Ekranizacja "Invictusa" Johna Carlina
Data publikacji: 19 lutego 2010 A- A A+
O książce napisałam dość obszernie, dlatego też pokuszę się jedynie o napisanie paru słów o filmie, który powstał w oparciu o reportaż Johna Carlina. Invictus znaczy niezwyciężony, i podczas gdy można tak powiedzieć i o Nelsonie Mandeli, i o brytyjskim reportażyście, trudno określić w ten sposób reżysera obrazu, Clinta Eastwooda. Nie dlatego, że film jest zły. Bynajmniej. On po prostu traci w zestawieniu z książką.

Invictus Eastwooda jest poprawny politycznie, bardzo uproszczony i wybiórczy. Reżyser właściwie ogranicza się wyłącznie do przedstawienia zdarzeń, które poprzedziły zwycięstwo Springboksów nad Nową Zelandią w walce o Puchar Świata w rugby w 1995 roku. Eastwood zupełnie pominął kwestię 27-letniego pobytu w więzieniu Nelsona Mandeli. Także jego niezwykłą wygraną w pierwszych demokratycznych wyborach prezydenckich w RPA potraktował po macoszemu. Tak naprawdę wątek polityczny zdaje się być dla reżysera drugorzędny. A może po prostu zabrakło mu talentu Carlina w ukazywaniu ducha i siły przemian, do jakich doprowadził Mandela?

Grymaszę nie dlatego, że film mi się nie podobał. W rzeczywistości to dobra adaptacja, oparta nota bene na scenariuszu, w którego powstawaniu John Carlin miał swój udział. Mam jednak wrażenie, że nie do końca przekazuje on tę niezwykłą, chyba jedyną w historii, wzajemną zależność polityki i sportu. Tak jakby Eastwood nie do końca rozumiał polityczną potęgę rugby i jej wpływ na kształt sceny politycznej Południowej Afryki.

Morgan Freeman jako Nelson Mandela zwala z nóg. To chyba jedyny aktor, który był w stanie udźwignąć tę rolę. Bardziej surowy od prawdziwego Mandeli, rzadziej się uśmiechający, a jednak bardzo przekonywujący. Właśnie tak wygląda przywódca. Człowiek z autorytetem. Aż nie chce się wierzyć, że to były więzień – uwięziony jako 466 w 1964 roku.

Na pozór chłodny i niedostępny, filmowy Mandela nawiązuje mocną nić porozumienia z kapitanem drużyny Springboks, Françoisem Pienaarem. Matt Damon jest bardzo „afrykanerski” – idealny złotowłosy potomek europejskich ciemiężców. Relacja pomiędzy Mandelą i Pienaarem jest osią, wokół której zasadza się akcja filmu. Wygrany mecz z 24 czerwca 1995 roku stanowi jej zwieńczenie. To jedyne możliwe zakończenie tej historii: apogeum radości i dumy wyrażane śpiewem przez tęczowy naród.

Hymn afrykanerów i pieśń czarnej Afryki Południowej. Tak, jak sport odegrał ważną rolę w pokojowej rewolucji Mandeli, równie istotna dla Afrykańczyków była w owym czasie muzyka. Kyle Eastwood docenił jej wagę dla opowiadanej historii – przygotowana przez niego ścieżka dźwiękowa jest znakomita. Podobnie zresztą jak zdjęcia Toma Sterna. Często mówią one dużo więcej niż słowa wypowiadane przez niektórych bohaterów. Choć i te są ważne i nie należy o nich zapominać. Zwłaszcza o tych, które składały się na hasło reprezentacji rugby, a które w prosty sposób przekazywały wszystko, co było do przekazania: Jeden naród, jedna drużyna.







Dodaj komentarz
  • Nazwa użytkownika
Przepisz kod z obrazka
Dziennik Literacki używa plików COOKIE. Korzystając z Dziennika Literackiego wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie.
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej o plikach COOKIE.
Akceptuję