KIEDY PISZĘ, JESTEM BOGIEM. Relacja ze spotkania z Jaume Cabré
Data publikacji: 1 listopada 2014 A- A A+
Od lat uznawany jest za najwybitniejszego pisarza katalońskiego. Mówi się też o nim jako o jednym z najważniejszych pisarzy europejskich. Jednak polscy czytelnicy poznali go zaledwie rok temu, w związku z polską premierą jego najnowszej powieści pt. Wyznaję. Na spotkaniu z nim pojawiły się tłumy. 24 października Jaume Cabré spotkał się z czytelnikami w krakowskim Centrum Kongresowym ICE. Hiszpański prozaik był gościem specjalnym szóstej edycji Festiwalu Conrada. Spotkanie z nim poprowadzili Urszula Kropiwiec i Michał Nogaś. Na widowni zaś zasiadła Anna Sawicka, tłumaczka książek Jaume Cabré na język polski.Prowadzący już na wstępie zauważyli, że w twórczości Katalończyka brakuje utworów autobiograficznych. Jaume Cabré odparł jednak, że nie bez powodu. Wszystko to, co chcę powiedzieć o moim życiu, przekazuję za pośrednictwem moich książek. Mimo to wyjaśnił, jak to się stało, że został pisarzem. Będąc młodym chłopakiem, czytałem książki i bardzo irytowało mnie, gdy historia, do której się przywiązywałem, nagle się kończyła. Zamiast postawić kropkę, dopisywałem ciąg dalszy. Wkrótce zacząłem zastanawiać się, czy może samemu nie spróbować stworzyć autonomicznego dzieła. I tak się zaczęło.

Zdaniem Jaume Cabré, jego styl rozwija się z powieści na powieść, a kierunek jego rozwoju jest zbiegiem wielu różnych okoliczności. Tak było między innymi w przypadku Cienia Eunucha. Pisarz zaczął pisać powieść w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Po napisaniu stu stron przekazał rękopis do przeczytania swojemu przyjacielowi. A on stwierdził, że to powinno być napisane w pierwszej osobie. Ja mu na to: „Nie, nie, w trzeciej”. Ale on upierał się, że to koniecznie powinna być pierwsza osoba. Byliśmy wtedy w Walencji, kłóciliśmy się na ulicy. Byliśmy głośni, wręcz krzyczeliśmy. Kłóciliśmy się zażarcie. Po pewnym czasie zacząłem przyznawać mu rację. Powiedziałem: „Spróbuję”. Przepisałem tę opowieść w pierwszej osobie. Jednak wciąż mi czegoś w niej brakowało. W końcu pomieszałem obie te narracje. Zaczynałem pisać zdanie w pierwszej osobie, a kończyłem w trzeciej. Pierwsza jego część była subiektywna, druga zaś obiektywna. Bardzo mi się to spodobało. Dzięki temu mogłem wyrazić wszystko to, co chciałem, i to w sposób, jaki nigdy wcześniej nie przyszedł mi go głowy. Po ukończeniu powieści, dałem ją do przeczytania mojemu innemu przyjacielowi i zapytałem go, co myśli o tej technice pisania. A on odparł: „Że co?! Jaka pierwsza i trzecia osoba?”. Okazało się, że w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy. I wtedy pomyślałem sobie, że to dobrze. Po tym, jak książka została opublikowana, czytelnicy mówili, że na początku czytało im się ją nieco dziwnie, ale później szybko się przyzwyczajali. To wszystko działo się 1996 roku. Jaume Cabré opowiedział także o okolicznościach powstania innej jego książki – zbioru opowiadań pt. Podróż zimowa. Uważam ją za zapowiedź powieści „Wyznaję”. Pisałem ją równocześnie z „Głosami Pamano”. To był czas, kiedy uświadomiłem sobie, że przedmioty mają ogromne znaczenie. W kinie to widać wyraźniej niż w literaturze. Dajmy na to, podnoszę zakrętkę z zagraconego stołu. W normalnych okolicznościach nie ma ona żadnego znaczenia, ale kiedy po nią sięgnę i zacznę się w nią wpatrywać, ktoś inny zacznie się zastanawiać, dlaczego to robię. Prosty gest insynuuje ukryte znaczenie i zmusza czytelnika do rozmyślań. Do szukania odpowiedzi na pytanie: o co chodzi z tą nakrętką? Gdybym wyszedł z tego pomieszczenia i znalazł na ulicy inną nakrętkę, już miałoby to dla mnie konkretne znaczenie. W „Podróży zimowej” starałem się to wszystko ukazać. Tu przedmioty kluczą. Tabliczka z organów Bacha pojawia się w zupełnie innym miejscu. Bohaterowie tego nie widzą, widzi to tylko czytelnik. Zbiór obejmuje czternaście opowiadań, jednak, kiedy czyta się je w sposób, o którym mówię, czytelnik znajdzie jeszcze dwa. Są opowiedziane ponad historiami zawartymi w tych czternastu opowiadaniach. Te opowiadania łączą się ze sobą. Znaczenie może mieć wszystko, niekoniecznie sam przedmiot – może to być jakieś zdanie, może to być jakiś gest. Wszystko można ze sobą łączyć. Możesz to robić, bo kiedy piszesz, jesteś Bogiem. Korzystając z okazji, Jaume Cabré opowiedział także, dlaczego bohaterów Głosów Pamano umiejscowił akurat w Pirenejach. Przypomnijmy o kim mowa, zarysowując plan zdarzeń: zafascynowana fotografią nauczycielka o imieniu Tina znajduje w starej skrytce dziennik Oriola Fontellesa – nauczyciela, który żył w leżącej nad brzegami Pamano Torenie w latach 40. XX wieku. To niepozorne wydarzenie daje początek imponującej fabule. Jaume Cabré chciał w niej podkreślić przede wszystkim relatywizm czasu. Chciałem, aby czytelnik miał cały czas przed oczami oboje bohaterów. Chciałem, żeby Tina i Oriol byli obecni razem w jednym czasie. Zastanawiałem się, jak to mogę zrobić. Mogłem naprzemiennie pisać rozdziały usadowione w różnych epokach, ale stwierdziłem, że nie zrobię tego, bo to już wielokrotnie było. Więc zrobiłem to inaczej. Zaczynałem pisać zdanie umiejscowione w XXI wieku, a kończyłem je w latach 40. XX wieku. I wtedy zdałem sobie sprawę, że to jest właśnie to, czego chcę. Dzięki temu czytelnik mógł być w jednym momencie w obydwu epokach. Wiem, że to dla niego musi być trudne – zrozumieć ten zabieg. Ale ja właśnie tak chcę pisać – podsumował prozaik.

Od momentu, kiedy zacząłem pisać „Głosy Pamano”, do momentu, kiedy zacząłem pisać „Wyznaję”, minęło piętnaście lat. Kiedy zacząłem pisać „Wyznaję”, wiedziałem już jak wyrazić relatywizm czasu. Zacząłem więc myśleć o relatywnej przestrzeni. Pomyślałem, że skoro jestem Bogiem, to naprawdę będę Bogiem. Europa stała się centralnym punktem mojej powieści. Przechodziłem od historii do historii, od bohatera do bohatera, od jednego języka do drugiego. Bardzo dobrze się bawiłem, choć przygotowanie tej opowieści nie było łatwe. Czasem krzyczałem, z zagubienia, bo nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie przygotowywałem żadnych schematów, bo nie umiem robić takich rzeczy. Kiedy się gubiłem, musiałem odwracać strony i czytać, żeby się odnaleźć w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni. Musiałem sprawdzać, gdzie jest bohater. To dlatego pisałem bardzo powoli. Ale dzięki temu budowała się historia, budowali się bohaterowie.

Styl Jaume Cabré wciąż ewoluuje. Z książki na książkę wciąż dodaję nowe techniki, nowe zabiegi literackie. Dzięki temu ofiarowuję swoim czytelnikom to, czego sam chcę doświadczyć jako czytelnik. Nie chcę, aby ktokolwiek relacjonował mi poczynania bohaterów. Nie chcę, aby jedynie opowiadał mi jakąś historię. Ja chcę ją przeżyć. Chcę usłyszeć dźwięk zamiatanego z podłogi szkła. Chcę zobaczyć tę nakrętkę, o której mówiłem wcześniej. Chcę ją zobaczyć, jak ktoś ją zamiata z podłogi. Chcę zastanawiać się, co tam robi ta nakrętka. Tylko w takim wypadku zacznę interesować się opowiadaną historią. To dlatego wymyślanie dobrych historii zajmuje wiele czasu. I to jest praca, która nigdy się nie kończy.

Jaume Cabré przyznał, że w pisaniu pomaga mu doświadczenie wyniesione z pracy w telewizji. Jak wspominał, to właśnie tam uczył się rzemiosła. Było to dla niego trudne doświadczenie, przede wszystkim z uwagi na presję czasu. Kiedy piszę książkę, nie spieszę się. Moi wydawcy wiedzą, że nie mogą mnie ponaglać. Nie mogą naciskać. Piszę w swoim tempie i jeśli pisanie zajmie mi więcej czasu, to nic się nie dzieje, bo właściwie nikt nie wie, że właśnie piszę książkę. Jednak kiedy pisałem scenariusze dla telewizji, pracowałem zupełnie inaczej. Co tydzień, jako grupa scenarzystów, musieliśmy przygotować scenariusz 55-minutowego odcinka. I jeśli mieliśmy jakiś problem – jakiś bohater nam nie wychodził albo jakaś sytuacja nam się nie do końca podobała – to nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy go rozwiązać natychmiast, bo w każdy poniedziałek lub wtorek musieliśmy złożyć na biurku gotowy scenariusz. Jeśli w piątek pojawiał się problem, to musiałem nad nim pracować przez cały weekend. Dzięki temu nauczyłem się, że każda sytuacja narracyjna ma wiele rozwiązań i że każdą z nich da się w jakiś sposób wzbogacić. Na przykład, widzimy, że do pomieszczenia wbiega strażak. Ale ten strażak jest kobietą. Jest profesjonalistką, może nawet szefem pozostałych strażaków. Drobne rzeczy zmieniają wydźwięk sytuacji. Ten konkretny serial miał sto pięćdziesiąt odcinków. To była dla mnie szkoła pisania, przyspieszony kurs pisarskiego rzemiosła.

Praca w telewizji była dla pisarza trudna z jeszcze jednego powodu. Wymyślasz sobie scenariusz, a potem oddajesz go reżyserowi, który na podstawie twojego scenariusza realizuje swoją wizję. Aktorzy także mają swoje interpretacje. To wszystko nagle przestaje być twoje. Możesz mówić, że ty byś tego tak nie zrobił, ale nikt cię nie słucha, bo to już nie jest twoje. Jesteś tylko ogniwem długiego łańcucha. A kiedy piszesz powieść, stwarzasz światy, stwarzasz bohaterów, stwarzasz atmosferę. Masz tylko jedno narzędzie – słowo. I tym słowem musisz zrobić wszystko. Nie ma oświetlenia, nie ma aktorów, nie ma zapachów. Słowami kreślisz obrazy. I to właśnie jest literatura. I to jest coś niesamowitego.Pisarz zdradził, że już w lutym ukaże się jego najnowszy zbiór esejów pt. Niepewności. Katalończyk zaczął je pisać po tym, jak ukończył Wyznaję. Pisarz chciał w ten sposób oddalić się od bohaterów powieści, którzy towarzyszyli mu przez niemal osiem lat. Jaume Cabré dodał przy tej okazji, że on nie kreuje postaci – one same się pojawiają. Dopiero kiedy któraś z nich mu się spodoba, zaczyna nad nią pracować. Chce, żeby zaczęła się poruszać. Pytam ją: „O czym myślisz? Co sądzisz o innych bohaterach?” – opowiadał. Bohaterowie Katalończyka często wymykają się spod kontroli i autor musi dokonywać szeregu zabiegów, by nawiązać z nimi kontakt. Ale jak już mam tego bohatera, zaczynam zastanawiać się, gdzie go umieścić, jaką mu wymyślić historię. Nigdy tego nie wiem na początku. To wszystko przychodzi z czasem. Punktem wyjścia są bohaterowie. W Katalonii mówimy, że kiedy rodzi się dziecko, to ma chleb pod pachą. Moi bohaterowie są właśnie tacy – niosą coś ze sobą i dają coś z siebie.

Jaume Cabré przyznał, że lubi swoich bohaterów. Podobają mi się, ale nie zapraszam ich do domu na kawę. Już mieszkali, spali, jedli przez wiele lat ze mną, więc teraz niech żyją już swoim życiem – zaśmiał się. Jedną z ulubionych postaci Katalończyka jest Elisenda. Także dlatego, że wiąże się z nią pewna historia. Miałem problem z pewną panią – wspominał Jaume Cabré. – Pisałem powieść pt. „Senyoria”, ona wkrótce zostanie wydana w języku polskim, i chciałem, żeby tam się pojawiła inteligentna kobieta. Taka, która będzie miała władzę i będzie mogła robić to, co chce. Miał to być bardzo silny kobiecy charakter. Wymyśliłem, że będzie to żona głównego bohatera. Lecz wtem ta postać powiedziała mi: „Nie będę dla Ciebie pracować”. I zniknęła. Po prostu poszła sobie. Myślałem, że spodoba jej się w książce pt. „Cień Eunucha”. I kiedy, już szukałem jej miejsca w tej powieści, ona zamieniła się w mężczyznę. Mężczyznę, który grał Chopina i recytował klasyków greckich. Poczułem się, jakbym dostał drzwiami w twarz. Ta kobieta znowu mi uciekła! Jakiś czas później zacząłem pisać „Głosy Pamano”. I znowu myślami powróciłem do tej bohaterki. Bardzo chciałem, żeby ta kobieta znalazła się w tej powieści. Więc posadziłem ją na krześle i powiedziałem jej: „Ty się już stąd nie ruszasz, ślicznotko!” I wtedy trochę się uspokoiła. A kiedy zacząłem pracować nad książką, to jej się spodobało. Mnie też, bo zakochałem się w niej. I tak powstała Elisenda Vilabrú.

Katalończyk mówi o swoich książkach, że są definitywnie nieskończone. Gdybym mógł je sobie wcześniej wyobrazić, zanim zacząłem je pisać, to po zakończeniu pracy nad nimi mógłbym powiedzieć, że je ukończyłem. Tymczasem ja wymyślam te historie w miarę ich opowiadania. Zakończenie nie oznacza końca, a jedynie wskazuje miejsce, do którego doszedłem. Moment, kiedy postanowiłem zostawić daną książkę. Tak się kończą między innymi „Głosy Pamano”. Nie odpowiadam w nich na wiele pytań, dzięki czemu czytelnik sam może wyobrażać sobie, jak dalej potoczyła się ta historia. Jeśli chce, oczywiście.

Jaume Cabré wspominał czasy swojego dzieciństwa, a tym samym okres, kiedy jako Katalończyk zmuszony był porozumiewać się jedynie po kastylijsku. Wręcz zakazane było mówienie po katalońsku. To było coś strasznego. Nawet w szkole katalońskie nauczycielki bały się mówić po katalońsku, a jeśli już używały tego języka, to mówiły bardzo cicho. Na szczęście w domu mieliśmy książki. Tylko w domu rozmawialiśmy po katalońsku. Marzyło mi się, żeby uczyć się języka katalońskiego, tak jak języka hiszpańskiego. Chciałem studiować filologię katalońską. To wszystko sprawiło, że kwestia języka stała się bardzo osobista. Język kataloński jest mi bardzo bliski. To coś bardzo prywatnego; coś, czego nikt nie może mi zabrać. Piszę po katalońsku dlatego, że piszę od serca. Chcę mówić językiem, którego nauczyła mnie matka. Chcę mówić językiem, którym oddycham. W tym sensie to nie ja wybrałem język mojej literatury, ale to język wybrał mnie. To dlatego pracuję na rzecz niepodległości Katalonii i wierzę, że będziemy kiedyś niepodległym krajem. Bardzo bym tego chciał.
Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję