Śladami Trylogii Awiniońskiej
Data publikacji: 14 sierpnia 2010 A- A A+
Posiwiały, lekko zgarbiony mężczyzna niespiesznie zamknął wrota bramy otwierającej się na Rue Jacob. Bertrand de Comminges przystanął i otarł czoło grzbietem dłoni. Nie wiedział dokąd pójść. Nie wiedział, skąd zacząć swoją wyprawę do przeszłości. Wszystkie wspomnienia starego kupca wiązały się z papieskim Awinionem. Tym samym, o którym tak krzywdząco wypowiadali się jego mieszkańcy. Po czterdziestu latach Bertrand nadal pamiętał pełen żalu głos weneckiego delegata w Stolicy Apostolskiej: Za każdym razem, gdy nasz doża przedstawia mnie cudzoziemskim posłom, przerażam się. Padają wtedy dźwięczne nazwy słynnych miast… Jerozolimy, Bagdadu, Konstantynopola, Damaszku. A kiedy wymienia się Awinion, czuję na policzkach i w sercu współczujący wzrok wielu obecnych. Tak, trudno nie dostrzec politowania w oczach wszystkich pozostałych. „Awinion” brzmi dla nich jak pożegnanie ze światem, apokalipsa i ostatni nadgraniczny bastion. Niechby choć padała nazwa „Avenio”, jak za Hadriana, gdy stacjonowali tu legioniści i gdy niewolnicy wznosili „templa”, „thermae” i „theatra”.

Sędziwy kupiec aż się wzdrygnął. Awinion może nie był piękny, może nie był gargantuiczny, ale dla niego najważniejsze było to, że owo niewielkie, otoczone murami miasto u podnóża wapiennej ściany skalnej tuż obok przełomu Rodanu, pozostało miejscowością spokojną. Tysiąc z górą lat upłynęło od pojawienia się pierwszych Rzymian i w tym czasie wciąż podróżowali, z biegiem rzeki bądź w przeciwnym kierunku, wojownicy, kupcy, pielgrzymi, a także ludzie zasługujący tylko na miano motłochu. I choć rzesza nowych ludzi w mieście często przypominała swoim zachowaniem rozwydrzoną, pozbawioną wszelkich skrupułów armię rzekomych zdobywców, to przecież nie zagrażała ona prawdziwym filarom Awinionu. Nie mogła wykorzenić gościnności, nadal sławionej na tamtych ziemiach i symbolizowanej przez trzy cedry, odpowiadające wodzie, wiktowi oraz noclegowi bez żadnej opłaty. Nie mogła zmniejszyć ludzkiej cierpliwości, której nauczyły awiniończyków minione wieki. Ani też odziedziczonej w zamierzchłej przeszłości po celtyckich przodkach chwały.



Bertrand kochał Awinion. To właśnie w tym mieście spędził większą część swojego życia. Każdy jego zakamarek był mu bliski. Lecz najbardziej kupiec umiłował sobie Rue Jacob, niepozorną uliczkę w awiniońskiej dzielnicy żydowskiej.



To właśnie tu niegdyś mieścił się jego dom. W samym sercu Carriére, dzielnicy, której nazwa w języku prowansalskim znaczyła „ulica”, a która to dzielnica znajdowała się za skalną ścianą. W dzielnicy Balance, po stronie zachodniej, a więc w okolicy portu rzecznego, gdzie od czasów rzymskich istniała synagoga – nie wolno było Żydom mieszkać. Niespełna sto lat wcześniej, któryś z chrześcijańskich biskupów kazał tu właśnie wybudować swój pałac, Żydom zaś wyznaczył teren po wschodniej stronie. Cała dotychczasowa gmina żydowska została przesiedlona. Tak powstało Carriére. Bertrand ruszył w kierunku Place Jérusalem, centralnego placu dzielnicy. To właśnie przy nim znajdowała się nowa synagoga.



Każdy kolejny krok przybliżał Bertranda do przeszłości. Do ukochanej Miriam, do jej dziadka – rabina Eliasza z Carpentras – oraz do wielu nieżyjących już przyjaciół, z którymi niegdyś zwykł spacerować po cichych ulicach miasta. Kupiec ruszył w kierunku Place Carnot, skręcił w Rue Rappe, a następnie szybko odbił w lewo, tak by znaleźć się u wejścia do Rue Rouge. Bertrand doskonale wiedział, skąd wzięła się na pozór niewinnie brzmiąca nazwa tej stromej ulicy. Słowo „rouge”, „czerwony”, nie odnosiło się do koloru kwiatu, róży, do płomiennych serc czy też do żaru ust pełnych miłości, lecz wiązało się z krwią mordowanych ludzi. (…) Tu bowiem frankijski majordom Karol Młot zadał, na czele swoich wojów, druzgocącą klęskę Saracenom ze Wschodu, którzy zapuszczali się coraz dalej na północ.



Tymczasem Bertrand postanowił zapuścić się w głąb miasta. Przeciął Place du Change, minął Rue des Marchands, i skręcił w lewo w Rue Saint-Agricol; ulicę poświęconą patronowi Awinionu.



Szybko wstąpił do kościoła, którego bryła górowała nad innymi budynkami stojącymi wzdłuż ulicy. Bertrand chętniej bywał na mszach w kościele St. Agricol aniżeli w wyżej położonej katedrze Notre Dame czy w jednym z licznych pomniejszych domów Bożych, które nieomal każdego dnia rywalizowały ze sobą.



Nie mógł jednak zapomnieć o tym, który tę rywalizację wygrywał w przedbiegach. Opuszczając zaciszne wnętrze kościoła, Bertrand westchnął i powoli ruszył w stronę Place de L’Horloge. Po chwili znalazł się u stóp pałacu papieży,…



…na wprost awiniońskiej katedry. Nie stanowiła ona świadectwa tajemnej wiedzy templariuszy, lecz raczej ostoję wiary – o grubych murach, okrągłych oknach, bez ostrego zakończenia wieży strażniczej i bez dzwonów. Wzniesiona w stylu romańskim, z akcentami prowansalskimi, katedra początkowo składała się jedynie z nawy głównej. Za pontyfikatu Jana XXII dobudowano doń większość bocznych kaplic. Bernard z nutą nostalgii wspominał dzieje tego świętego miejsca. Nie mógł jednak nawet przypuszczać, jak bardzo za kilkaset lat będzie ono różne od tego, co ma przed oczami. Że każdego wieku dodane zostaną nowe elementy. Nowa dzwonnica, nowe prezbiterium, galeria w stylu barokowym czy wreszcie złocona figura Matki Bożej o wadze 4,5 tony, wykonana z ołowiu.



Jednak pałac papieski nie był dla starego kupca ważny. Wiele bólu kosztowała go jego budowa i czym prędzej pragnął o nim zapomnieć. Bertrand pospiesznie ruszył na szczyt Rocher des Doms. Rozciągał się stąd przepiękny widok na Rodan, szczyty wzgórz Dantelles de Montmirail, a przede wszystkim na most Saint Bénézet.



Jak głosi legenda, w 1177 roku prowansalskiemu pasterzowi o imieniu Bénézet objawił się Jezus Chrystus, który nakazał chłopcu wzniesienie mostu. Awiniończycy ukończyli go 8 lat później. Długi na 900 metrów, spinał brzegi Rodanu, wspierając się na 22 przęsłach. Bernard z rozmarzeniem wpatrywał się w monumentalną budowlę, na której o każdej porze dnia i nocy tętniło życie. W owym czasie monumentalny most był jedyną przeprawą na południowym Rodanie. Stary kupiec nie mógł wiedzieć, że zaledwie trzy wieki później most zacznie umierać. Aż do XVII wieku po każdej powodzi systematycznie go odbudowano. Jednak zniszczenia były zbyt wielkie. Zapadła decyzja o zaprzestaniu odbudowy przeprawy. Do dziś zachowały się tylko cztery przęsła i romańska kaplica, w której pochowano świętego Bénézeta.



To właśnie w tej kaplicy Bertrand zakończył swoją wędrówkę po papieskim Awinionie. Był zmęczony. Skrywanie tajemnicy templariuszy okazało się ponad jego siły. Zbliżając się do krawędzi mostu, spojrzał na zachodzące słońce. „Sur le pont d’Avignon”, zanucił. „Sur le pont…”



Wszystkie cytaty pochodzą z: Mielke Thomas R.P., Most w Awinionie, Solaris, Stawiguda 2006; Mielke Thomas R.P., Róża z Awinionu, Solaris, Stawiguda 2006 oraz z Mielke Thomas R.P., Świątynia w Awinionie, Solaris, Stawiguda 2007.

Recenzje książek Thomasa R.P. Mielkego na Dzienniku Literackim.
Komentarze
  • 1
    nutta 14 sierpnia 2010 | 19:16:44

    Miasto oblężone przez turystów, aż trudno fotografować;)
    Pięknie Ci się dopasowała trylogia do zwiedzanego miejsca. Czekam na ciąg dalszy:)

  • 2
    Annie 15 sierpnia 2010 | 11:18:59

    Zdecydowanie, Nutto ;) Turystów jest w bród i nie sposób gdziekolwiek się ruszyć. Inna rzecz, że Awinion jest naprawdę mały. A jakby tego było mało, w lecie odbywa się tam festiwal teatralny, jeden z największych na świecie. Trupy wyszły na ulice, przemieniając niegdysiejsze miasto papieży w jedną wielką scenę.

    Co zaś się tyczy podróży - mam nadzieję, że uda mi się jeszcze jedną dziś wrzucić. Powoli się odgruzowuję :) Moc buziaków!

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Drogi Użytkowniku!
W związku z Twoimi odwiedzinami na stronie internetowej www.dziennik-literacki.pl przetwarzany jest Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane związane z aktywnością lub urządzeniem z którego korzystasz. Jeżeli dane te pozwalają na identyfikację Twojej tożsamości, będą traktowane jako dane osobowe zgodne z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych".
W związku z tym informuję Cię o przetwarzaniu Twoich danych.
Administratora Twoich danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności.
Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach. Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij swoje zastrzeżenia pod adres anna.kutrzuba@dziennik-literacki.pl.
Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anna Kutrzuba
redaktor naczelna
Akceptuję