Ekranizacja "Człowieka, który gapił się na kozy"
Data publikacji: 26 kwietnia 2010 A- A A+
Ten film powstał w oparciu o książkę. Nie jest jednak jej ekranizacją, choć opowiada podobną historię. O super-wojownikach, szpiegach psychotronicznych i niemeczących kozach. Tyle, że dużo, dużo sprawniej. I choć jest irytująco idiotyczny, to przez czarny humor i ironię, naprawdę ciekawy.

Po tym, jak przeczytałam Człowieka, który gapił się na kozy, nie mogłam sobie odmówić przyjemności obejrzenia filmu pod tym samym tytułem. Wszystko przez jego gwiazdorską obsadę, w której pojawiło się aż trzech bardzo lubianych przeze mnie aktorów. Obraz nie jest jednak adaptacją książki, zresztą trudno byłoby takową zrealizować. Książka to dokument, film zaś to po prostu czarna komedia. Fabularnie jest przez to bardziej pokładany. Nie jest chaotyczny. Retrospekcje z życia bohaterów stopniowo rzucają widzom światło na to, co swego czasu, wyprawiano w amerykańskiej armii.

A jak ta fabuła się zawiązuje? Bob Wilton (Ewan McGregor) jest dziennikarzem poszukującym ciekawego tematu do nowego reportażu. Przypadkowo poznany Lyn Cassady (George Clooney) opowiada mu historię, w którą aż trudno uwierzyć. Twierdzi, że jest członkiem eksperymentalnej jednostki wojskowej New Earth Army, która ma zmienić sposób prowadzenia wojny. Wojsko zamierza wykorzystywać paranormalne zdolności żołnierzy. Niestety zaginął założyciel jednostki Bill Django (Jeff Bridges) i Cassady musi go odnaleźć. Reporter, licząc na zdobycie historii swojego życia, rusza razem z nim. Wkrótce sam staje oko w oko kozą i wstydliwymi sekretami amerykańskiej armii…

Obraz wyreżyserował Grant Heslov (znany jako aktor z choćby z Good Night and Good Luck, a jako reżyser z Waiting for Woody), wedle scenariusza Petera Straughana. Jest on bardzo specyficzny – charakterystyczny sposób prowadzenia narracji, charakterystyczna gra aktorka, charakterystyczne poczucie humoru. Ten film to czarna komedia, a zarazem parodia filmu szpiegowskiego. Heslov świetnie oddał ducha reportażu Jona Ronsona. Tak jak on jest on miejscami idiotyczny, miejscami wulgarny; to kontrowersyjny, to zaś zwyczajnie ciekawy.

Wiem, że film zbiera kiepskie oceny wśród widzów, jednak ja się do niego przekonałam. Pewnie dlatego, że wiedząc w oparciu o co powstał i jaka była intencja twórców (i autora dokumentu), podczas oglądania postrzegałam go zupełnie inaczej – jako dopełnienie pewnej historii, a nie historię samą w sobie. Tak to już jednak bywa z ekranizacjami.

O intencjach przyświecających autorom pisać nie będę – wszystko, co ważne, padło już bowiem w recenzji samej książki. Muszę jednak na koniec wspomnieć o czymś, czego przemilczeć wprost nie mogę. Muzykę do filmu dobrał Rolfe Kent – brytyjski kompozytor, autor ścieżki dźwiękowej do serialowego Dextera. Zrobił to świetnie – oprawa muzyczna rewelacyjnie współgra z nastrojem i filmu, i książki. Jest lekka, pogodna, świeża i nader kąśliwa ;)



Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję