Ekranizacja „Bez mojej zgody” Jodi Picoult
Data publikacji: 28 lutego 2010 A- A A+
Zawsze z recenzowaniem ekranizacji mam kłopot. Trudno jest mi bowiem zdystansować się od książki i rzetelnie zaopiniować obejrzany obraz jako autonomiczne dzieło kultury. Podobnie rzecz się ma z filmowym Bez mojej zgody. Co z tego, że dobre, jak tak wiele mu brakuje…

Anna Fitzgerald (w tej roli Abigail Breslin), bohaterka Bez mojej zgody, ma dopiero trzynaście lat. I choć jest zdrowa, ma już za sobą kilkadziesiąt operacji i zabiegów medycznych. Jest dawcą allogenicznym – spokrewnionym i idealnie zgodnym – dla swojej starszej o trzy lata siostry Kate (Sofia Vassilieva), chorej na ostrą białaczkę promielocytową. Jednak nie jest dawcą z wyboru. Jest dawcą urodzonym na zamówienie. Magazynem części zamiennych dla umierającej siostry.

Anna jest trzecim dzieckiem w rodzinie Fitzgeraldów. Dziewczynka, najmłodsza z trojga dzieci Sary (Cameron Diaz) i Briana (Jason Patric), jako jedyna urodziła się w wyniku zapłodnienia in-vitro. Zrodziła się ze starannie wyselekcjonowanego zarodka. Tylko pełna zgodność tkanek Anny z tkankami Kate mogła bowiem zapewnić chorej na białaczkę dziewczynce jakąkolwiek szansę na przeżycie. Tylko przy pełnej zgodności młodsza córka Fitzgeraldów mogłaby oddawać starszej krew i szpik kostny. Anna, przez całe życie postrzegana wyłącznie przez pryzmat siostry i tego, co dla niej robi, zdaje się akceptować swoją życiową rolę. Do czasu, kiedy matka informuje ją, że, aby uratować Kate, musi oddać jej nerkę. Anna nie zgadza się z arbitralną decyzją Sary. Chce móc sama decydować o sobie. Dziewczynka postanawia więc zwrócić się z prośbą o pomoc do prawnika, Campbella Alexandra (Alec Baldwin), i wytoczyć rodzicom proces o prawo do medycznego usamowolnienia.

Za ekranizację powieści Jodi Picoult zabrał się reżyser, który już ma na swoim kącie udaną adaptację powieści. Mowa o Nicku Cassavetesie, który przed kilkoma laty przeniósł na wielki ekran Pamiętnik Nicolasa Sparksa. Co łączy Bez mojej zgody z tamtym obrazem? To, że oba te filmy są dramatami obyczajowymi, grającymi na najczulszych ludzkich emocjach. I wtedy, i dziś, Cassavetes poszedł po najmniejszej linii oporu – skupił się na opowiedzeniu najbardziej prostej, a zarazem najbardziej wstrząsającej z możliwych historii, za którymi w gruncie rzeczy nie stoi nic.

Fabuła filmowego Bez mojej zgody została ekstremalnie okrojona. Reżyser, a zarazem współautor scenariusza, zupełnie nie wykorzystał potencjału książki. Z kilku wątków wybrał jeden, pozmieniał postaci, wykreślił wszystkie trudne pytania z zakresu moralności i etyki, a jakby tego było mało – zmienił zakończenie, ofiarowując miłośnikom kina sentymentalny melodramat, którego siła tkwi jedynie w tematyce, której i tak on nie wymyślił.

W filmie Cassavetesa nie pojawiają się pytania o to, czy można poświęcać życie jednego ze swoich dzieci, aby ratować drugie. Nie ma pytań o prawo do wolności, prawo do wyboru, prawo do godnego życia. Dylematy moralne, targające bohaterami książki, zostały tu maksymalnie spłycone. Zresztą, właściwie nie widać po nich, że zastanawiają się, czy postępują właściwie. Cassavetes stawia przed nami postaci pewne swoich racji. Jedni programowo są za, drudzy – przeciw. Jest biel, jest czerń, nie ma odcieni szarości. W takiej sytuacji rzeczywiście trudno było wymagać, aby film wieńczyło inne niż wybrane przez reżysera zakończenie.

O tym, jak rozwiązano fabułę, nie napiszę. Nie chcę odbierać przyjemności z oglądania filmu wszystkim tym, którzy zdecydują się go obejrzeć. Napiszę jednak o tym, czego na pewno w nim nie zobaczą. Co Cassavetes postanowił zmienić, aby jego obraz był „lepszy”.

Sensem życia Sary jest wyrwanie Kate z objęć białaczki. Zarzuca swoją praktykę adwokacką, aby o każdej porze dnia i nocy zajmować się chorym dzieckiem. Zdaje się nie zwracać najmniejszej uwagi na Jesse’a i Annę. Nie wie, co czują. Nie wie, jakie mają problemy. W filmie jej dzieci są wręcz modelowe. Jedyne przewinienie Sary i Briana wobec Jesse’a wiąże się z tym, że nie dostrzegli u niego wystarczająco wcześnie pierwszych objawów dysleksji. Niby nastolatek wieczorami błąka się po mieście, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w pustym domu, kiedy cała rodzina jest w szpitalu u Kate, ale wkrótce swoją niezgodę na chorobę siostry chłopiec zamienia w twórcze działanie – zaczyna malować i staje się artystą. Ten słodki obrazek zupełnie nie przystaje do treści, jakie Jodi Picoult zawarła w swojej książce. Tu Jesse jest zbuntowanym nastolatkiem – zapomnianym, pijącym, ćpającym. Jest synem strażaka, który, aby odreagować, staje się piromanem. Wygląda to trochę inaczej, nieprawdaż?

Cassavetes bagatelizuje znaczenie choroby Campbella, nie wprowadza do swojego filmu kluczowej dla Alexandra bohaterki. Mam tu na myśli Julię i jej siostrę bliźniaczkę. W filmowym Bez mojej zgody te postaci nie istnieją. Dzięki obrazowi nie dowiadujemy się, że Anna tak naprawdę nazywa się Andromeda. Cassavetes nie wyjaśnia, dlaczego to właśnie ojciec lepiej rozumie jej postawę, dlaczego są oni sobie tacy bliscy, dlaczego dziewczynka nocuje w remizie. Jakby tego było mało, reżyser w ogóle wypacza wątek młodzieńczej miłości, jaka połączyła Kate i Taylora (którego, nota bene, rewelacyjnie zagrał Thomas Dekker). Skoro już jestem przy grze aktorskiej, koniecznie muszę napisać, że młodzi aktorzy biją hollywoodzkich wyjadaczy na głowę. Sofia Vassilieva i Abigail Breslin zagrały najlepiej, powołując do życia fantastyczne, przekonywujące postaci.

Warto wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach: strukturze filmu i zdjęciach Caleba Deschanela. Jodi Picoult opowiada swoją historię za pośrednictwem wielu postaci. Dzięki temu pozwala czytelnikowi poznać nie tylko perspektywę Anny, ale również uczucia, obawy, motywy postępowania Briana, Campbella czy Sary. Nick Cassavetes zachował tę formę, przemieniając swój obraz w scrapbook – album z wydzierankami: zdjęciami, pamiątkami – w którym swój głos ma każdy z bohaterów. Na początku ten zabieg daje uczucie chaosu. Zwłaszcza tym widzom, którzy nigdy nie mieli w ręce książki. Tym niemniej, w miarę upływu czasu, pozornie nieprzystające do siebie wątki łączą się w spójną całość. Niemałą zasługę w wyjaśnianiu tej chaotycznej fabuły ma Caleb Deschanel, autor zdjęć do takich obrazów, jak Skarb narodów, Pasja czy Kroniki Spiderwick. Jego zdjęcia to jeden z największych atutów filmu. Niestety, jeden z nielicznych. Bez mojej zgody Cassavetesa to tylko cień powieści Picoult. Ale i tak, oglądając go, można się poryczeć ;)








Komentarze
  • 1
    Magrat 3 marca 2010 | 12:00:38

    widzę,że miałyśmy podobne odczucia co do filmu. Jako oddzielne dzieło film można uznać za bardzo dobry, jako ekranizację-tragedia....

  • 2
    Magdzik 17 lipca 2010 | 10:52:01

    Książki niestety nie czytałam, za to film...wspaniały. Dla mnie piękny, wzruszający, prawdziwy i szczery. Przede wszystkim temat, zdjęcia, i główna bohaterka - mistrzostwo :) Popłakałam się na nim jak bóbr.

  • 3
    aga 9 września 2011 | 17:35:06

    Film piękny,ale ksiązka jednak wygrywa.

Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję