Jeśli ktoś nie próbował żubrówki, to nawet nie wie co traci. Hooman Majd w Krakowie
Data publikacji: 22 października 2015 A- A A+
Wnuk ajatollaha i syn dyplomaty przy rządzie ostatniego szacha. Tłumacz Mahmuda Ahmadineżada w ONZ, doradca prezydenta Mohammada Chatamiego. Irańsko-amerykański pisarz, publikujący w najważniejszych amerykańskich pismach, jak „The New York Times”, „The New Yorker”, „Newsweek”. Autor trzech książek poświęconych najnowszej historii Iranu: Ajatollah śmie wątpić (2008), Demokracja ajatollahów. Wyzwanie dla Iranu (2010) oraz Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju. Amerykańska rodzina w Iranie (2013). Podwójna – zachodnia i bliskowschodnia – perspektywa wyróżnia go spośród licznych dziennikarzy i reporterów próbujących analizować irańską rzeczywistość. Hooman Majd – człowiek, który opowiada o Iranie tak, jak nie robił tego dotąd nikt inny – był we wtorek, 20 października, gościem 7. Festiwalu Conrada. Spotkanie odbyło się w Pałacu pod Baranami, poprowadził je Marek Kęskrawiec. Słowo wstępu wygłosił Grzegorz Jankowicz – Dyrektor Programowy Festiwalu Conrada.W swoich książkach Hooman Majd pokazuje Iran jako kraj pełen sprzeczności. Zresztą już w pobieżnej lekturze jego biografii zarysowuje się pewien paradoks. Od wieków dusza irańska jest pełna kontrastów. Jeśli zadać Irańczykowi pytanie o to, dlaczego jego kraj jest wyjątkowy, odpowiedź na nie będzie zależeć od tego, jak wiele czasu przewidziano na jej wysłuchanie. Zresztą, i tak na wyjaśnienie tego potrzebowałby on kilku dni – tłumaczył z uśmiechem pisarz. Iran fascynuje z wielu różnych powodów. Przede wszystkim z uwagi na jego położenie geograficzne – to kraj leżący w regionie, o którym dużo się mówi. To kraj o intrygujących dziejach, z wielowiekową tradycją. Kraj niearabski; o bardzo bogatej kulturze, o bardzo bogatej historii. Ta współczesna fascynacja Iranem nie jest czymś nowym – Iran fascynuje Zachód już od wielu lat. Jednak dziś Iran odgrywa bardzo ważną rolę w regionie. To jedno z najludniejszych państw na Bliskim Wschodzie, z bardzo dobrze wyedukowanym społeczeństwem, z najpowszechniejszym dostępem do Internetu. To także kraj, który trwa w permanentnym konflikcie z Zachodem, a zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi. I kraj mimo wszystko nadal zamknięty. To dlatego ludzie chętnie podróżują do Iranu, chcą go doświadczyć na własnej skórze. Ja sam urodziłem się tam i tam dorastałem, ale moje losy tak się potoczyły, że miałem to szczęście, że mogłem odkrywać go na nowo już jako dorosły człowiek. Mogłem tam pojechać, mogłem wszystko zobaczyć. W swoich książkach chciałem podzielić się tym doświadczeniem i przybliżyć Iran tym obywatelom Zachodniego Świata, którzy być może nigdy nie będą mieli możliwości, aby się tam wybrać. Jedyne, co mogą robić, to próbować zrozumieć ten kraj z pewnej odległości, z pewnej perspektywy – z dwuminutowego newsa w telewizji czy krótkiego artykułu w gazecie – wyjaśniał.W jednej ze swoich książek Hooman Majd przytacza tezę postawioną w tytule poematu pt. Życie jest wstydem. Życie samo w sobie jest wstydem. Nie tylko życie w Iranie. Dlaczego o nich wspomniałem? Bo te słowa doskonale oddają irański sposób myślenia. Ludzkie życie nie jest czymś, z czego można być dumnym. Nie robimy niczego, co przynosi dumę. W takim kraju jak Iran, który przez wieki cierpiał pod jarzmem tyranii, taki punkt widzenia jest powszechny i naturalny. Bo czym innym, jak nie wstydem, jest masowe oglądanie publicznych egzekucji? Jak bardzo wstydliwe jest wówczas życie? To jest percepcja, która jest właściwa Irańczykom, ale równocześnie – bardzo odległa dla ludzi Zachodu. W Stanach Zjednoczonych panuje przekonanie, że życie jest czymś fantastycznym, wspaniałym. Amerykanie są przekonani, że oni są wspaniali. Wierzą w swoją wyjątkowość, w doktrynę ekscepcjonalizmu. Uważają, że inni powinni być dokładnie tacy, jak oni. Tymczasem Irańczycy uważają, że nic nie jest fantastyczne, wspaniałe, wyjątkowe. Irańczycy egzystują, trwają. I tylko wiara pozwala im mieć nadzieję, że dobre życie nadejdzie. Ale dopiero w życiu po życiu – opowiadał.Zdaniem Hoomana Majda Irańczycy nie chcą kolejnej rewolucji, ale pragną zmiany. Chcieliby reform. Wynika to także stąd, że Iran to kraj, w którym blisko osiemdziesiąt procent populacji nie przekroczyło trzydziestego roku życia. Młodzi ludzie nie kupują ściemy. Nie wykluczam, że to oni będą tą iskrą, dzięki której dokona się pewien przewrót w myśleniu – wyjaśniał. Rodzice tych młodych ludzi przeżyli już jedną rewolucję i w wielu przypadkach nie są zadowoleni z jej rezultatów. Nie była ona bezkrwawa, nie obyło się bez ofiar. Młodzi ludzie wiedzą o tym. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że jedną tyranię zastąpiła druga. To dlatego nie żądają rewolucji, a reform. Życzyliby sobie, aby zmiana była stopniowa. Aby nastąpiła tak, jak to miało miejsce w przypadku amerykańskiego Ruchu na Rzecz Praw Obywatelskich, dzięki któremu właśnie w wyniku stopniowych zmian przyznano równe prawa Afroamerykanom. Chociaż zawsze będą osoby, które to rewolucja będzie bardziej pociągać. Ja sam, kiedy byłem młodym człowiekiem, pewnie sam bardziej opowiadałbym się za tym, co mówił radykalny Malcolm X, a nie umiarkowany Martin Luther King – przyznał.Rzeczywistość irańska męczy Irańczyków swoją niestałością. Jednego dnia coś jest dozwolone, drugiego – zakazane. To rodzi w nich lęk. Zdaniem Hoomana Majda, Młodzi ludzie nie wiedzą na co mogą sobie pozwolić, czego nie powinni robić, gdzie znajdują się granice. Wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień, a przy tym jest bardzo arbitralne. Ta niepewność jest dla nich bardzo niekomfortowa. Starsi ludzie nie przejmują się tym aż tak bardzo. Są o wiele bardziej usadowieni w tej rzeczywistości. W moim odczuciu tego typu działania to metoda na kontrolowanie społeczeństwa. Myślę, że wraz z nową prezydenturą zaczęło się to trochę zmieniać.Na pytanie, czy w Iranie można zaimplementować demokrację, Hooman Majd odpowiedział, że wszystko zależy od tego, w jaki sposób zdefiniujemy ten ustrój. Na pewno demokracja irańska wyglądałaby inaczej niż demokracja w państwach Zachodu – w Stanach Zjednoczonych czy w Polsce. Mało tego, przecież demokracja norweska różni się od demokracji amerykańskiej. Wszystko jest kwestią definicji. Zaledwie kilka dni temu odbyła się w Stanach Zjednoczonych debata kandydatów Demokratów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kiedy była mowa o opiece medycznej, Bernie Sanders – polityk lewego skrzydła Partii Demokratycznej – odwoływał się do modelu duńskiego, bardzo go wychwalając. Hilary Clinton odpowiedziała wówczas: „Tak, tak, ja też kocham Danię, ale tu są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej”. Innymi słowy, kraje są różne, demokracje są różne. Ludzie w różny sposób definiują, co jest dobre i słuszne, a co nie. Gdyby Iran przyjął demokrację albo gdyby chociaż próbował to zrobić, to miałaby ona zabarwienie religijne. Byłaby związana z islamem. Ale takie demokracje przecież istnieją – są demokracje chrześcijańskie czy judeochrześcijańskie, które z powodzeniem funkcjonują. Demokracja irańska byłaby islamska, a konkretnie szyicka. To część kultury Iranu, której nie da się odrzucić – tłumaczył. Hooman Majd wielokrotnie bywał w Iranie, jednak pewnego dnia zdecydował, że chce tam osiąść na dłużej. Na rok przeprowadził do Teheranu, a ten wielomiesięczny pobyt pozwolił mu jeszcze lepiej poznać swoją ojczyznę. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie energia młodych ludzi – wspominał. Ich sytuacja nie jest dobra, a mimo to nie tracą nadziei i pogody ducha. Chcą się tu uczyć, chcą tu pracować, chcą tu żyć. Nie chcą opuszczać swojego kraju. Podobnie jak jeden z moich przyjaciół. To młody mężczyzna, doskonale wykształcony w amerykańskich szkołach. Cała jego rodzina przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. A on postanowił pozostać w Iranie, mimo że na Zachodzie mógłby wieść bardzo wygodne życie. Kiedy go zapytałem o powody jego decyzji, odpowiedział mi krótko: „No cóż, to jest w końcu mój kraj”. On nie akceptuje tego systemu, nie wierzy w niego, ale czuje się Irańczykiem i chce pracować dla dobra swojej ojczyzny. Było to dla mnie zdumiewające, bo zawsze uważałem, że jeśli ludzie mieliby szansę na wyjazd, to wyjechaliby bez cienia wahania. Równocześnie podczas jego rocznego pobytu w Iranie, wiele rzeczy działało na Hoomana Majda bardzo przygnębiająco. Kiedy nie przywykłeś do życia w autorytaryzmie, atmosfera ciągłej inwigilacji bywa bardzo przytłaczająca. Bardzo opresyjna. Chociaż w Iranie ludzie mają o wiele więcej praw niż nam się wydaje, że mają, są takie dni, kiedy masz ochotę wyjść na ulicę i zrobić na oczach wszystkich coś, co jest surowo zakazane. Przeczytać zakazaną książkę, obejrzeć zakazany film. Oczywiście robisz to, w domowych pieleszach, bo zawsze znajdziesz jakiś sposób, żeby to zrobić. Ale masz dość tego ucisku. Za każdym razem, kiedy wchodzisz do Internetu, bo chcesz zobaczyć jakąś stronę, a ona jest zablokowana i musisz użyć VPN, aby się do niej dostać, masz ochotę krzyknąć: dlaczego to musi tak wyglądać?! A jakby tego było mało, na ulice powróciła Irańska Policja Moralna. Za każdym razem, kiedy widziałem taki patrol, stawałem się bardzo przygnębiony.Na samym końcu spotkania Hooman Majd przyznał, że wśród Polaków ma kilkoro przyjaciół, a znajomości te zostały nawiązane w dość niecodziennych okolicznościach. Może to głupota, ale na mojej stronie internetowej znajduje się formularz, za pośrednictwem którego można się ze mną skontaktować. Nie mam żadnych asystentów, więc cała korespondencja trafia bezpośrednio do mnie. Czasami tych listów jest za dużo, żebym zdołał odpowiedzieć na wszystkie, ale na te najciekawsze staram się niezwłocznie odpowiadać. Jeden e-mail pochodził od pracownika polskiej ambasady w Teheranie. On specjalnie poleciał do Dubaju, do japońskiej księgarni, aby kupić moją książkę. Wrócił do Teheranu, przeczytał ją i tak mu się spodobała, że postanowił do mnie napisać. Doskonałym fārsī, dużo lepszym od mojego, poprosił mnie o kontakt, kiedy następnym razem będę w Iranie, bo bardzo chciałby się ze mną spotkać. Obiecałem mu, że dam mu znać, jak tylko znowu wybiorę się w podróż do Teheranu. W końcu poleciałem do Iranu, ale nie miałem czasu się z nim spotkać, więc nawet się do niego nie odzywałem, i dopiero po kilku miesiącach, kiedy wybierałem się całą rodziną na Bliski Wschód, napisałem mu, że będę. A tak w ogóle, to mieszkałem wówczas na Brooklynie, w Greenpoint, który, jak państwo zapewne wiecie, bardzo licznie zamieszkują Polacy. Niezależnie od tego, jedną z moich najbardziej ulubionych książek o Iranie jest „Szachinszach” Ryszarda Kapuścińskiego. Było więc dla mnie oczywiste, że muszę spotkać się z tym polskim dyplomatą. Zadzwoniłem do niego, on powiedział mi wówczas: „Musisz poznać ambasadora!”. I tak się stało. Ambasador był bardzo miły, miał egzemplarz mojej pierwszej książki, podpisałem mu ją. Także nasze małżonki znalazły wspólny język. Pewnego wieczoru ambasador nawet wydał w polskiej ambasadzie w Teheranie przyjęcie na moją cześć. Byłem tym zaszczycony. Zaproszono na nie kilku innych ambasadorów, w tym ambasadora Wielkiej Brytanii. Podano na nim między innymi żubrówkę, którą często piłem w Nowym Jorku, bowiem Greenpoint jest chyba jedynym miejscem w Stanach Zjednoczonych, gdzie można ją dostać. I byłem tym zachwycony! Piłem w Teheranie polską żubrówkę. Było to coś, co nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że może się zdarzyć. Zaprzyjaźniłem się z dyplomatami z polskiej ambasady i po dziś dzień pozostajemy w bardzo bliskich stosunkach. Co zaś się tyczy żubrówki – ten, kto jej nie próbował, nawet nie wie co traci. O tej wódce mógłbym rozmawiać cały dzień. Zresztą mój ojciec, odkąd tylko pamiętam, pił jedynie polskie wódki, nigdy rosyjskie. Uwielbiał wódkę z ziemniaka. Kiedy już urosłem na tyle, że mogłem pić alkohol, zapytałem go, czym one się różnią, bo dla mnie obie smakują tak samo. Odpowiedział mi: „Dorośniesz, zrozumiesz. Polska wódka jest najlepsza”. I wiecie co? Miał rację..Dwie godziny po spotkaniu autorskim Hooman Majd wygłosił krótki wykład, wprowadzający do seansu filmu Taxi-Teheran (2015) w reżyserii Jafara Panahiego. To ciekawa produkcja ciekawego twórcy, nagrodzona Złotym Niedźwiedziem na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. To audiowizualna pocztówka z Iranu. Podróżujący po Teheranie jako taksówkarz reżyser, za pomocą niewielkiej kamery umiejscowionej na desce rozdzielczej tytułowej taksówki, na przykładzie kolejnych pasażerów z humorem pokazuje absurdy i grozę życia w jego ojczyźnie. Reżysera objęto dwudziestoletnim zakazem wykonywania zawodu – Taxi-Teheran, podobnie jak i dwa poprzednie filmy Panahiego, powstało nielegalnie, bez zgody irańskiej cenzury.


Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję