Olgowe opowieści o „Księgach Jakubowych”. Relacja ze spotkania z Olgą Tokarczuk
Data publikacji: 11 listopada 2015 A- A A+
Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, dwukrotna laureatka Nagrody Literackiej „Nike”. Odważna i bezkompromisowa w sądach. Zaledwie kilka tygodni temu spadła na nią fala krytyki za słowa, które wypowiedziała na antenie TVP Info. W jednym z programów Olga Tokarczuk powiedziała bowiem: Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów. Rozpętała burzę. Jednak ta refleksja nie była przypadkowa. To wniosek wyciągnięty między innymi z materiałów, jakie zgromadziła, przygotowując się do napisania swojej ostatniej książki, za którą honorowano ją drugą Nagrodą Literacką „Nike”. I to właśnie Księgom Jakubowym poświęcone było jej spotkanie z czytelnikami w krakowskim Pałacu pod Baranami w ramach 7. Festiwalu Conrada. Słowo wstępu wygłosił prof. Michał Paweł Markowski. Rozmowę z autorką poprowadził Dariusz Foks.Jeden z krytyków literackich nazwał Księgi Jakubowe rewersem Sienkiewiczowskiej trylogii, odnosząc się między innymi do pełnego tytułu powieści, w którym Olga Tokarczuk zaznaczyła, iż opowiadana historia została dopełniona przez nią metodą koniektury. Pisząc tę książkę zastanawiałam się szerzej nad tym, jak powstaje powieść historyczna – opowiadała pisarka. – Także dlatego, że dla mnie samej było to odkrycie i wejście w zupełnie nową przestrzeń, egzotyczną nawet. Nigdy czymś takim nie zajmowałam się do tej pory. I w moim odczuciu powieść historyczna przede wszystkim mówi o czasie, w którym powstaje i w którym żyje autor tej powieści. Czas, o którym powieść opowiada, właściwie jest jedynie pretekstem do tego, aby powiedzieć o tym, jak my myślimy dzisiaj, jak my postrzegamy rzeczywistość, jaka jest nasza postawa wobec upływu czasu czy porządków społecznych. W związku z tym pomyślałam, że każde pokolenie powinno stworzyć swój własny rewers powieści historycznej, jaką dał nam Sienkiewicz. I ta książka jest tak napisana. To książka napisana w XXI wieku, przez kobietę, która ma jakiś określony światopogląd, która wie coś o swoim świecie i która jednocześnie dokonuje swego rodzaju projekcji na historii, posługując się tymi narzędziami poznawczymi, które są jej dostępne. W końcu nie ma historii, nie ma przeszłości w takim sensie, że mamy konkretny zespół faktów. Mamy tylko interpretację historii i ta interpretacja będzie się zmieniała z pokolenia na pokolenie, wobec czasów w jakich żyjemy i wobec tego, jak się dokonuje nasza refleksja o świecie – nie tylko o przeszłości, także o rozumieniu relacji międzyludzkich, o rozumieniu polityczności, o rozumieniu wszystkiego tego, co buduje wizję świata.

Jak zauważył Dariusz Foks, w Księgach Jakubowych od samego początku pojawia się motyw rebelii. Bo rebelia jest zawsze bardzo interesującym momentem i świetnie nadaje się na rozpoczęcie powieści – odparła Olga Tokarczuk. I wyjaśniała: Rebelia to dobry punkt wyjścia do pomyślenia o tym, jak opisać świat, bez względu na to, czy jest to powieść historyczna, czy współczesna, czy kryminał, czy horror. Rebelia przesuwa punkty widzenia i oczywistości, nasze spojrzenie na to, co jest oczywiste. Wydaje mi się, że jest to motor każdej literatury. To interesujące, jak przesuwamy te punkty widzenia i zaczynamy podświetlać to, co opisujemy, z zupełnie nieoczekiwanej strony. Wtedy to, co znane; to, co oczywiste nagle jawi nam się jako nieznane, nieoczywiste, godne nowej refleksji, zastanowienia się. Ten, jakbym powiedziała, rebeliancki punkt wyjścia jest po prostu na każdym poziomie interesujący literacko. Ale prawda jest też taka, że od kiedy zaczęłam myśleć o świecie – mniej lub bardziej samodzielnie – zawsze zastanawiali mnie i pociągali ludzie, którzy buntują się przeciwko zastanemu światu. Pierwszym bardziej zwartym kawałkiem prozatorskim, który napisałam mając tam naście lat – to zostało wydrukowane w latach 70. w tygodniku „Na przełaj”, oczywiście pod pseudonimem – była historia buntu psów. Zwierzęta zbuntowały się przeciwko ludziom. Nawet zapomniałam, że to napisałam. Wiem, że niektórzy pisarze mają krótką pamięć i to jest dobre, bo pozwala na bardzo szybkie zapominanie o swoich błędach. Ja do nich należę. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” jest jakby nadaniem temu pierwszemu opowiadaniu, które napisałam, dużej formy powieściowej czy nawet kryminalnej. To ten sam temat. Nie wiem, czy zgodzą się ze mną ludzie, którzy sami piszą, ale wydaje mi się, że czasami nosimy w sobie pewną ilość tematów, które z jakichś względów – znanych dla psychologów, badaczy, psychoanalityków – niosą naszą wyobraźnię. I myślę, że temat buntu czy rebelii, jest jednym z tych tematów, które ja niosę w swoim plecaku i do których wracam, ponieważ pobudzają moją motywację do pisania.Olga Tokarczuk pracowała nad Księgami Jakubowymi przez sześć lat. I z uwagi na rozmach swojej powieści, wielokrotnie doświadczała trudów tworzenia. Nieoczekiwanie odnalazła w wymyślonym przez siebie świecie swoją przewodniczkę. Jestem bardzo wdzięczna Jencie, o ile można być wdzięcznym postaci, którą się wymyśliło – wspominała. – Jenta powstała mniej więcej w jednej trzeciej powieści, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że ogrom materiału i czas trwania akcji tej powieści jest tak ogromny, że zaczynam się gubić, że nie wiem, jak sobie poradzę z tym wszystkim. To było już po wprowadzeniu pierwszoosobowej narracji Nachmana, która dopowiada to, co opowiada trzecioosobowy narrator. To była moja pierwsza inwencja w pomocy zorganizowania tego materiału i znalezienia takich punktów widzenia, które dopowiadałyby ten główny tor akcji, jednak bardzo szybko okazało się to niewystarczające. W którymś momencie przyszedł mi do głowy obraz golema, który jest tak znamienny dla kultury żydowskiej, i ta metafora ożywiania postaci za pomocą słów, przez włożenie papierka do ust tego golema. Zaczęłam się bawić tą metaforą, tym wyobrażeniem. I właśnie wtedy pojawiła się Jenta, bardzo podobna do moich wcześniejszych bohaterek, choćby Marty z „Domu dziennego, domu nocnego”, a zarazem tak inna – to pierwsza postać, którą mogłabym nazwać czwartoosobowym narratorem. Ona nie tylko unosi się nad całą materią powieści, ale także nad osobą autorki. Jenta widzi tego, kto to opowiada. Potrzebowałam właśnie kogoś takiego jak Jenta. To ona mnie zaczęła prowadzić. To jej oczami mogłam zapełniać te wszystkie miejsca w powieści, które wydawały mi się bardzo grząskie. Jenta ma możliwość wyskakiwania z toku narracji, przeskakiwania w czasie, widzenia ludzi, zaglądania w ich myśli. A przy tym patrzy na to wszystko z dystansu. Jest fundamentem takiej narracji, o jaką mi chodziło w tej książce. Takiej narracji totalnej. Zawsze lubiłam w pisaniu trzecioosobowy sposób narracji. Wydaje mi się, że to sposób bardzo naturalny dla powieści, bardzo trudny właściwie do opowiadania. Nigdy nie spodziewałam się, że można jeszcze zrobić taki numer, jaki mi się z tą Jentą sam zrobił. Ona gdzieś wyłoniła się ze mnie i pomogła mi w tym wszystkim i przez to ta postać jest chyba kluczowa w tej powieści, i trzyma ją jak klamra, od początku do końca. Wtedy też postanowiłam wątek Jenty potraktować jako prolog i od niego zacząć opowiadać tę całość. Na samym początku książka, do czasu napisania tej jednej trzeciej tekstu, zaczynała się właściwie od drugiego rozdziału. Jenta zorganizowała mi ją w zupełnie innym porządku. Ale dobrze zrobiła – zdradziła pisarka.

Olga Tokarczuk nie wyobraża sobie czytelników, dla których pisze. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale w trakcie pisania świat zewnętrzny trochę dla mnie zanika. Niewiele mam z nim kontaktu. Nie wiem też do kogo piszę. Odrywam się od realności, zagłębiam się w świat wyobraźni, trwam w pewnym uniesieniu. Naprawdę nie zastanawiam się, kto to później przeczyta. Wydaje mi się, że jeśli znajduję czytelników, to tylko dlatego, że wielu ludzi myśli podobnie jak ja. Pisząc książkę, pozostaję sama ze sobą, a czytelnicy jedynie się do mnie dołączają. To bardzo miłe odkrycie dla kogoś, kto jest może trochę neurotyczny, kto bywa trochę wycofany. Nagle okazuje się, że ten świat na zewnątrz rezonuje i ludzie czytając moją książkę, myślą niezwykle podobnie. To jest podnoszące na duchu. I to było bardzo wyraźne w „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – ta książka została odrzucona przez dużą część moich czytelników. Nie podobał im się pomysł, że biorę się za kryminał. Nie podobała się także radykalność tej książki, jej dziwaczność. Ale mam wrażenie, że w tym wszystkim istnieje czytelnik, który jednak mi ufa i który jest gotowy na moje wariactwa. I jeżeli on przetrwał do końca tej książki to przy końcu miał pewność, że okej, jesteśmy w tym, co mniej więcej było pisywane już wcześniej – tłumaczyła. Agnieszka Holland zdecydowała się nakręcić ekranizację tej powieści i myślę, że należała do tej części czytelników, którzy szybciej chwycili, o co tam chodzi. Bo to jest pastisz, to jest świadome użycie formy kryminału do opowiedzenia o tym, co niekoniecznie popkulturowe, niekoniecznie zabawne i niekoniecznie służące rozrywce intelektualnej – czyli o tym, o czym zazwyczaj nie mówi kryminał. Ta książka zwraca uwagę na margines świata, na to o czym nieczęsto się mówi. A mówi o bólu, o cierpieniu i to w taki sposób, który jest czarnym humorem, dziwactwem, bizarnością. Ja bardzo lubię to słowo – „bizarny”. Ta książka jest bizarna od początku do końca. I to było bardzo ryzykowne: czy czytelnik będzie umiał się poruszać między powagą tematu a formą powieści, która jest dziwnie zabawna. Agnieszka jako bardzo wrażliwa twórczyni, która wyczuwa pewne wibracje społeczne, dobrze odczytała to, co chciałam opowiedzieć w tej książce – dodała Olga Tokarczuk.Zdaniem pisarki, Księgi Jakubowe nabrały w ostatnim czasie na aktualności za sprawą kwestii uchodźców i tych wszystkich problemów i refleksji związanych z przyjęciem ich, z obcymi u bram Europy. To rzuca nowe światło na moją książkę – opowiadała Olga Tokarczuk. – Bardzo możliwe, że historia Jakuba Franka może się stać opowieścią wielu ludzi. Historią, powiedziałabym, standardową. Bo to jest książka o asymilacji, o bardzo bolesnej asymilacji, która jest asymilacją wymuszoną i bardzo radykalną. Frankiści, kiedy zaczynali swój marsz, wcale nie mieli zamiaru przechodzić na katolicyzm. Bardzo się tego bali. Mieli pomysł na to, żeby stworzyć coś w rodzaju pewnej judeochrześcijańskiej odnogi chrześcijaństwa, tak jak karaimi. Chcieli zachować pewien rodzaj niezależności, autonomii w ramach Kościoła katolickiego czy chrześcijańskiego, ale niestety to im się nie udało. Ta asymilacja, do której zostali przymuszeni, ma swoje jasne i ciemne strony. Na pewno uzyskali awans społeczny i zmienili poziom swojego bytu ekonomicznego, okazali się potężnym zastrzykiem zdrowej energii dla społeczności, do której dołączyli, i kapitału, bo w końcu kolejne pokolenia frankistów budowały mieszczaństwo warszawskie. Byli to prawnicy, byli to lekarze, byli to polscy patrioci – powstańcy listopadowi, którzy potem udali się na Wielką Emigrację do Paryża. Jednocześnie musieli porzucić swoją tradycję, kulturę i religię. Przez jakiś czas udawało im się utrzymywać jakiś rodzaj kontaktu z tą tradycją – są głosy, które mówią, że aż do czasów międzywojnia działały grupy frankistów, które jeszcze pamiętały ten ryt frankistowski – ale po dwustu latach niemal zupełnie rozpłynęli się w społeczeństwie polskim. Ale ślad po nich pozostał – nazwisk frankistowskich jest nieprawdopodobnie dużo i zawsze kiedy mam spotkania na temat tej książki, to jak tak patrzę na wszystkich zebranych, to tak sobie myślę, że jeśli można by było śledzić takie cząstki tożsamości, kulturogeny, coś innego niż geny, bo geny to jest coś mechanicznego zupełnie, to na pewno wśród nas, zgromadzonych tu na tej sali, byłoby mnóstwo tego typu cząstek. Tak wygląda współczesne polskie społeczeństwo. Jesteśmy taką miksturą różnych wpływów, różnych przybyszów, którzy się wtopili i którzy tworzą nową całość.

Na samym końcu spotkania pisarka odniosła się do fali krytyki i ostrych reakcji w mediach społecznościowych po jej wypowiedzi dla TVP Info. Ta sytuacja wywołała niezwykle pozytywny odzew u wielu ludzi, którzy solidarnie stanęli po mojej stronie, ale też po stronie literatury, która ma prawo opowiadać o tym, co nie wszystkim musi się podobać. Mamy prawo nazywać nowym językiem rzeczy, które znamy od jakiegoś czasu i właściwie to jest nasz obowiązek, bo inaczej zgliwiejemy jak stary ser – podsumowała krótko. Olga Tokarczuk zdradziła także jakie są jej plany na najbliższą przyszłość. Jako że wszystkie swoje nagrody literackie trzyma na szerokim parapecie okiennym w swoim domku na wsi, już niebawem wybierze się w podróż, aby dowieźć do nich niedawno otrzymaną „Nike”. Autorka ma zamiar odpocząć od medialnego zgiełku i kontynuować pracę nad kolejną książką, która, jak zapowiedziała, na pewno nie będzie kolejną powieścią historyczną. Kiedy premiera - nie wiadomo. Jedno jest pewne - wielu już teraz czeka na nią z ogromną niecierpliwością!

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję