozmawiać z najstarszymi mieszkańcami miasta. Sant’Andrea… W tym kościele Innocenty III pobłogosławił czwartą krucjatę, wysłał jeźdźców, by mordowali i gwałcili w imię świętego rzymskiego Kościoła. W historii Orvieto było to niedawne zdarzenie, bo pod tymi samymi kamiennymi schodami znajdują się szczątki etruskiej świątyni, którą zwycięscy Rzymianie później przeznaczyli na dom dla własnej trupy pogańskich bogów. Na głowach Jowisza, Apollina, Diany i Minerwy średniowieczni chrześcijanie zbudowali romański gmach – i to ich dzieło, nie licząc części renesansowych ozdobników, tworzy obecny fronton kościoła Sant’Andrea. Proces przemijania cywilizacji wyraźnie odcisnął swoje piętno na Orvieto, choć najwyraźniejsze są tutaj elementy średniowieczne.



Ozdobą miasta jest dziedzictwo gildii rzemieślników oraz pełnych złota kufrów arystokracji. Historycznie rzecz biorąc, jedni i drudzy garściami czerpali z rolniczego bogactwa tysiącletniej i ciągle kwitnącej kultury winiarskiej. Pokaźne średniowieczne wieże strzegą renesansowych pałaców, łuki triumfalne zachęcają do spacerów po garbatych kamieniach w ciemnych alejkach, które wiodą na olśniewająco piękne, wielkie „piazza” albo do małych placów, łechtanych muśnięciem woni z otwartych drzwi bezimiennych „osterii”. W europejskich kręgach artystycznych, muzycznych i kulinarnych to miasto jest znane jako „La Divina”, Boska. W Orvieto na każdym kroku czają się wspaniałości.



Jednak perłą w orvietańskiej koronie jest katedra Duomo. W 1263 roku pewien czeski ksiądz doświadczył kryzysu wiary, a w szczególności zwątpił w dogmat przeistoczenia. Dla uzdrowienia duszy wybrał się na pielgrzymkę do Rzymu i któregoś letniego poranka zatrzymał się nad brzegiem jeziora Bolsena, aby odprawić mszę. Dodajmy, że akwen znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Orvieto. Kiedy kapłan uniósł hostię wysoko nad ołtarz, zauważył spływającą z niej krew. Był to wyraźny znak. Ksiądz pojechał z obrusem i swoją relacją do Orvieto, gdzie akurat przebywał papież Urban IV, który opuścił wówczas niespokojny Watykan. Papież dostrzegł w cudzie oznakę zbawienia swojego niepewnego pontyfikatu, zupełnie jakby to właśnie on był sprawcą owego cudu, i tak oto rozpoczęła się trzywiekowa historia bolesnego wznoszenia najbardziej spektakularnej katedry gotyckiej we Włoszech, przerywanego zarazą oraz najazdami, i tylko od czasu do czasu przebiegającego w pokoju. Marmurowo-bazaltowy pomnik, inkrustowany złotymi mozaikami, jest hołdem dla cudu.



Zerkam ku biało-czarnym pasom na murach Duomo i myślę: „Tam, zaledwie kilka metrów dalej od tej okazałości, mieści się nasz dom. Tam jest Palazzo Ubaldini”. Z takiej odległości zagadki wydają się ulotne i odgania je dreszczyk emocji.



Zamyślona, zbiegam w dół Via del Duomo, i trafiam na Piazza del Popolo. Nogi same mnie przywiodły w miejsce, któremu podobnie jak i Duomo nie brakuje magii. To tu dwa razy tygodniu odbywa się uczta dla zmysłów. Targowisko rozkłada się na Piazza del Popolo w czwartki oraz w soboty i jest rytuałem, w którym uczestniczą miejscowi w przeróżnym wieku i wszelkiego stanu, ale także obywatele z dalszych gmin Orvieto, wsi i wiosek. Przyjeżdżają rozklekotanymi furgonetkami, na rowerach, na „moto” lub trzykołowymi pojazdami dostawczymi Ape, które słyną z dużej przestrzeni wewnątrz pojazdu i mocy tostera na kółkach. W taki czy inny sposób, wszyscy docierają na targowisko. Jednak choć dziś jest czwartek, to późnym popołudniem nie ma po nim nawet śladu. Nic się nie dzieje. Kościół San Rocco zamknięty jest na cztery spusty, a mieszkańcy sennie obserwują jak uczynni strażacy pomagają jednemu z Orvietańczyków wymienić stare okiennice.



Drobny gest, serdeczność, dobrzy ludzie… Tak, myślę, że będziemy tu wieść dobre życie.



Wszystkie cytaty pochodzą z: (de) Blasi Marlena, Tysiąc dni w Toskanii, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009 oraz (de) Blasi Marlena, Tysiąc dni w Orvieto, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Przeczytaj także recenzje książek Marleny de Blasi na Dzienniku Literackim.
Komentarze
  • 1
    nutta 10 września 2011 | 20:09:30

    Piękne zdjęcia połączone z cytatami. Oddają nastrój książek:)

  • 2
    Annie 10 września 2011 | 20:14:55

    Dziękuję, Nutto! Bardzo mi miło :)

  • 3
    nutta 10 września 2011 | 22:21:54

    A w La Grotta takie pyszności:)

  • 4
    mary 10 września 2011 | 22:48:18

    cudnie....

  • 5
    Annie 10 września 2011 | 22:52:49

    Tak naprawdę nie spotkałam we Włoszech miejsca, gdzie jedzenie nie byłoby pyszne. Tam wszystko tak bardzo smakuje - pomidory są bardziej pomidorowe, a sałata o wiele bardziej soczysta ;)

  • 6
    29 września 2011 | 7:40:56

    Ja też niedwano wróciłam z Toskani i już bardzo tęsknię za tymi krajobrazami, jedzeniem i klimatem.

  • 7
    ines1 29 września 2011 | 7:45:10

    I to prawda, że tam pomidory są bardziej pomidorowe:) Przy okazji zwiedzania Lukki byłam na najlepszej pizzy w życiu, która tak pachniała pomidorami, że szok!

  • 8
    gość 18 lipca 2014 | 9:15:29

    W lipcu 2012 roku byłam we Włoszech. Odwiedziłam San Casciano dei Bagni, a następnie Orvieto. Do Orvieto pojechałam z myślą, że spotkam Panią Marlenę De Blasi. Spędziłam cały dzień w Orvieto i czekałam. Czekanie się opłacało, ponieważ wieczorem Pani Marlena wraz z mężem odpoczywała w barze. Podeszłam, przedstawiłam się i ku mojemu zdziwieniu Pani Marlena zaprosiła mnie do swojego stolika. Odbyłyśmy bardzo sympatyczną rozmowę. Otrzymałam dedykację w książce "Lavinia i jej córki". Pani Marlena to urocza kobieta, bardzo wrażliwa. Z niecierpliwością czekam na jej następną książkę. Wszystkim polecam podróż śladami Marleny De Blasi

  • 9
    DaNa 13 marca 2016 | 19:05:36

    Ja z kolei byłam w Orvieto w lipcu 2015r. po drodze z Sycylii. Specjalnie ustawiłam to miasto "po drodze" (w sensie noclegu) z miłości do de Blasi i jej opowieści. W hotelu wypytałam o nią, wskazano mi knajpę, gdzie często bywa. Nie było jej tam, ale i tak ją spotkałam! Tak to bezpośrednia osoba. Potwierdzam. Ja otrzymałam dedykację w książce "Wieczory w Umbrii". Nigdy tego spotkania nie zapomnę. A samo miasto - przepiękne, z gustem, z wieczornymi koncertami, z klimatem, no i na prawdę jest po drodze (przy drodze/autostradzie), polecam każdemu!!

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję