Ekranizacja „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla
Data publikacji: 30 marca 2010 A- A A+
Lewis Carroll jest szczęściarzem. Jego Alicja w Krainie Czarów doczekała się wielu znakomitych ekranizacji. Najnowsza z nich, w reżyserii jednego z najbardziej oryginalnych i ekscentrycznych reżyserów Hollywood, niedawno weszła do kin. Jest zaskakująca. Kraina Czarów jeszcze nigdy nie była tak czarująca!

Obraz Tima Burtona nie jest klasyczną adaptacją powieści. Tak naprawdę to zupełnie nowa interpretacja dzieła Lewisa Carrolla, która wykorzystuje motywy, sytuacje czy sylwetki bohaterów z dzieła brytyjskiego prozaika, lecz nie jego fabułę. Scenariusz do filmu przygotowała Linda Woolverton. I muszę przyznać, że jest on brawurowy.

Filmową Alicję (w tej roli Mia Wasikowska) poznajemy po raz pierwszy, kiedy ma siedem lat. Dziewczynka nie może zasnąć – boi się zasypiać, gdyż za każdym razem, gdy zamyka oczy, śnią jej się dziwaczne postaci. Dwanaście lat później, ku zaskoczeniu Alicji, podczas jej przyjęcia zaręczynowego widzi jedną z nich – Białego Królika z zegarkiem, przebiegającego za ogrodowymi krzewami. Dziewczyna rzuca się za nim w pogoń. Zaproszeni na przyjęcie goście są jej zachowaniem zaskoczeni. Alicja bowiem ucieka, zostawiając za sobą bez słowa oniemiałego, klęczącego na kolanach lorda, który właśnie jej się oświadczył. Bohaterka podąża śladem Białego Królika i nieopatrznie wpada do króliczej nory. Trafia tym samym do magicznego świata, którym rządzi okrutna Czerwona Królowa (Helena Bonham Carter). Alicja musi uratować tę niezwykłą krainę przed zagładą. Aby to uczynić, musi pokonać Żaberzwłoka i przywrócić na tron Białą Królową (Anne Hathaway). Wtedy wypełni się proroctwo zapisane w rokroczium, nadkompedium dziejów Antydii. Jednak mieszkańcy krainy nie są pewni czy Alicja Kingsleigh jest tą Alicją, która ma ich wyzwolić. Dziewczyna, z pomocą Szalonego Kapelusznika (Johnny Depp), postanawia udowodnić im, że to ona jest właściwą bohaterką.

Tak naprawdę ta oryginalna fabuła ma drugorzędne znaczenie dla obrazu Burtona. I dobrze, bo nie wykorzystuje najciekawszych wątków powieści Carrolla i w gruncie rzeczy nie jest niczym innym, jak sztampowym przedstawieniem walki dobra ze złem, za którym nie stoi żadna głębsza treść. To, co się liczy, to wizualna strona filmu. Bajkowe plenery, efektowne stroje, futurystyczna charakteryzacja… Alicja Burtona cieszy oko – każdy z jej elementów jest perfekcyjnie wykonany. Trzy zaś z przedstawionych przez reżysera postaci zostały równie perfekcyjnie zagrane.

Helena Bonham Carter jest doskonała. Jej Czerwona Królowa jest demoniczna, nieobliczalna, momentami przerażająca. Co więcej, jest szalenie ekspresyjna. Gniewnie marszczy swe czoło, kiedy tylko coś nie idzie po jej myśli. Momentalnie czerwienieje, kiedy tylko zaczyna narastać w niej gniew. To krzyczy, wydając wyroki śmierci, to szepce słodko, kiedy tylko w jej pobliżu pojawia się Skazeusz, Walet Kier.

Drugą najlepszą kreację stworzył, rzecz oczywista, Johnny Depp. Chyba nie ma roli, której ten aktor nie umiałby zagrać. Jego Kapelusznik to postać wielowymiarowa. I bawi, i wzrusza, i zadziwia, wzbudza grozę. Jest idealny.



Ciekawie zaprezentowała się na ekranie młoda australijska aktorka polskiego pochodzenia – Mia Wasikowska. Choć spośród wszystkich postaci, najtrudniej było mi się do niej przyzwyczaić. Wychowałam się bowiem na Alicji w Krainie Czarów Lou Bunina i kiedy myślę: „Alicja”, przed oczami staje mi wyłącznie Carol Marsh.

O Alicji Bunina muszę wspomnieć. Ta adaptacja bowiem, podobnie jak Alicja Burtona, znakomicie oddaje niepokojącą, surrealistyczną atmosferę powieści Lewisa Carrolla. Film powstał w 1949 roku i był pierwszą długometrażową produkcją, wykorzystującą pionierskie osiągnięcie Lou Bunina – animację poklatkową. Jednak nigdy nie został wyświetlony na srebrnym ekranie. Widzowie mogli obejrzeć go po raz pierwszy kilkadziesiąt lat później, kiedy niepostrzeżenie wyemitowano go w jednej z amerykańskich telewizji. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że na 1951 rok Walt Disney zaplanował premierę swojej własnej animowanej adaptacji tej książki. Wcześniejsza premiera Alicji Bunina oznaczałaby dla studia straty finansowe, tym bardziej, że w porównaniu z produkcją Bunina, bajka Disneya była zwyczajnie do niczego. Przesłodzona, cukierkowa, ugrzeczniona stanowiła antytezę obrazu z 1949 roku.

A ten jest cudowny – genialne kukiełki (niektórzy rzekną, że prymitywne, ale pamiętajmy – to dopiero początki, koniec lat 40. XX wieku!), musicalowo-operetkowy charakter, groteskowe postaci, surrealistyczna atmosfera! Spotkałam się z opinią, że to Gabinet doktora Caligari dla dzieci i muszę przyznać, że jest ona nader trafna. Pomimo tego, że uwielbiam ilustracje sir Johna Tenniela; pomimo tego, że uwielbiam i Helenę Bohnam Carter, i Johnny’ego Deppa, i Tima Burtona, to Alicja Bunina to moja Alicja. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję, obejrzyjcie. Jestem pewna, że i Wam się ona spodoba.

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję