Cień Barcelony. Śladami Carlosa Ruiza Zafóna (II)
Data publikacji: 23 sierpnia 2010 A- A A+
Barri Gótic, Port Vell i Raval. Te trzy dzielnice stolicy Katalonii stanowią tło większości powieści Carlosa Ruiza Zafóna. Tak było w przypadku Cienia wiatru, tak też jest w przypadku Gry Anioła.

David Martín podąża ścieżkami już wydeptanymi przez mężczyzn rodu Sempere. Jednak dzięki swojemu protektorowi, dziennikarzowi Pedro Vidalowi, wstępuje także do miejsc, które dla urokliwych księgarzy pozostawały niedostępne. Jednym z nich jest Gran Teatre del Liceu, barceloński teatr operowy.

Vidal zmusił mnie, bym przyszedł na premierę „Madame Butterfly” w Liceo. Vidalowie mieli lożę na pierwszym balkonie i don Pedro, zagorzały miłośnik opery, pojawiał się tam regularnie co tydzień. Spotkawszy się z nim w hallu, zauważyłem, że towarzyszyć ma nam również Cristina. Przywitała mnie lodowatym uśmiechem i nie zaszczyciła żadnym słowem ani spojrzeniem, dopóki Vidal, w połowie drugiego aktu, nie zdecydował się zejść do salonu przywitać z jednym ze swoich kuzynów, zostawiając nas samych, tuż obok siebie, za przyzwoitkę mając tylko muzykę Pucciniego i skryte w półmroku twarze widzów.



David odczytuje Barcelonę przez pryzmat uwielbianej przez siebie dziewczyny. Plan miasta to dla niego zbiór wszystkich miejsc, mających w swej historii obecności Cristiny Sagnier, córki Manuela, szofera Vidala. To dlatego mieszcząca się naprzeciwko Gran Teatre del Liceu Cafè de l’Òpera nie jest dla niego kawiarnią, która od ponad stu lat przyjmuje w swoje progi wybitnych artystów, a jedynie kawiarenką, za której szybą ujrzał kiedyś twarz Cristiny.



Wędrując po Barcelonie, Martín szuka śladów obecności Cristiny. Nogi wiodą go spod kawiarni w dół Ramblas.

Od czasu do czasu podnosiła się delikatna bryza i balkony i okna otwarte były na oścież; wyglądający ludzie patrzyli na przesuwające się sylwetki pod bursztynowo rozpalonym niebem.



Ulice lśniące od deszczu przeistoczyły się w zwierciadła, w których odbijali się przechodnie i bursztyn nieba. Pamiętam, że znaleźliśmy się na początku Rambli, gdzie spośród mgły wyłaniał się pomnik Kolumba. Szliśmy w milczeniu, patrząc na fasady i ludzi jak na fatamorganę, jakby miasto było już opustoszałe i zapomniane. Nigdy Barcelona nie wydała mi się tak piękna i smutna jak owego popołudnia.



Melancholijny nastrój towarzyszył Davidowi zawsze wtedy, gdy trafiał do Barcelonety – dzielnicy portowej. To właśnie tu, na stacji Torre de Sant Sebastiá, chłopak wsiadł z inspektorem Víctorem Grandesem do kolejki linowej, kursującej ponad barcelońskim portem z góry Montjuïc na wieżę San Sebastían. Dostrzegłem zawieszone na linach wagoniki, ześlizgujące się na tle szkarłatnego nieba zmierzchu, i ruszyłem biegiem ku stacji.



- Jechał pan już kiedyś tą kolejką? – spytał Grandes.
Przytaknąłem.
- Moja córka uwielbia tu przychodzić. Przynajmniej raz w miesiącu prosi mnie, bym zabrał ją na przejażdżkę, tam i z powrotem. Trochę droga przyjemność, ale warto.




Kabina trzęsła się na wietrze jak jabłko na gałęzi szarpanej przez wichurę. Nigdy Izaak Newton nie był tak bardzo przeze mnie wspominany jak w owych chwilach.
- Panie Martín, niech pan nie będzie takim tchórzem, to urządzenie jest całkowicie bezpieczne.
- Uwierzę w to, kiedy znowu poczuję ziemię pod nogami.
Zbliżaliśmy się do stacji pośredniej, wieży San Jaime, wznoszącej się przy nabrzeżach w pobliżu wielkiego Pałacu Celnego.
- Czy moglibyśmy już tu wysiąść? – spytałem.




David jechał kolejką linową z Víctorem Grandesem. Jechał nią także z enigmatycznym właścicielem paryskiego wydawnictwa Éditions de la Lumière. Andreas Corelli zwykł spotykać się z Martínem w szczególnych, intrygujących miejscach. Jednym z nich był niezwykły dom przy parku Güell.

Taksówka wspinała się powoli ku krańcom dzielnicy Gracia w kierunku odosobnionego i mrocznego Parku Güell. Wzgórze usiane było domami, które czasy największej świetności miały już za sobą. Drzewa, poruszane przez wiatr, to zasłaniały je, to odkrywały niczym fale czarnej wody. Na górze dostrzegłem dużą bramę parku. Trzy lata temu, po śmierci Gaudiego, spadkobiercy hrabiego Güella sprzedali ratuszowi opustoszałe miasto-ogród, którego jedynym mieszkańcem był jego twórca, za symboliczną pesetę. Zapomniany i zaniedbany ogród kolumn i wież teraz przywodził na myśl przeklęty Eden.



Tak jak zaznaczył Corelli w swym zaproszeniu, dom wznosił się na skrzyżowaniu ulic Olot i San José de la Montaña. Była to budowla wysmukła i kanciasta, trzypiętrowa, w kształcie wieży uwieńczonej mansardami, która niczym strażnik spoglądała na miasto i widmowy park u swych stóp.



Barcelona – raz tętniąca życiem, raz opustoszała, to wielobarwna, to czarno-biała…

- Niemal wszystko, co spotkało mnie w życiu dobrego, znalazłem w tym miejscu – powiedziałem nagle. – Nie chcę się z nim żegnać.



Wszystkie cytaty pochodzą z: Zafón Carlos Ruiz, Gra Anioła, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S. A., Warszawa 2008.

Recenzje książek Carlosa Ruiza Zafóna na Dzienniku Literackim.

To nie koniec! Zobacz pierwszą część podróży śladami powieści Carlosa Ruiza Zafóna!
Komentarze
  • 1
    nutta 23 sierpnia 2010 | 18:17:26

    No tak, Barcelona jest i w "Grze Anioła" i "Marinie". A jechałaś tą kolejką linową?

  • 2
    Annie 24 sierpnia 2010 | 21:57:20

    Niestety, zabrakło mi i czasu, i trochę odwagi ;) Tym niemniej, ponieważ nie przejechałam się ani kolejką, ani błękitnym tramwajem, uważam, że to doskonały pretekst, aby powrócić do Barcelony. Być może w następne wakacje? ;)

  • 3
    figa 25 października 2010 | 14:29:10

    :) Barcelona jest piękna w realu jak i literaturze. I to nie tylko Carlosa Ruiza Zafóna. Taką melodyjną, uroczą, niezwykle klimatyczną można odnaleźć też choćby w "Hiszpańskim smyczku" Andromedy Romano-Lax. Ukazana jest w niej: Hiszpania... Katalonia... Barcelona początku XXwieku.

  • 4
    Cień 30 grudnia 2010 | 19:06:22

    Jakie wrażenie wywarła na Tobie Barcelona? Czy został chociaż klimat z powieści Zafona?

  • 5
    Annie 5 lutego 2011 | 23:26:47

    Skłamałabym, jeślibym powiedziała, że nie. Nowoczesność pożera Barcelonę, jednak niektórym miejscom cudem udało się ocalić od uwspółcześnienia. Zakątek przy Carrer de Santa Ana, gdzie znajduje się kościół Świętej Anny, czy plac San Felipe Neri to jedne z takich miejsc. Tam nie ma zgiełku i turystów. Są za to cisza, spokój i historia. I taka Barcelona wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zakochałam się ;)

  • 6
    gość 17 czerwca 2013 | 21:05:09

    Szukam osób, które podróżowały/nadal podróżują śladami ulubionych pisarzy, bohaterów literackich. Czy oprócz Barcelony odwiedziłaś jeszcze jakieś kraje śladem innego autora? Annie czy można się z Tobą jakoś skontaktować?

  • 7
    Ola 23 lutego 2014 | 1:04:37

    Byłam dopiero dwa razy w Barcelonie, ale zostawiłam tam swoje serce.... :) polecam 'zgubić się' między uliczkami, po prostu iść gdzie serce prowadzi, bez mapy i chłonąć klimat miasta, w przypadkowych miejscach czuć prawdziwą Barcelonę.

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję