"Kwas siarkowy"

- Autor: Nothomb Amélie
- Tytuł: Kwas siarkowy
- Tytuł oryginału: Acide sulfurique
- Język oryginału: francuski
- Liczba stron: 136
- Rok wydania: 2006
- Oprawa: miękka
- Wymiary: 125 x 190 mm
- ISBN: 83-7319-908-X
- Seria: Galeria
- Wydawca: Muza S.A., Warszawskie Wydawnictwo Literackie
- Miejsce wydania: Warszawa
Na każdym piętrze, na wprost drzwi windy, spoglądał ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELKI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu.(1) George Orwell pisząc Rok 1984 nie przypuszczał, że w zaledwie pół wieku później w wielu miastach całego świata pojawią się podobne plakaty. A przede wszystkim, że zjawisko, które się za nimi kryje, wzbudzi tyle emocji.
Termin „reality TV” wszedł do powszechnego użytku na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy w harmonogramach czasu najwyższej oglądalności zaczęły się systematycznie pojawiać programy oparte na materiale filmowym dotyczącym pracy służb porządkowych i ratowniczych.(2) Prekursorami gatunku stali się dziennikarze relacjonujący dramatyczną historię, która rozegrała się w październiku 1987 roku w Teksasie. 14 października osiemnastomiesięczna dziewczynka, nazwana później przez media Baby Jessica, pod nieuwagę rodziców wpadła do studni o głębokości 20 stóp. Na ratunek dziecku ruszyli funkcjonariusze policji, straży pożarnej, a także rzesze wolontariuszy. Cała Ameryka z zapartym tchem przez dwa dni oglądała zdjęcia z Midland. Dziennikarze największych amerykańskich stacji bezustannie przygotowywali relacje z miejsca tragedii; komentatorzy, wszelakiej maści specjaliści, spekulowali na temat możliwości przeżycia dziecka i sposobów oswobodzenia go ze śmiertelnej niemal pułapki. Oglądalność sięgnęła szczytu, kiedy po wielu godzinach spędzonych w studni, udało się dziewczynkę wydobyć za pomocą potężnej maszyny pracującej na pobliskiej budowie.
Paradoksalnie, dramat teksańskiej rodziny rozpoczął erę triumfu pop-kultury. Dzięki niemu narodziła się nowa kategoria programów telewizyjnych - reality shows. Początkowo gatunek ten był dość łatwy do zdefiniowania, gdyż program oparty był o jedną, dość uniwersalną formułę: grupę jego uczestników zamykano w pewnym odizolowanym kompleksie, w którym żyła ona przez pewien okres czasu. W pomieszczeniach były wcześniej montowane kamery i mikrofony tak, aby widzom umożliwić podglądanie życia uczestników zabawy. Bohaterowie gry w czasie wspólnej koegzystencji, wypełniali różne zadania stawiane im przez prowadzącego program, bądź nieznanego im zwierzchnika. Klasycznym przykładem tego rodzaju reality show stał się orwellowski Big Brother.
Facet z wyrazem skrajnego obrzydzenia nachyla się nad miską pełną wijących się robali, mimo oporów, zabiera się do ich jedzenia. Zadanie ma utrudnione, nie może bowiem używać rąk. Robaki pełzają mu po twarzy, ale on wytrwale przełyka jeden po drugim. Dlaczego widz to ogląda? Dlaczego nie przełączy kanału? Obrzydza go to, ale patrzy. Po jakimś czasie już powoli przywyka, czeka, co jeszcze pokażą. - Człowiek z natury jest ciekawski i w tym względzie nie zmienił się od wieków. Dawniej z wypiekami na twarzy czytał cudze listy i pamiętniki, dziś ekscytuje się obnażoną w telewizji czyjąś prywatnością bądź obrazami, które dla niego, jako widza, są bezpieczne - mówi prof. Hanna Świda-Ziemba, socjolog.(3) Według Macieja Mrozowskiego, medioznawcy, tylko kwestią czasu jest wejście na antenę kolejnych, bardziej drastycznych programów. - To naturalna ewolucja. Popatrzmy na stare filmy kryminalne. Dziś wydają się bardzo niewinne przy wszechobecnej przemocy, jaką serwuje nam kino. Ten sam proces dotyczy reality show.(4)
Zdając sobie sprawę z kierunku tych przemian, Amélie Nothomb napisała Kwas siarkowy – powieść wypowiadającą walkę mediom oraz stanowiącą protest wobec programów typu reality show i kreowanej przez nie telewizyjnej rzeczywistości. Wychodząc od tezy postulowanej przez medioznawców, a zatem faktu, iż programy telewizyjne radykalizują się w swej treści na drodze naturalnej dla nich ewolucji, akcję powieści osadziła na planie zdjęciowym telewizyjnego reality show o znamiennym tytule Witajcie za drutami. Przypadkowi, złapani na ulicy ludzie zostają osadzeni w obozie imitującym nazistowski obóz koncentracyjny. Stają się bezimiennymi więźniami torturowanymi przez kapo, którym nie przysługują żadne prawa prócz podłej racji żywnościowej. O ich śmierci decydują pochodzący z castingu kapo, ludzie okrutni i bezrozumni, nie pojmujący absurdalności całej tej sytuacji, za to czerpiący ogromną satysfakcję z wykonywanych przez nich obowiązków.
Fabuła powieści osnuta jest wokół relacji pomiędzy jedną z więźniarek, CKZ 114, a kapo Zdeną. Obie mają po dwadzieścia lat, jednak podczas gdy pierwsza uosabia piękno, cnotę i inteligencję, druga stanowi jej absolutne zaprzeczenie. CKZ 114 przypomina Zdenie arystokratki przedstawiane na starych obrazach, intryguje ją swoją odmiennością i onieśmiela. Z czasem, to początkowe zaciekawienie zaczyna wywoływać w Zdenie gniew. Kapo chce zbliżyć się do CKZ 114, ale wie, że tak bardzo się różnią, że nie będzie jej to dane. Dziewczyna staje się jej obsesją, a jedyne czego Zdena zaczyna pragnąć to poznać jej prawdziwe imię.
Imię staje się ostatnim elementem przydającym człowieczeństwo. Nothomb pisze o CKZ 114: Numer obozowy ją tylko oznaczał; imię, które nosiła, ją wynosiło. Zdena jest zdeterminowana, żeby je poznać i decyduje się skazać na śmierć zaprzyjaźnioną z CKZ 114 MDA 802, sądząc, że w ten sposób złamie upartą więźniarkę. I faktycznie, dziewczyna, nie chcąc pozwolić na zabicie przyjaciółki występuje na środek placu i krzyczy: Mam na imię Pannonique. W obronie bliźniego oddaje oprawcy to, co ma najcenniejsze, a jej imię zaczyna oznaczać życie.
Od momentu wyjawienia swojego imienia Pannonique jeszcze bardziej wypiękniała. Własny wyczyn dodał jej blasku. Poza tym człowiek zawsze jest piękniejszy, gdy określa go miano, kiedy posiada jakieś słowo na swój wyłączny użytek. Mowa jest mniej praktyczna od estetyki. Gdyby chcąc opowiedzieć o róży, nie dysponowało się żadnym słowem na jej określenie, gdyby za każdy razem trzeba było mówić: „to coś, co rozkwita wiosną i ładnie pachnie”, owo coś bardzo by straciło na urodzie. Kiedy zaś słowo jest słowem luksusowym, czyli imieniem, wówczas jego misją jest objawienie piękna.
Telewizja jest medium, którego esencją, obok obrazu, jest słowo. Jednak słowa, które padają w reality show Nothomb objawiają jedynie ludzką podłość i brzydotę. Pisarka nazywa ludzkość chaotycznym mrowiskiem, niedorzecznym supermarketem, sprzedającym wszystko: co najlepsze i co najgorsze. Stwierdza, że swoje istnienie show Witajcie za drutami zawdzięcza nie bierności polityków czy pomysłowości samych jego organizatorów, a cichej aprobacie widzów. Cała odpowiedzialność spada na tego, kto godzi się obejrzeć widowisko, z którego tak łatwo jest zrezygnować. I Amélie Nothomb poprzez usta Pannonique wzywa: Widzowie, wyłączcie telewizory! To wy jesteście głównymi winowajcami! Gdybyście tak masowo nie oglądali tego potwornego programu, już dawno by go nie było! Prawdziwi kapo to wy! A kiedy patrzycie, jak umieramy, mordercami są wasze oczy! To wy jesteście naszym więzieniem, wy jesteście naszą torturą!
Aby wzmocnić swój przekaz, pisarka sięga po środki ostateczne, bardzo szokujące. Kiedy wymyślony przez nią reality show traci na oglądalności, powieściowi producenci decydują się zmienić jego formułę i przekazać prawo wyboru ofiar skazanych na śmierć samym widzom. W końcu vox populi, vox Dei. Producenci odrzucają dotychczasowe środki promocji tego typu programów. Nothomb ironizuje: Jeden z organizatorów zaproponował stworzenie magazynu poświęconego głównym kandydatom, jak to się praktykowało w przypadku telewizyjnych show ubiegłej dekady, ze zdjęciami i wynurzeniami gwiazd. – Odpada – usłyszał. – Dałoby się to zrobić jedynie z kapo. Tymczasem prawdziwymi gwiazdami programu są więźniowie. A ponieważ odtwarzamy warunki prawdziwego obozu koncentracyjnego, nie możemy robić z nimi wywiadów, byłoby to sprzeczne z zasadą dehumanizacji, rządzącą każdym szanującym się obozem.
Być może pisarka czasami moralizuje. Być może sypie banałami. Być może przekracza też granicę dobrego smaku. Jednak na pewno skłania swoich czytelników do przemyśleń, zmusza do zastanowienia się nad kondycją otaczającego nas świata i ostrzega przed tym, do czego może doprowadzić nie tyle akceptacja, co bierne przyglądanie się rzeczywistości.

|
|
|


Kot, który zszedł pod podłogę
Gdyby Jim Qwilleran przeczytał tego właśnie ranka horoskop w gazecie, być może nic by się nie wydarzyło. (…) Rada, z którą się nie zapoznał, była złowieszcza...

Każdy człowiek to odrębna opowieść – wywiad z Johanną Nilsson
Na mojej wish-liście jest kilku pisarzy, z którymi bardzo chciałabym porozmawiać. Autorów, do których mam bardzo wiele pytań. O ich książki, spostrzeżenia, pracę, sympatie, marzenia, pomysły… Dzisiaj ta lista skróciła się o jedno nazwisko...

Ekranizacja "Człowieka, który gapił się na kozy"
Ten film powstał w oparciu o książkę. Nie jest jednak jej ekranizacją, choć opowiada podobną historię. O super-wojownikach, szpiegach psychotronicznych i niemeczących kozach. Tyle, że dużo, dużo sprawniej. I choć jest irytująco idiotyczny...

Cień Barcelony. Śladami Carlosa Ruiza Zafóna (I)
Pablo De Santis w Kaligrafie Woltera napisał, że w trakcie podróży łatwo kreślić plany i podejmować jednoznaczne decyzje; z daleka miasta są jakby budowane przez dzieci z klocków: wszystko jest łatwe, bliskie i możliwe...

Noworocznie (stosik)
Ledwie minął piąty dzień nowego roku, a ja już jestem bogatsza o dziesięć książek. I szalenie się z tego powodu cieszę ;) Książek miało być jedenaście, bo planowałam jeszcze zakup Czarnej dziewczyny, białej dziewczyny Joyce Carol Oates...





