Pod słońcem Toskanii. W raju Ferenca Máté
Data publikacji: 12 września 2010 A- A A+
Średniowieczne miasta na wzgórzach, ciągnące się w nieskończoność winnice i srebrzące się gaje oliwne. Do tego rzędy wysmukłych cyprysów, soczyste owoce i znakomita kuchnia. Podczas gdy Johann Wolfgang Goethe, podróżując po Kampanii, powiedział: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”, Ferenc Máté stwierdza: „Zobaczyć Toskanię i zostać”.

Bo dla niego to raj na ziemi. Pyszne jedzenie, wspaniali ludzie, piękne krajobrazy. Otwarte przestrzenie to jeden z największych uroków Toskanii. Rzadko spotyka się ogrodzenia wyznaczające poszczególne działki – czasem widać zagrody dla owiec lub koni – dlatego miłośnicy długich spacerów czują się tutaj jak w raju. Wznoszące się i opadające ścieżki są bardzo kameralne i mało uczęszczane, wywołują uczucie, że za zakrętem może być coś wspaniałego i nieprzewidzianego. Uczucie to narastało, kiedy przecinało się pola i lasy.



W Toskanii linie i kąty proste nie istnieją, zamiast tego są zakręty i łuki, tutaj drogi i granice działek podążają wzdłuż żlebów i potoków, droga zmienia kierunek ze względu na rosnące drzewo, ulice w miasteczkach wiją się w serpentyny, a domy nigdy nie stoją prosto – w takim miejscu linie i kąty proste wydają się ordynarne.



O to, by linii i kątów nie było, dba wyjątkowy specjalista – „geometra, który jest kimś pomiędzy młodszym inżynierem a architektem. Wydaje mi się, że to stanowisko jest czymś wyjątkowym i występuje tylko we Włoszech, gdzie po zakończeniu drugiej wojny światowej wiele wzniesionych byle jak budowli zaczęło się nagle rozpadać. Prawdziwym zadaniem „geometra” jest dbanie o to, żeby na inwestorów nie zawaliły się sterty dokumentów.



Toskania to nie tylko morze pól. To także morze, choć mało kto myśli równocześnie o morzu i Toskanii, zazwyczaj łatwo przywołać w wyobraźni morze wzgórz i z równą łatwością zapomnieć o długiej linii brzegowej Morza Tyrreńskiego, pełnej olbrzymich i niezamieszkanych obszarów, ciemnych lasów sosnowych, klifów oraz średniowiecznych przystani z żaglówkami i kutrami rybackimi stojącymi na kotwicach. Maleńkie domy stojące ciasno obok siebie na wzgórzach i urwistych cyplach spoglądają w dół na przezroczystą wodę, której barwa zmienia się wraz ze wschodzącym i zachodzącym słońcem.



Na drugim planie, zawsze gdzieś w tle, majaczą zbocza Apeninów.



To właśnie w takim otoczeniu mieszkają Toskańczycy. W starych, kamiennych domach rozrzuconych po toskańskiej ziemi.



Aby łatwo, szybko i wygodnie dotrzeć do przyjaciół czy do centrum miasta, poruszają się przy pomocy malutkich pojazdów. Do wyboru mają skuter, Fiata 500 czy trójkołowiec Piaggio Ape, który bardziej niż na miano samochodu zasługuje na określenie „zmechanizowana karoseria”. Do ape się nie wchodzi, ale wciska. Z tyłu ma małą platformę, podobną do tych w półciężarówkach. Napędza go silnik motocyklowy o pojemności pięćdziesięciu centymetrów sześciennych, jeśli zastosować słownictwo z książki kucharskiej, to odpowiada to jednej czwartej szklanki. Pod górę wspina się w żółwim tempie, przy czym ryczy jak lew.



Pierwszą rzeczą, która zaskakuje w toskańskich miastach, jest cisza. Zarówno w małych jak Pienza, jak i średniej wielkości jak Siena zawsze rzuca się w oczy brak samochodów. I bardzo dobrze. Miasta zaprojektowano przecież dla ludzi, przez kilka lat sprawdzano tutaj, jak będą się w nich zachowywały samochody, ale hałas, spaliny i brzydota przemocą wdzierały się do toskańskiego stylu życia, dlatego stopniowo zostały wypchnięte na skraj miasta. Ulice, ponownie zaludnione, odżyły.



Miejskie place stały się miejscami spotkań. Zapełniły się tym samym ławeczkami i restauracyjnymi ogródkami.



Choć najczęściej Toskańczycy wybierają spotkania w swoich własnych domach. Zasiadają wówczas przy kuchennym stole lub w swoim ogródku i czekają na potrawy wprost ze starego „forno”.

Piec wyglądał z zewnątrz jak kamienny blok, wielkości może dwóch i pół metra kwadratowego, przykryty był terakotą, z małego daszku wychodził ceglany komin. Palenisko było łukowate i miało kilkudziesięciocentymetrową średnicę, wystarczająco dużą, żeby zmieścić małe prosię. Zajrzałem do środka. To był prawdziwy architektoniczny cud, wewnątrz kopuła, mniejsza może od kopuły Brunelleschiego we Florencji, ale z pewnością wzniesiona w podobny sposób: zwężające się rzędy cegieł. Żeby gromadzić ciepło, nie wymurowano wewnętrznego komina – dym miał wydostawać się przez drzwiczki i kanał kominowy ponad nimi. Taki piec można rozgrzać w ciągu kilku godzin, paląc w nim wiązkami chrustu, potem wystarczy wygarnąć popiół i włożyć do środka chlebowe ciasto, drób, żeberka czy kilka kiełbasek i gotowe. Na koniec można upiec sobie blachę tarty, a potem usiąść wygodnie i zajadać się ciepłymi przysmakami aż do zachodu słońca.



Wszystko to przy kieliszku własnego wina. I przy misce świeżutkich, pochodzących z własnych upraw owoców.



Po przyjeździe do Toskanii Ferenc Máté zamieszkał z rodziną w Montepulciano – położonym sześćdziesiąt pięć kilometrów na południowy wschód od Sieny mieście, należącym do jednych z najwyżej położonych miast na wzgórzach w Toskanii. Ich przystanią okazała się piękna, kamienna rezydencja o nazwie La Marinaia (Żona Marynarza).

Znaleźliśmy się ponad poziomem mgły, szczyty wzgórz wyłaniały się przed nami jak wyspy na morzu. Ponad nimi górowały i lśniły w porannym słońcu fortyfikacje, wieże kościelne i kopuły – Montepulciano było skąpane w migoczącym świetle. Okolica należała do najpiękniejszych, jakie widzieliśmy. (…) Na piechotę ruszyliśmy na wzgórze, w kierunku groźnych murów miasta. Za plecami zostawiliśmy pasiastą fasadę z trawertynu, należącą do czternastowiecznego kościoła Sant’Agnese, a przed nami wyłaniały się spiralne, wąskie uliczki z mistrzowsko wyrzeźbionymi futrynami i wspaniałymi oknami. (…) Od uliczek odchodziły jeszcze węższe alejki, „vicoli”, czasem ze sklepieniami, na których wyrastały kolejne budowle. Niektóre skręcały, wznosząc się w kierunku słońca, a inne nikły pomiędzy dryfującymi niżej strzępami mgły.



Zupełnie inne od Montepulciano jest Montalcino, miasto, do którego Máté przeniósł się po kilku latach. To właśnie tu osiadł na stałe, odremontował Il Colombaio i założył własną winnicę.

Montalcino jest średniowiecznym miastem „pieni e vuoti”, pełnym i pustym – co oznacza, że za każdym rzędem kamiennych domów ściśniętych obok siebie przy wąskich uliczkach znajduje się pas ziemi wraz z małym ogródkiem. Otacza je pełny pierścień murów i chroni niezwykła twierdza. Z dołu prezentuje się monumentalnie i imponująco. Z góry zaś roztaczają się przepiękne widoki na okolicę.



Innym ciekawym średniowiecznym miastem jest Monteriggioni. Wzgórze, na którym leży, jest symetryczne, szczyt ma raczej płaski, dzięki czemu mury miejskie skutecznie zasłaniają budynki przed wścibskimi spojrzeniami, jednocześnie nie pozwalają mieszkańcom na wyjrzenie na świat na zewnątrz. Kiedy stanie się pośrodku wielkiego „piazza” w centrum, w wąskich uliczkach lub w cieniu drzew, bardzo szybko ogarnia nas błogie poczucie bezpieczeństwa. To prawda, że od czasu do czasu mamy niewytłumaczalną ochotę rozwalić otaczające mury, puścić się biegiem na zewnątrz przez najbliższą bramę albo wspiąć się na wieżę strażniczą, by rzucić okiem na świat zewnętrzny. Jednak przelotne spojrzenie wystarcza i wszyscy z chęcią wracają w przyjazne ramiona miasta.



Tymczasem jedenaście kilometrów na zachód od Montepulciano znajduje się miasto nie średniowieczne, a w pełni renesansowe. Założono je z kaprysu papieża Piusa II, a jego rozbudowa rozpoczęła się w 1459 roku.

Pienza okazała się małym klejnotem. Była mniejsza i bardziej przyjazna od Montepulciano, brakowało jej może tajemniczości, której pożądali ludzie w codziennym życiu. Na jej korzyść przemawiała przyjemna, zatłoczona „piazza” z „duomo”, ratuszem i kuszącym loggią Palazzo Piccolomini z chłodnym, wysokim dziedzińcem i magicznym wiszącym ogrodem oraz stary wulkan za murami miejskimi.



Lecz to nie Pienza przez swoją niezwykłość jest najczęściej odwiedzanym miastem Włoszech, a San Gimignano. Imponujące, gigantyczne, doskonale zachowane.



Jednak prawdziwą perłą południowej Toskanii jest Siena. Smukła wieża ratusza w Sienie góruje nad okolicą. Znajduje się u podstawy jednego z najpiękniejszych dzieł człowieka: lekko nachylonego i brukowanego w eleganckie wzory „campo” w kształcie rozłożonego wachlarza, otoczonego przez szlacheckie „palazzi” i wieńczonego po środku marmurową fontanną.



Choć Máté w swoich książkach opisuje Toskanię, zapomina o północnej jej części. Nie wspomina o miastach, które też są wyjątkowe i też zasługują na uwagę. I nawet nie mowa o Krzywej Wieży w Pizie…



…ale na przykład o stylowej Lukce, otoczonej pierścieniem renesansowych murów, wypełnionej romańskimi kościołami.



W północnej Toskanii jeszcze jedno miejsce jest warte odwiedzenia. To dlatego, że tak naprawdę nijak nie pasuje do toskańskiego krajobrazu. Odkryłam je zupełnie przypadkowo. To Viareggio, leżące dwadzieścia dwa kilometry na północny zachód od Pizy. W XIX wieku miasteczko było luksusowym kurortem. Do dziś można oglądać tu przepiękne, stare hotele.



Niejednorodność Toskanii zdumiewa i zachwyca. Jej wzgórza, słońce, sztuka, jedzenie i wino, a co najważniejsze, pełni pasji i rozkochani w życiu ludzie. Nawet wbrew sobie można nauczyć się tu żyć i cieszyć z życia tak, jak robią to Toskańczycy – „piano, piano, con calma”. Powoli, powoli, ze spokojem.





Wszystkie cytaty pochodzą z: Máté Ferenc, Winnica w Toskanii, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008; Máté Ferenc, Wzgórza Toskanii, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009 oraz Máté Ferenc, Mądrość Toskanii, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Przeczytaj także recenzje książek Ferenca Máté na Dzienniku Literackim.
Komentarze
  • 1
    nutta 12 września 2010 | 23:25:04

    O, nadszedł cza na prezentacje ubiegłorocznej wyprawy:) Bóg dużo dał Toskanii, bo i piękne położenie i utalentowanych artystów,którzy czynili sobie tę ziemię poddaną, i rzemieślników, rolników, smakoszy, a potem kazał szeroko otworzyć drzwi i zaprosić gości. Z gośćmi jednak tak bywa, że stają się rezydentami i nie chcą wracać do domu.
    Miłego tygodnia:)

  • 2
    Annie 15 września 2010 | 23:40:32

    Rzeczywiście, Nutto, wreszcie zdjęcia doczekały się publikacji :) Może to i nawet lepiej, że tak wyszło - patrzę na nie i tak ciepło mi się robi na duszy na wspomnienie tamtych dni ;) Przede mną jeszcze dwie podróże literackie i już się "martwię", co później. Wygląda na to, że trzeba będzie się gdzieś wybrać :D

    Buziaki!

  • 3
    nutta 16 września 2010 | 22:19:03

    Gdzie? Może Stambuł Pamuka, Anglia sióstr Bronte, Jane Austen?

  • 4
    Annie 19 września 2010 | 15:17:55

    Oj, Nutto, nawet nie wiesz jak bardzo bym chciała :) Choć oprócz tych dwóch miejsc, wspomnianych przez Ciebie, kuszą mnie jeszcze Sankt Petersburg, Madryt, Neapol, Bretania, no i Skandynawia ;)

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję