• Skup się na...

  • Wszystko
  • recenzje
  • artykuły
  • wydarzenia
  • W recenzjach szukaj po...

  • autor
  • tytuł
  • seria

O nieczytaniu książek

23 listopad 2009 | 23:56

Dwa lata temu francuski historyk literatury, Pierré Bayard, napisał nietypową książkę o książkach. A właściwie poradnik o tym, jak nie czytając książek, nie tylko umieć o nich rozmawiać, ale i wprawić swoich interlokutorów w niekłamany podziw. Rok temu jego dzieło o wiele mówiącym tytule Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? zostało wydane również w Polsce. Jednak nie skorzystam z rady Bayarda i nie napiszę o jego poradniku, którego nigdy w ręku nie miałam, za to opowiem o moim czytaniu książek.

Od początku do końca, strona po stronie. Bez omijania dłużących się opisów natury, rozdział po rozdziale. Nawet jeśli powieść mi się nie podoba, nie spocznę, póki nie dobrnę do końca. Towarzyszy mi bowiem nieprzemijające poczucie, że dopiero po zapoznaniu się z całą powieścią mogę szafować sądami na jej temat. Inaczej czułabym się niewiarygodna. Jeśli krytykować (zwłaszcza jeśli krytykować!) to z rozmachem. I z pełną świadomością rzeczy. Właśnie tak rozumiem swój recenzencki „profesjonalizm”. Pewnie dlatego nie czytam recenzji, których autor przyznaje się, że nie dotrwał do końca książki. Są one dla mnie bezużyteczne – skąd bowiem piszący ma pewność, że nie zmieniłby zdania na temat danego tekstu, gdyby go nie skończył? W końcu nie przez przypadek klasyczny podział utworu obejmuje trzy części: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Czytelnicy tak bardzo domagają się szacunku dla siebie od autorów, wydawców. A co dają od siebie?

Zdaniem wielu to pisarz ma ich podkusić do przeczytania swojego tekstu. W moim odczuciu taka pozycja roszczeniowa działa tylko na niekorzyść jakości wydawanych książek. Trzymające w napięciu, intrygujące przestają być coraz częściej inteligentne. Bawią, nie uczą. Kształcenie jest bowiem nudne. Podejmowanie wysiłku intelektualnego podczas lektury książki zamiast inspirować, staje się czymś na tyle niewygodnym, że wielu czytających postanawia z niego zrezygnować. Zwłaszcza, jeśli powieść jest erudycyjna, intertekstualna. Wtedy, gdy nie wystarczy szybko ją przeczytać, aby uchwycić jej sens, ale kiedy należy sięgnąć po coś więcej, żeby zrozumieć. Aktywny czytelnik to czytelnik na wymarciu. Lepszy apatyczny, indyferentny, bierny.

Chwalenie się tym, że czegoś się nie przeczytało, jest żenujące. Równie żenująca jest sytuacja, w której jeden miłośnik książek szydzi i upokarza drugiego, który odważył się przyznać do nieprzeczytania ważnej powieści. Świętoszkowatość czytelniczych kołtunów mierzi mnie w równym stopniu, co ignorancja quasi-bibliofilów.

Czytanie to nie współzawodnictwo. Nieczytanie nie powinno budzić w nikim poczucia winy. Jednak co innego brak wstydu przed przyznaniem się do nieczytania, a co innego duma z nieoczytania. Akceptacja tego zjawiska byłaby niczym innym jak triumfem ignorancji. Giordano Bruno dawno temu powiedział, że „ignorancja to najmilsza na świecie nauka, jako że nabywa się bez wysiłku i nie dopuszcza melancholii”. Warto by niektórzy o słowach włoskiego filozofa cały czas pamiętali, zwłaszcza jeśli znów najdzie ich ochota na przyznanie się do nieczytania książki.

  • germini| 2009-11-24 1:38:17

    Przyszłam się troszkę poniezgadzać ;)
    Zdarza się, że nie doczytuję książek do końca i - o zgrozo! - piszę o nich na blogu. Nie jest to dla mnie ani powód do dumy, ani też do wstydu; ot, stwierdzenie faktu.
    Tylko czy rzeczywiście takie recenzje bywają bezużyteczne? Zwłaszcza jeśli podaje się konkretne powody, dla których porzuciło się lekturę? Mi się najczęściej zdarza porzucić ze względu na styl, język. Fabuła, owszem, może się zmienić z nudnej w interesującą - ale styl? Jeśli irytuje mnie przez pierwsze 100 stron, to mam wierzyć, że później przestanie, i dzielnie brnąć do końca? :)
    Dodam jeszcze, że czytam przede wszystkim dla siebie (bloga też prowadzę głównie dla siebie, choć wiem, jak banalnie to brzmi ;)) - i nie czuję się w obowiązku (przed nikim) doczytywać książek, jeśli nie mam na to ochoty. Nie chcę, żeby coś, co kojarzy mi się z przyjemnością, zmieniło się w jakąś udrękę ;)
    Gdybym jednak była "profesjonalną" recenzentką, czułabym się w obowiązku czytać do końca (i tego też poniekąd oczekuję od "zawodowców"). No ale na szczęście nie jestem :)
    Aha, i coś jeszcze. Wiele miałam w swojej karierze czytelniczki książek, które chciałam porzucić, bo z jakiegoś względu mi się nie spodobały. Mimo to dobrnęłam do końca - i nie zmieniłam zdania na ich temat, poza jednym tylko (!) wyjątkiem. To też o czymś świadczy, prawda? :)
    Pozdrawiam nocną porą :))

    1
  • dededan| 2009-11-24 11:23:25

    Przez dwa ostatnie lata porzuciłam trzy książki w trakcie. Napisałam o nich na blogu, ale ich nie oceniałam, napisałam jedynie dlaczego nie mogłam zmusić się do ich dokończenia. Ani się tego nie wstydzę, ani nie ubolewam szczególnie nad tym faktem. Chociaż oczywiście nie chciałabym aby zdarzało się to zbyt często, ponieważ jestem cierpliwym czytelnikiem i podobnie jak Ty nie omijam stron i nie oszukuję sama siebie podczas lektury. Pozdrawiam (www.agaczyta.blox.pl)

    2
  • Lilithin| 2009-11-24 11:28:37

    A ja też piszę o nieprzeczytanych książkach. Na szczęście, do tej pory zdarzyła mi się taka jedna nieudana lektura ;) Pisząc o takiej książce nie czuję się niewiarygodna, bo od razu zaznaczam, że nie przeczytałam calości i z takich a nie innych powodów, nie mam zamiaru kontynuować lektury. Mam świadomość, że może książka jeszcze się rozkręci, ale zniechęcenie po, powiedzmy 200 stronach, jest większe niż nadzieja na nagły zachwyt. Moja ocena odnosi się do tych stron, które przeczytałam, a które były na tyle mało interesujące, że na dalszy ciąg nie miałam już ochoty.
    Nie widzę w tym nic złego. Nie piszę do poważnych magazynów literackich, nikt nie oczekuje ode mnie profesjonalnych recenzji, blog wyrasta z mojej pasji, a nie poczucia obowiązku i nie doczytuję, jeśli nie mam ochoty.

    3
  • kalio| 2009-11-24 11:56:50

    Dwa ostatnie akapity bardzo mi się spodobały i cieszę się, że ktoś jeszcze nie lubi czytelniczego snobizmu.
    Najbardziej nie lubię, gdy ktoś krytykuje człowieka za to, że podoba mu się taka, a nie inna literatura.
    Szczytem chamstwa dla mnie jest powiedzenie komuś, że jest głupi, bo lubi czytać to czy tamto. Wtedy od razu widać, kto tu jest naprawdę głupi...

    A jeśli chodzi o niedoczytywanie książek do końca- zgadzam się z poprzedniczkami komentującymi.
    Jeśli się męczę- nie kończę, ale piszę otwarcie, dlaczego nie doczytałam. I zawsze zaznaczam, że może jednak należało doczytać i książka znajdzie swoich czytelników. Bo może ja się na niej nie poznałam?

    4
  • annaliwia (www.bredablik.blogs| 2009-11-24 19:39:09

    Czytałam tę książkę jakoś w zeszłym roku, bardzo przypadła mi do gustu. Swój udział w dyskusji na tematy czytania/nieczytania i kontrowersyjnej ksiażki Bayarda chciałabym mieć zapraszając pod link, gdzie znajduje się mój krótki esej na jej temat. Zapraszam:
    http://www.artpapier.com/index.php?pid=2&cid=15&aid=1919

    :) A w dużym skrócie myslę, że jest to bardziej ksiązka o pogodnym dystansie do czytanych/nieczytanych ksiazek, niz o dumie lub wstydzie plynacych z faktu przeczytania lub nieprzeczytania... Wszak Bayard pisze, ze nawet jesli przeczytamy od a do zet bardzo uważnie jakąś książkę, to za parę lat jej status zbliży się drastycznie do statusu książki nieprzeczytanej - ulotność pamięci... Zachęca do eksperymentu polegającego na przypomnieniu sobie ksiązki z dzieciństwa a także swoich wrażeń z nią związanych, a następnie przeczytaniu jej i porównaniu tych dwoch lektur. Efekt: dwie, zupełnie różne książki - książki w naszej wyobraźni, w naszym umyśle, książki - ekrany.

    Pozdrowienia :)

    5
  • Annie| 2009-11-26 22:27:59

    Oj, posypały się na mnie gromy, ale to dobrze - polemiki bardzo lubię ;)

    Niedoczytywanie książek nie powinno budzić grozy. To indywidualna sprawa każdego czytającego i to, że akurat ja tego często nie robię, nie znaczy, że inni nie powinni. Każdy powinien poruszać się po świecie literatury, jak uważa za stosowne, i nie powinien być z tego tytułu w żaden sposób osądzany. Tym niemniej nadal uważam, że recenzje powstałe, dajmy na to po przeczytaniu mniej niż połowy książki, są dla mnie zupełnie zbędne. Owszem, mogą zasugerować mi, że danej książki nie da się czytać, ale niemal każda książka świata ma swoich zwolenników i przeciwników. Ta wiedza więc mnie nie ubogaca o tyle, że mam świadomość, że każda książka, nawet jeśli podoba się innym, może mi się nie podobać. I odwrotnie, może mi podejsć, podczas gdy innym za nic nie spasuje.

    Owszem, nie bez znaczenia jest to, jeśli recenzent argumentuje, wypunktowując, co w danej książce mu się nie podobało. Jednak dalej nie uznam jego recenzji za użyteczną. Dlaczego? Kiedyś miałam okazję czytać jedną z powieści Gerta Nygårdshauga, która właściwie do samego końca mi się nie podobała. Dopóki nie przeczytałam ostatniego rodziału, który porządkował wszystkie klocki i ustawił je w takim miejscu, że dały konstrukcję wręcz genialną. Gdybym więc napisała recenzję przed przeczytaniem tego ostatniego rozdziału, wypisując, że moim zdaniem fabuła była poprowadzona fatalnie, że intryga kryminalna nie była przemyślana, że w ogóle, co to za temat powieści... nie byłabym rzetelna. Bo po przeczytaniu ostatniego rozdziału diametranie zmieniłam zdanie. I choć recenzja byłaby merytoryczna, byłaby równocześnie błędna. Co ciekawe, powieść Nygårdshauga nie była jedyną w moim czytelniczym doświadczeniu, co do której miałam takie odczucia.

    Dlaczego wspomniałam o profesjonalizmie i ubrałam go w cudzysłów? Bo choć wiele osób prowadzi bloga dla samych siebie, coraz częściej, wielu z nich podejmuje współpracę z wydawnictwami. Nie jest to żaden zarzut - taki trend utrzymuje się na całym świecie i nikt nikomu nie powinien mieć tego za złe. Zastanawia mnie tylko, czy w momencie przyjęcia takiego zobowiązania może nie raz, ale drugi, trzeci... czy samozwańczy recenzent nie przestaje być zwykłym czytelnikiem? Moim zdaniem przestaje, stając się recenzentem, którego powinny obowiązywać pewne standardy i chociaż w minimalnym stopniu etyka dziennikarska. Dlatego w moim odczciu ten obowiązek czytania do końca nie powinien obowiązywać wyłącznie zawodowców, ale również tych recenzentów, którzy poprzez podejmowanie współpracy, stają się quasi-profesjonalni. A że takich recenzentów jest coraz więcej, ten standard obowiązku czytania całej książki rozciągnęłam dość prowokacyjnie na całą brać recenzencką. Dzięki temu zaistniała nasza mini-dyskusja ;)

    Anno Liwio, dziękuję za namiary na arykuł! Chętnie przeczytam, o czym traktuje książka Bayarda :) Z Twojego opisu wynika, że w rzeczywistości jest zupełnie inna, niż przedstawiano ją w recenjach w tygodnikach i gazetach, zaraz po jej opublikowaniu. A to dla mnie miła niespodzianka :)

    Moc pozdrowień!

    6
  • Mariah| 2009-12-18 12:56:18

    Zawsze staram się przeczytać każdą książkę do końca, tak już mam. Męczę się, ale jeśli mam już coś krytykować, to chcę wiedzieć za co. Dlatego też nadal sięgam po książki autorów, których z różnych przyczyn nie lubię (Coelho) i wątpię abym polubiła, ale jak już wspomniałam - chcę wiedzieć za co danego autora krytykuję.
    W tej chwili nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek odłożyła książkę nie dobrnąwszy do końca.
    Jeżeli chodzi o recenzje na blogu, to odczuwam ostatnio pewien dyskomfort, bo Anna Liwia ma rację pisząc, iż po jakimś czasie przeczytana książka staje się tą nieprzeczytaną, bo upływ czasu zaciera w naszej pamięci jej treść, styl jakim była pisana, czasem nawet wrażenie jakie na nas zrobiła. Staram się pisać recenzje na bieżąco, co jednak ostatnimi czasy nie jest możliwe (z braku czasu przez nadmiar innych obowiązków) i kiedy siadam wreszcie do komputera, by napisać parę słów o powieści, którą przeczytałam 4 m-ce temu uwiadamiam sobie, że mam pustkę w głowie i nie bardzo wiem, co napisać. Ale profesjonalną recenzentką nie jestem (ba, nawet bym się mianem recenzentki nie określiła, bo piszę ot tak, dla podzielenia się wrażeniami), więc i nie będę miała wyrzutów sumienia pisząc szczerze, że "to mi się podobało, to nie, ogólne wrażenie takie a takie, wiecej grzechów nie pamiętam" ;) Bo to przecież nie będzie nawet recenzja ;P
    Aha, chciałam jeszcze natomiast napisać, że jestem dowodem na to, że książka może się spodobać dopiero pod koniec. Takim przykładem jest w moim przypadku "Targowisko próżności", gruba kniga mająca ponad 1000 stron i którą męczyłam przez pół roku, żeby dobrnąwszy do strony mniej więcej 850 stwierdzić, że zaczyna mi się mimo wszystko podobać. :)

    7
  • Login

Opowiastki

Uznaje się je za jedno z najwybitniejszych osiągnięć Hjalmara Söderberga, a jego samego za mistrza małych form prozatorskich. Na opublikowane po raz pierwszy w 1898 roku Opowiastki składa się dwadzieścia mikro-opowiadań...

Lubię eksperymentować - wywiad z Andrew Taylorem

Autor ponad dwudziestu książek. Laureat prestiżowych nagród literackich, dwukrotnie uhonorowany Ellis Peters Historical Dagger Award oraz Cartier Diamond Dagger 2009. Prekursor kryminałów historycznych angażujących w fabułę prawdziwe postaci...

„Kod Leonarda da Vinci”. Reaktywacja

Po obejrzeniu Kodu Leonarda da Vinci w reżyserii Rona Howarda powiedziałam sobie: nigdy więcej. Fatalna ekranizacja tej dobrej skądinąd książki skutecznie zniechęciła mnie do dalszego poznawania innych adaptacji...

Śladami Henri Toulouse-Lautreca. Montmartre bez tajemnic

Takim był Montmartre wiosną 1888 roku, oaza naiwnego hedonizmu, gdzie uprawiano kult uciech cielesnych na marginesie świata hołdującego wiktoriańskiej pruderii. Wesołe siedlisko cyganerii i beztroskich, romantycznych przygód...

13. Targi Książki w Krakowie

Już za dwa tygodnie, w dniach 5-8 listopada 2009, odbędą się w Krakowie 13. Targi Książki. Targi Książki w Krakowie, jak co roku zabiorą czytelników do urzekającego świata książki, a poeci, pisarze...

statystyka

copyright 2008-2009 dziennik-literacki.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone